genuine44
28.07.03, 05:59
Wśród zasp papieru gazetowego, krętą ścieżką poprzez las, po ten kwiat, po
ten kwiat czerwony, skoro przyszedł na to czas, pędzą sanie SLD. Zaprzężone
w parę gniadych. Dyszlowy Miller, często posępny i Dyduch, towarzysz jego
nieodstępny. Pędzi, pędzi kulig, niby błyskawica. W saniach tłok,
przepychanki, łokcie, plotki i pomówienia. Towarzystwo liczne, ale nie
zawsze śliczne. Z wierzchu baranica, a pod spodem smoking, ale najczęściej
odwrotnie. Z wierzchu lakierki, a w butach słoma.
Za nimi pędzi głodna wataha wilków. Słychać ponure wycie: a prawo niech
prawo znaczy! Błyszczą krwawe ślepia kamer, szczerzą się głodne paszcze
mikrofonów. Są coraz bliżej. Wyrzucenie worka z sieczką ustawy o mediach nie
pomaga. Zatrzymały się, powąchały i biegną dalej. Wilki są żądne krwi.
Cichną strzały, bo ręka w ładownicy długo i głęboko szukała, nie znalazła i
Wagner pobladnął. Nie mając amunicji, już bronią nie władnął. Gasną
pochodnie, płoną jeszcze tylko kadzidła. W saniach coś się dzieje. Grają w
marynarza? Zmawiają się? I znów widzę, acz dymem oślepion, jak przez ganku
kolumny sprzęt podobny do trumny wydźwigają... runął... runął.
Runął Długosz. Goniąca pokryła go tłuszcza. Hej, sowy, puchacze, kruki, nie
znałeś, panie, litości, szarpajmy ciało na sztuki, niechaj nagie sterczą
kości. A sanie biegną dalej, wesoło dzwoniąc dzwoneczkami. Hajda trojka,
śnieg puszysty, póki wataha znów się nie zbierze, nie zaatakuje, nie
rozdziawi paszczy. Wtedy wyrzucą z sań następnego. Jak kamień na szaniec.
Za Rzeczpospolita.