W grudniu pisałam tu dramatyczne posty o tym, że mój 3-latek nie je i niedługo umrze z głodu. Zastosowałam niektóre z poleconych sposobów, m.in. taki, żeby dawać dziecku to, co lubi.
No i zaczęłam dawać. I wiecie co? Nawet zaczął jeść, nie powiem. Je sam, bez zabawiania, bez namawiania, upomina się o jedzenie - dla mnie to kosmos, bo wcześniej zabawiałam i wpychałam.
No ale niestety stało się to, czego się obawiałam - syn je tylko syf. I ja, która zamierzałam karmić go jaglanką i eko-kefirem, patrzę na to z rosnącym przerażeniem i bezradnością. Je bułki, najchętniej drożdżówki z lukrem, parówki, frytki lub smażone ziemniaki, kotlety w panierce i owoce. Warzywa rzadko, czasem bób lub paprykę, ogórka.
Nie je nic poza tym

I już sama nie wiem, gdzie i kiedy popełniłam błąd, jeśli w ogóle.
Może lepiej było zabawiać i wciskać pomidorówkę? Nie, to żałosne, karmić 3-latka.
Wiem, co powinnam zrobić - proponować mu zdrowsze jedzenie. Ale on nie chce, nawet jak sam ugotuje lub jak dorobię ziemniakom oczy itd. W akcie rozpaczy robię mu gofry z mąki orkiszowej.
Chodzi do przedszkola, gdzie nie tyka nic, kompot tylko wypija (ale może to i lepiej, bo tam zupy z proszku

.
Przejdę do sedna. Moje pytanie brzmi: dawać mu te buły i parówy czy głodzić?