batutka
13.07.12, 22:41
Byłam z mężem i dzieciakami na Mazurach w małej mieścince. Moje panny po dwóch dniach zaczęły kaszleć. Poszliśmy więc do miejscowego lekarza, żeby sprawdził co z dziewczynami, jaki lek podać itp. (choć kaszel nie był bardzo silny, nie było gorączki).
Lekarka powiedziała po przepadaniu stetoskopem, że zapalenie oskrzeli i że trzeba podać antybiotyk (przepisała augmentin). My nieco sceptycznie podeszliśmy do jej diagnozy, ale lekarka kazała nam jeszcze stetoskop na uszy założyć,żeby sprawdzić, że "ooo jak szumi w oskrzelach".
Wyszliśmy z gabinetu nieco zdezorientowani, ale nie wykupiliśmy leku, tylko pojechaliśmy do pobliskiego miasta do drugiego pediatry. Nasze córki jeszcze nigdy nie brały antybiotyku, generalnie bardzo mało chorują, więc woleliśmy skonsultować to z innym lekarzem.
I co się okazało: oskrzela czyściutkie, a dziewczyny mają po prostu małą infekcję wirusową, wystarczy flegamina.
Po powrocie z Mazur, poszliśmy jeszcze do naszego lekarza prowadzącego, który oczywiście wykluczył zapalenie oskrzeli.
I tak sobie myślę, jak to możliwe, żeby lekarze (starsi lekarze, z doświadczeniem) mylili choroby i zapisywali dzieciom antybiotyki, jak by to były cukiereczki.
A ile jest takich rodziców, którzy im ufają i kupują te antybiotyki, a potem faszerują nimi dzieci. Ja nie mówię, że to źle, bo pewnie jest mnóstwo takich przypadków, że antybiotyk jest konieczny, ale jak widać w przypadku moich córek: warto jednak konsultować się z innymi lekarzami przed podaniem antybiotyku.
Wkurza mnie to, że tak naprawdę nie można ufać lekarzom, tylko człowiek musi jeszcze sprawdzać czy akurat mają rację i czy podali dobre lekarstwa.