radca
03.12.03, 16:37
www.superexpress.pl/Iso/dzisiaj/reportaz/teksty/reportaz_1.shtml
" Zabił nasze dziecko?
Lena Kalinowska zaledwie 17 godzin po wizycie u lekarza w warszawskim
szpitalu przy ul. Madalińskiego straciła swoją nie narodzoną córeczkę. Gdyby
ginekolog-położnik Jacek K. zbadał ją dokładnie, dziecko może by żyło. Sprawa
trafiła do prokuratury, a dyrektor szpitala odsunął położnika od pełnienia
dyżurów.
Lena Kalinowska z narzeczonym, Mariuszem Samusiem.
LEKKOMYŚLNY LEKARZ: - Nie czuję się winny - mówi doktor Jacek K.
Foto | Wojciech Traczyk, Piotr Grzybowski
Warszawa
- Córeczka rozwijała się wręcz idealnie - zrozpaczona Lena pokazuje kartę
przebiegu ciąży. - Była zdrowiutka, w siódmym miesiącu ciąży ważyła 1570 g.
Lena Kalinowska (18 l.) cieszyła się z ciąży. Z narzeczonym Mariuszem
Samusiem (21 l.) bardzo czekali na Alicję, która miała urodzić się w
pierwszej połowie grudnia i sprawić im wcześniejszy gwiazdkowy prezent.
Zlekceważył problem
Dziewczynka umarła. Jak mówi kobieta, wszystko dlatego, że doktor Jacek K.
zbagatelizował problem, kiedy 7 października z silnymi bólami brzucha stawiła
się u niego na dyżurze w szpitalu.
- Wykonano mi badanie KTG. Od pielęgniarki dowiedziałam się, że wykazało
skurcz i zanik tętna dziecka - opowiada kobieta. - Bardzo się zdenerwowałam.
Ale lekarz mi powiedział, że nie widzi nic niepokojącego. Powtarzałam mu, że
nie czuję ruchów córeczki, ale on przekonywał mnie, że jestem młodą matką i
wyolbrzymiam sprawę. A przecież do tej pory Alusia niemalże skakała mi w
brzuchu.
Doktor K. zapisał noospę na ból brzucha i odesłał do domu.
Gdy na drugi dzień bóle nie ustępowały, Lena wróciła do szpitala. Badanie
USG - zlecił je niezwłocznie inny lekarz - wykazało, że córeczka nie żyje.
Kalinowskiej zrobiono cesarskie cięcie i wyjęto martwą 30-tygodniową
dziewczynkę. Martwe dziecko pływało we krwi. Do późnej nocy lekarze walczyli
o życie matki - miała wewnętrzny wylew. Jacek K. nie mógł jednak tego
wiedzieć, bo poprzedniego dnia nawet nie zrobił jej badania USG!
Zbulwersowana matka zażądała wydruku badania KTG. Dostała ksero dopiero 28
października.
- Od tego dokumentu oderwany jest kawałek, który pokazywał skurcz i zanik
tętna dziecka - oburza się kobieta. - A przecież charakterystyczny zygzak
świadczący o skurczu widział mój brat i koleżanka. Poza tym w opisie badania
dopisano innym charakterem pisma, że 7 października wykonano mi USG. To
fałszowanie dokumentów lekarskich!
- Pacjentka stawiła się bez dolegliwości z informacją, że słabiej odczuwa
ruchy płodu - tłumaczy z kolei lekarz. - Zbadałem ją, zapis KTG był
prawidłowy i nie było powodu, by zatrzymywać ją w szpitalu. Jest mi przykro z
powodu tego, co się stało, ale nie czuję się winny.
Będą wyjaśniać
Krzysztof Romanowski, dyrektor szpitala, powiedział nam, że jest bardzo
zainteresowany wyjaśnieniem sprawy.
- Tym bardziej że matka pacjentki jest wieloletnim pracownikiem szpitala. Nie
mam żadnego interesu, by bronić doktora, bo nie jest etatowym pracownikiem
naszej placówki i za swoje działania ponosi sam odpowiedzialność cywilną -
powiedział nam dyrektor. - Pacjentka zgłosiła się na dyżur do szpitala z
powodu słabego odczuwania ruchów płodu. Nie zgłaszała bólów. Gdyby je
odczuwała, mogłoby to sugerować wcześniejsze odklejanie się łożyska.
Zdruzgotani rodzice nie mogą pogodzić się ze śmiercią córeczki. Śledztwo
prowadzi prokuratura. Na Cmentarzu Bródnowskim Lena i Mariusz siedzą przed
grobem swojego dziecka i ocierają łzy, patrząc na napis "Naszemu Aniołkowi
Rodzice.
Agata Rowińska"
- wspolczuje rodzicom dziecka
radca