Dodaj do ulubionych

Szpital z sercem?

04.06.03, 22:44
Czytalyscie oststnie "Wysokie obcasy"?
Zapraszam do dyskusji na temat stosunku sluzby zdrowia do najmniejszego
pacjenta.

Moja relacja z Michałowego tomografu - na stronie kobieta-
domowa.blog.pl/archiwum/index.php?nid=3578224

Przepraszam, ale nie mam siły wklejać tutaj tego tekstu sad
Obserwuj wątek
    • yenna_m Re: Szpital z sercem? 04.06.03, 23:53
      Ponizszy tekst pochodzi stąd

      domowy = mąż, jakby kto pytał
      przepraszam za literowki, ale pisalam pod wplywem emocji

      ____

      Nie potrafię sie pozbierać po poniedziałkowym tomograficznym badaniu Michała.
      Drogi czytelniku, długo będzie, uprzedzam. I strasznie będzie, więc jeśli nie
      lubisz horrorów, nie czytaj.

      Dzień zaczął się niewinnie. Wybraliśmy się do szpitala na konsulatację
      neurologiczną. Decyzja przemiłej pani doktor - robimy badaine tomograficzne.

      Dziecko jadło - trzeba czekać kilka godzin, bo gdyby dziecko nie chcialo
      współpracować przy badaniu, może pojawić się konieczność znieczulenia ogólnego.

      Więc czekamy. Godzinę, dwie, kilka godzin. Bez picia, jedzenia. Bo tak trzeba.
      Dla dobra Michała.

      Dzwonię do domu. Wojtuś płacze, tęskni. Teściowa nie daje sobie z nim rady.
      Szybka decyzja - na chwilkę wracam do domu, żeby przytulić i nakarmić dziecko.
      A potem znów jadę do szpitala.

      Michał zasnął domowemuu na rękach. Domowy siedzi na krześle i mocno przytula
      dziecko. Nie chce go odłożyć na szpitalne łóżko. Boi się, że mały się wystraszy.

      Jakaś kobieta podchodzi do nas i zostawia prezent na dzień dziecka - małą
      koparkę wadera. W końcu, choć na jeden dzień, bez nocy, jesteśmy "na stanie"
      szpitala.
      Mam skrupuły, postanawiam, że gdy będziemy wracać, zostawimy tę koparkę innemu
      dziecku.

      Michał się budzi. Szkoda. Mieliśmy nadzieję, że uda się go takiego śpiącego
      przebadać.
      Po raz kolejny zaczepiamy przemiłą pielegniarkę.
      Jej kolejny telefon i... możemy iść na badanie.

      Wchodzimy do gabinetu tomografii. Miły pan doktor próbuje nawiązać kontakt z
      dzieckiem, zaproponować położenie się. Głodny, spragniony dwulatek odmawia
      współpracy.
      Przychodzi siostra z tutejszej obsady. I robi coś, czego nie potrafię zrozumieć
      i wybaczyć. STRASZY dwulatka, że jeśli ten nie położy się, będzie go kłuć, że
      będzie bolało.
      Szlag trafił wszystkie próby porozumienia się. Przerażony Michał odmawia
      współpracy.
      Siostra ze złościa wbija welfron śmiertelnie przerżonemu dziecku w rękę, bez
      żadnego zagadywania, odwracania uwagi.
      Młody krzyczy z bólu "ti ti ti pani, tak nie jobić", cały we łzach próbuje się
      wyrwać, próbuje wyrwać zębami welfron z rączki i uciec z gabinetu tomografii.

      W tym momencie okazuje się, że nie ma historii choroby, że mąż musi iśc po nią
      do góry, bo nikt bez tego nie znieczuli małego.

      Młody histerycznie płacze, wyrywa się, chodzę z nim w tę i spowtorem, trzymam
      za rękę, żeby nie wyrwał sobie wlewki, czekam na dokumentację.
      Młody krzyczy, że chce do taty.

      Za jakąś chwilę domowy wraca z dokumentami. Ale teraz trzeba wypełnić jeszcze
      dodatkową dokumentację anestezjologiczną. Czy uczulony, czy znieczulany, czy
      chory zakażnie.

      Zrozpaczony Michał się szamocze, ja odpowiadam na kolejne pytania trzymając
      przerażone dziecko.

      A potem już atropina do żyły.
      Złe wkłucie.
      Trzeba założyc wefron jeszcze raz.
      Historia się powtarza, małuch jest kłuty jeszcze dwukrotnie.
      By potem, w ramionach męża, zostać uśpionym.

      Widzę, jak maleńkie ciałko mojego dziecka staje się wiotkie, jak zabierają go
      mężowi, jak kładą na łóżku tomografu, jak wokół niego robi się gęsto od
      lekarzy. Pełno rurek, odsłonięta klatka piesiowa i mały, samotny dwulatek na
      tej leżance...

      Wychodzę, płączę histerycznie, opieram się o domowego, pacjenci patrzą na mnie,
      a ja płaczę i płaczę. I wracam zobaczyć, co z moim dzieckiem.
      Wypraszają mnie.

      Za chwilę słyszę, że Michał płacze. Nikt nas nie prosi. Ten płacz boli.
      Fizycznie boli. Obok mnie stoi ta sama przemiła siostra, która opiekowała się
      nami na dziecięcym oddziale. To ona pyta:
      "Czy mama może iść do dziecka?"
      Mogę. Więc biegnę.
      Na łóżku tomografu leży mój bezbronny dwulatek i powoli wybudzając się płacze.
      Ten płacz jest inny. Ile w nim bezradności, ile rezygnacji!

      Biorę dziecko na ręce, mocno przytulam i wynoszę z pokoju.
      Michał wyciąga ręce do męża. To on zaniesie go do naszego dzieciecego oddziału,
      na górę.

      Potem okaże się, ze kroplówkę można dziecku podać tak, żeby nie stresowała, że
      można się nami zając dyskretnie, ale dobrze.
      Michał ciągle jest przerażony, przytula się do domowego, pochlipuje.
      "Synku, zaśpiewać ci piosenkę?" - pytam?
      "Tak" odpowiada Michał
      "Była sobie żabka mała, re re kum kum..." - śpiewam i łzy kapią mi po
      policzkach. Nie potrafię śpiewać. Już tylko płaczę przytulona do Michała.

      Dwie godziny póżniej wychpdzimy ze szpitala. Zabieramy autko ze sobą. Okazuje
      się, że to autko bardzo pomaga małemu oswoić to traumatyczne przeżycie. I
      jesteśmy wdzieczni tamtej kobiecie za podarowaną koparkę.

      Michał na szczęście fizycznie dobrze zniosł znieczulenie. Nie zwracał, nie było
      powikłań.

      Wczoraj zareagował histerią na domowego próbę wyjścia do pracy.
      Dziś co godzinę się wybudza ze snu.
      Od wczotraj jest bardziej zbuntowany, mam wrażenie, że nie daje sobie rady ze
      szpitalnymi przeżyciami.

      I ciągle zastanawiam się, co by się działo, gdyby mnie i męża nie było podczas
      znieczulania? Przecież przy rodzicach pracownicy służby zdrowia się bardziej
      starają, opieka jest lepsza, bo opieka jest kontrolowana.

      Włosy się jeżą na głowie... Co by było, gdyby?
      • majah76 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 03:17
        Yenna, cóż mogę ci powiedzieć. Badzo ci wspólczuję.I Michałkowi przede
        wszystkim...
        Popłkakałam się i przypomniałam sobie nasze badania na oddziale neurologicznym.
        Ponad rok temu mieliśmy badanie eeg mózgu Oli. Koszmar. Nie będę powtarzać,
        wszystko podobnie. Tylko to trochę inne badanie, i ja musiałam sama uśpić
        głodne, spragnone, śpiące do granic możliwości dziecko (w takiej sytuacji Ola i
        tak nie dawała się uśpići przeraźliwie plakała, to był wrzask). Pani doktor
        stukala w maszynę do pisania, a ja wisialam nad Olą ułożoną na wysokim łóżku z
        cycem w jej buzi - ale nie moglam jej dotykać, żeby rurki się nie powyciągały.
        Koszmar raz jeszcze. Proszę, by pani przestała stukać bo dziecko nie zaśnie.
        Lekarka zła, "nawet już pracować nie mogę!". Ale przestała. I potem i tak to
        jeszcze długo trwało, a pielęgniarka i ta "pani lekarz" wzdychały ciężko ("co
        za dziecko")... A wcześniej znów koszmar - z ubieraniem tego wszytskiego na
        główkę Oli, niezbyt delikatnie. I znów moglam tylko Olę za rękę trzymać.
        Przewody wyciągały się z tego czepka razem z włosami. Ola sie darła. Jak już
        wreszcie Ola zasnęla, wyszłam na chwilę i też ryczałam... Z nerwów, z
        bezsilnoći, z ludzkiej niewrażliwości...
        To samo przy rezonansie magn (podobnie do tomografii - też znieczulenie
        ogólne). I też niemila pielęgniarka, z niemilymi odzywkami. choć tu lekarz był
        w porządku! Jakiś wyjątek?

        Dla mnie to co w twoim przypadku robila pielęgniarka, to straszenie dziecka
        jest niedopuszczalne. Można się mścić na takich ludziach. Tylko to nic nie
        pomoże naszym dzieciom. JUż to kiedyś pisałam na forum, JA NIGDY WLASNIE NIE
        ZOSTAWIĘ DZIECKA SAMEGO W SZPITALU! Już wiecie dlaczego?
        Wiem, że są akcje, dla małych pacjentów też. Tylko co z tego. Lekarze są ludźmi
        (czy jest akcja czy jej nie ma), a ludzie są tylko ludźmi, też złymi. Przecież
        nie każdy pediatra, neurolog musi lubić dzieci. Nie każda pielęgniarka. Też
        mogą być nerwowi, zestresowani, przenosić na dziecko różne swoje
        niepowodzenia... Byłam z Olą 2 tygodnie na oddziale neuro. I to co widziałam (
        a zostałam z Olą niemal na silę - bo karmiłam i nie dałam sie wyrzucić),
        wystarczyło. I powtarzam - mogą być akcje, w porządku, ale one barziej
        uświadamiają rodziców, jak "pilnować" swoje dzieckow szpitalu niż personel
        szpitalny. Jeśli ktoś jest dobrym czlowiekiem - takie będzie miał podejście do
        dziecka, jeśli złym - takie. Amyjesteśmy od tego by być rzecznikiem naszego
        dziecka i chronic je przed bólem i zlym traktowaniem.

        Ps. Gdyby mnie nie było z Olą, ta pani nadal stukalaby w maszynę (bo ona się
        śpieszy, bo chce szybciej wyjść), dziecko nadal by nie spało (znam Olę)i co oni
        wtedy by zrobili? Wolę nie gdybać... Taki maly przyklad. Ale są dużo
        poważniejsze.

        Trochę chaotycznie, ale też pod wpływem emocji (Ola także długo te przeżycia
        szpitalne "odchorowywała" i trudno mi zapomnieć).
        Pozdrawiam, Majka.

        Acha, i na wszystkie badania (np. pobieranie krwi, zakladanie wenflonu) idźcie
        razem z dzieckiem. Ja wiem że to czasem trudne i kusi by sobie pójść jak
        najdalej. Ale trzeba przemóc się i potrzymać to dziecko za rękę i troszkę
        popatrzeć personelowi na ręce wink. Ja już wiem, że można w różny sposób tą krew
        pobierać (tyle razy Ola byla kluta przez rożne pielęgniarki), i naprawdę można
        ból minimalizować i być milym dla dziecka. I to sie często nie zdarza,
        niestety... A często też personel nakazuje wyjść rodzicowi - NIE MA TAKIEGO
        PRAWA (a obowiązkeim nawet mamy czy taty jest być przy tym dziecku)...
        • majah76 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 03:20
          I buziaki dla Michałka, oby szybko zapomnial!!
          (Ola dlugo potem bała sie nawet zwyklego badania stetoskopem,a do ludzi
          ubranych na bialo nie chciala podejśc, nawet do cioci, ktorą zna i poza
          przychodnią wszystko było w porządku...)

          Majka, mama Oli (2,2L)
      • beata32 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 20:53
        Yenna, brak mi słów, popłakałam się czytając - mój 2 latek napewno
        zachowywałby się tak samo ... ten biednutki bezsilny płacz ... tak bardzo Ci
        współczuję

        Parę dni temu spędziłam 3 dni w szpitalu zakaźnm z moim 3-miesięczniakiem.
        Decyzja o wybraniu się tamże poprzedzona była wizytą u pediatry. Kompletnie
        nie spodziewałam się, że zakończy się wręczeniem mi skierowania - rozkleiłam
        się, poryczałam - ledwie wyszłam z małym z gabinetu i ledwie dojechałam
        samochodem do domu. Mężowi musiałam 2 razy powtarzać przez telefon co się
        stało i żeby przyjechał i zawiózł nas ...

        ... w sumie - w szpitalu nie było źle - mogłam być w każdej chwili z moim
        synkiem, pielęgniarki i lekarze bardzo mili i wspierający, mogę tylko
        pochwalić za dobrą opiekę i szybkie wyprowadzenie małego ze stanu
        zagrażającego odwodnieniem

        ... dlaczego więc zareagowałam taką histerią i czułam się jakbym prowadziła
        dziecko na stracenie, dlaczego w szpitalu ciągle zdarzają się takie straszne
        historie i pracują tacy ludzie bez serca krzywdzący dzieci, dlaczego tak
        panicznie się bałam o synka, kiedy to się zmieni i czy kiedykolwiek??? czy
        będziemy szły z dzieckiem do szpitala z ufnością - po pomoc, a nie z
        histerią???

        Pozdrawiam
        Beata32
      • odalie Re: Szpital z sercem? 21.06.03, 02:40
        Hej!

        Szlag mnie trafia, jak czytam takie historie... Mój Boże, jak mi Was żal,
        dobrze że to za Wami...

        Nas stawiano przed groźbą (tak, groźbą - z racji na podwójne przeciwskazania -
        alergie i serce) narkozy u stomatologa. Owszem, z ząbkami cóerczki jest
        paskudnie, a miała już wykonywane takie leczenie, że na dość długo został jej
        uraz i absolutna niechęć do współpracy. Nie daliśmy się. Przeczekałam, od nowa
        popracowałam nad młodą, na powrót poprzyzwyczajałam ją do lżejszych zabiegów,
        do gabinetu. Udało się! Tearz daje sobie leczyć zęby ot tak, bez żadnego
        znieczulenia - a w karcie nadal ma wpisane, że bez narkozy do niej nie ma co
        podchodzić, bo "wpada w histerię".

        .....................

        W Sylwestra 2001 mała poślizgnęła się i upadła, niosąc miseczkę z arcopalu.
        Zacięła się głęboko w paluszek. Vis a vis naszego domu są dwa szpitale, ale w
        żadnym nie chciano udzielić nam pomocy, bo żaden nie był przystosowany do
        narkozy u dzieci, a bez narkozy - podobno się nie da założyć szwów na paluszku.
        O znieczuleniu miejscowym nikt nie słyszał, prawda? Bardzo obrażona pani doktor
        obejrzała w jednym z tych szpitali łapkę młodej - tak z odelgłości metra -
        zdjęła jej nasz opatrunek, naruszyła rankę, małej pociekło sporo krwii, ale
        nowego opatrunku, nawet kawałka gazy, nie dała!!! nic!!! - i orzekła, że musimy
        jechać do szpitala wojewódzkiego na szycie.

        Zawołalismy taksówkę. Nie przyjeżdżała przez ponad pół godziny (padał gęsty
        śnieg, no i był przecież Sylwester). Nas zaczynały ograniać wątpliwości i...
        cóż, zdecydowaliśmy, że wracamy do domu. To była lewa łapka, kciuk. Konsultacje
        przez telefon (lekarska rodzina) i GG (znajomy kumpel-lekarz). Stanęło na tym,
        że nie widzimy ścięgna, więc zostajemy w domku. Wiem, wiem, nie było to zbyt
        odpowiedzialne, ale jednak - ryzyko narkozy w Sylwestrową noc (jeśli wiecie,
        czego sie można bać - nie ma wcale na myśli picia, tylko ogólny bałagan i
        rozprężenie). Ranka zrosła się przez rychłozrost, nawet blizny już po niej nie
        ma (ale myśmy jednak mieli serca gdzieś pod żołądkiem... zanim się nie zrosło i
        nie okazało, że kciuczek jest idealnie sprawny).

        Czy ta pani w szpitalu nie mogła zbadać ranki na tyle, aby dojść to tego, że
        nie trzeba jechać na drugi koniec miasta w Sylwestrową zawieję i nie trzeba
        usypiać alergicznego dziecka z wadą serca?! I czy naprawdę metodą na
        złagodzenie stresu u dzieci musi być znieczulenie ogólne?
    • mamapoli Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 08:26
      Yenno,
      popłakałam się a serce ścisnęło mi się maksymalnie.
      I wróciły nasze szpitalne wspomnienia. Ostrzegam długie.
      Pola miała 4 miesiące gdy złapała jakiegoś paskudnego wirusa. Ostre zapalenie
      oskrzeli, wymioty, biegunka i w końcu odwodnienie. Trafiliśmy na oddział nocą
      po 6 godzinnym czekaniu na przebadanie w izbie przyjęć. W izbie pani doktor
      zaleciła by nie karmić, bo uprzedziłam, że dziecko wymiotuje pod wpływem
      kaszlu. W nosie miałam jej zalecenia - zwiększyłabym tylko szanse na jeszcze
      większe odwodnienie. A Pola nie zwymiotowała tego co zjadła. Wcześniejsze
      zbadanie nie nastąpiło nawet wtedy, gdy Mała zaczęła się dusić. Czekać w
      kolejce - dowiedzieliśmy się. Kobieta obok widząc co się dzieje wpuściła nas na
      swoje miejsce do gabinetu.
      Na odziale moje przerażenie gdy zobaczyłam krzesełko obok łóżka. Gdzie będę
      spać? Jedna z pielęgniarek poinformowała mnie bardzo nieoficjalnie, że inni
      rodzice mają karimaty i śpiwory. Mąż stanął na wysokości zadania.
      Zaprowadzono nas do gabinetu zabiegowego aby pobrać krew. Przez odwodnienie
      krew była bardzo gęsta i krzepła zaraz po wypłynięciu z igły. Wyciskano więc tę
      krew przez wenflon (założony 2 dni wcześniej - już wtedy dojeżdżaliśmy do
      szpitala na dożylne leki). Pobrano mocz do badania. Po tych wszystkich
      badaniach, podaniu leków i podłączeniu kroplówki nakarmiłam Polę (nawet sporo
      zjadła jak na swój słaby chorobowy apetyt) i zasnęła. Po tylu godzinach od
      pojawieniu się w szpitalu. I wtedy pojawiła się pani laborantka, żeby Pobrać
      krew (!!!) z paluszków. A więc nakłucia, wycie dziecka. Wszystkie dzieci w sali
      (było ich troje) w płacz. Dlaczego nie można było pobrać tej krwi za jednym
      razem w pokoju zabiegowym???
      Ranek i kolejny dzień. Dowiaduję się, że jako matka karmiąca nie mam żadnych
      przywilejów. Nie mam się gdzie umyć. Jeść mogę pokątnie na korytarzu przy
      schodach. To nic, że Mała jest tylko i wyłącznie na piersi...
      Oddziałowa twierdzi, że w zasadzie nie powinnam nawet korzystać z toalety dla
      rodziców, bo dziecko ma biegunkę i nie wiadomo czy ja też nie noszę w sobie
      jakiegoś "bakcyla". Łzy ciekną mi po policzkach... I mówię, że w takim razie
      powinni zaabronić wszystkim rodzicom korzystania z toalety bo nie wiadomo czy
      są do końca zdrowi.
      Na czas obchodów jesteśmy (rodzice) wyrzucani z sal na 2-2,5 godz. Dla mnie
      koszmar. Nigdy nie zostawiałam mojego dziecka samego na taki czas. Siedząc na
      korytarzu słyszę jej płacz. Płacz przy badaniu. Zawsze gdy byłam przy niej
      podczas badania, była pogodna i uśmiechnięta. Zawiadiacko zaczepiała badającego
      lekarza. Uśmiechając się zaglądała mu w oczy. Skończyło się to...
      Musiano zmienić Poli wenflon. Kazano wyjść z zabiegowego. Nie wyszłam. Kolejna
      prośba o opuszczenie pomieszczenia. Nie wychodzę. I znowu. Bezsilna i zła
      pielęgniarka (siostra zakonna notabene) zaczyna zmieniać wenfoln przy mojej
      wydatnej pomocy w trzymaniu dziecka. Płacz i jeszcze raz płacz. 5 prób wkłucia
      się bądź założenia wenflonu. Żyłki są słabe i pękają bądź ich po prostu nie
      widać. Spłakane i spocone dziecko w moich ramionach.
      Z powodu biegunki lekarz nakazał pokazywać pieluszkę za każdym razem. I
      pokazywałam pielęgniarkom. Jedna z nich po raz kolejny nie chciała tego oglądać.
      Był upał. Pootwierane okna. Pielęgniarki niustannie zostawiają otwarte drzwi.
      Po kolejnej prośbie, żeby je zamykały po chore dzieci, bo przeciąg zaczynają
      nimi złośliwie trzaskać.
      W łóżeczku obok leży malutki Hubercik, który ma problem z przyswajaniem
      pokarmów + zapalenie oskrzeli. Ma 7 miesięcy a wyglądy na 3. Rodzice dojeżdżają
      z daleka 1-2 razy w tygodniu. Przywożą pielęgniarkom kawę, herbatę, ciasteczka.
      A on w ten upał leży w kupie 3 godziny bo żadna nie raczy go przwinąć. Jak śpi,
      stawiają koło niego mleko jak gdyby sam potarfił się najeść. Ulewa mu się i
      leży w tym 2-3 godziny. Koszmar.
      Sama kąpałam Polę, przewijałam ją i karmiłam. Ubierałam w nasze prywatne rzeczy
      bo te szpitalne w smutnych nijakich kolorach z naszywkami nr szpitala. Pieluchy
      nasze. I dobrze. Rodzice, którzy używali szpitalnych dostali limit dzienny bo
      za dużo ich szło. Pielęgniarki czują się jak wszechwiedzący bogowie. Irytują
      się, gdy nie chcę dopajać dziecka herbatą. Kiedy rano czekam aż dziecko się
      samo obudzi, żeby zmierzyć temperaturę a noc była ciężka i inne dziecko płakało
      przez 3 godziny. Złośliwości z ich strony. Dlaczego? Przecież tylko muszą
      podawać lekarstwa. resztę ja za nie robię.
      W porze obiadowej wpadał mąż i wyganiał mnie do pobliskiego baru, gdzie
      połykałam obiad. Boże, żeby tylko nie stracić pokarmu przez ten koszmar.
      Wieczorem mąż wpadał na godzinkę. Nakarmione dziecko spało a ja pędziłam do
      domu na złamanie karku. Wykąpać się, szybko coś zjeść. Zrobić herbatę w termos
      na rano i jakieś kanapki.
      1,5 tygodnia w szpitalu. Od spania na podłodze boli mnie kręgosłup. Dziecko
      powoli dochodzi do siebie. Wracamy do domu. Nareszcie. Pola przestała
      przesypiać całe noce jak to było przed chorobą. Budzi się po kilka razy z
      krzykiem.
      Nienawidzę szpitala. Owszem, wyleczyli dziecko. Ale otoczka tego wszystkiego
      makabryczna. Na początku płakałam z bezsilności. Potem wzięłam się w garść.
      Wiecie, zahartowało mnie w jakiś sposób... Już nie można było mnie szybko
      wyprowadzić z równowagi...

      Pozdrawiam wszystkich rodziców z dziećmi, którzy przeżyli szpitalny koszmar.
      Anka

      PS. Była tylko 1 (słownie: jedna) pielęgniarka, która wg mnie była człowiekiem.
      Była to młoda dziewczyna na praktyce, która przechodziła przez wszystkie
      oddziały. Stare wyjadaczki miały swoje stare zawyki i przywyczajeniasad
      • marchewa3 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 11:12
        Kochani
        Może po tym poście wiele kobiet pielęgniarek lub rodzin pielęgniarek mnie
        znienawidzi - trudno. Tak się składa, że w 1989 roku rozpoczęłam naukę w liceum
        medycznym w Warszawie do którego chodziłam 2,5 roku. Potem uciekłam do
        ogolniaka. Z pełną świadomością oświadczam, iż 90% dziewczyn- uczennic z tego
        liceum miało do wyboru iść do "medyka" lub zawodówki. Były to w większości
        dziewczyny proste, prymitywne i źle się uczące. W mojej klasie tylko 4
        dziewczyny naprawdę cos sobą reprezentowały. One z tego co wiem tez nie
        ukończyły medyka tylko poszły do ogólniaka w połowie nauki. Wiem tylko o jednej
        dziewczynie, która została naprawdę dobra i uczciwa pielęgniarka z powołania
        (na cala klasę). To nie wszystko. Dziś żeby zostać pielęgniarką trzeba isc na
        studia bo licea medyczne zlikwidowano. W tamtych latach by być pielęgniarką
        dyplomowana wystarczyło "zrobić" dyplom w czwartej klasie. Matura była dla
        ochotniczek w piątej klasie. Nie była ona obowiązkowa. Z mojej klasy (nie wiem
        jak w innych) tylko parę dziewczyn zdawało maturę - reszta nie miała takiej
        ambicji. Większość dziewczyn z mojej szkoły pochodziła z poza Warszawy. Nie
        jestem klasistka na zasadzie, ze jak nie z miasta to „byle co” jednak te
        dziewczyny naprawdę były prymitywne. Malowały paznokcie, tleniły włosy a nie
        myły się. Podczas zajęć z bandażowania był w pokoju taki smród, iż nie dało się
        wytrzymać. Do czego ja zmierzam. Gdyby moja firma nie płaciła mi pensji przez
        kilka miesięcy to po prostu szukałabym pracy gdzie indziej. Mimo, iż jest
        bezrobocie to z moim wykształceniem i wiedza zawsze bym cos znalazła. teraz
        popatrzcie na takie pielęgniarki. Większość bez matury, bez języka - bez
        niczego. Jaka prace mogą znaleźć? Wiec tkwią w tych szpitalach i nienawidzą
        pacjentów którymi (niby) musza się zajmować. Dlatego ten sadyzm i złośliwość ze
        z ich strony. Pamiętacie jak Norwegia złożyła ofertę pracy dla polskich
        pielęgniarek? Dlaczego tłumy tam nie wyjechały - bo ich wiedza i poziom jest
        porównywalna z wiedza norweskich salowych. Jeśli ktoś uważa, iż kłamię i
        obrażam to jestem do wszelkiej dyspozycji. Przepraszam, ze tak długo.
        • umasumak do marchewy 06.06.03, 15:45
          Zgadzam się z Tobą całkowicie. Moja siostra poszła do takiego liceum ( były to
          lata osiemdziesiąte ) i bardzo szybko przeniosła się do ogólniaka. Poziom był
          dramatyczny, a na dodatek ciemnogród i zabobony ( wynikający głównie ze składu
          ciała pedagogicznego - prawie same emerytowane pielęgniarki ). Jedna z
          dziewczyn tam uczących się została wywalona ze szkoły ( tak dla przykładu ) bo
          zaszła w ciąże. Ale nie o tym chciałam pisać. Moja siostra w końcu została
          pielęgniarką ( to było jej marzenie ), ale poszła na akademię medyczną na
          wydział pielęgniarski gdzie był nieporównywalnie lepszy poziom, skończyła z
          bardzo dobrymi wynikami, ale co się okazało? Przy staraniu się o pracę
          dowiedziała się od siostry oddziałowej, że ma dokładnie takie same szanse na
          pracę w szpitalu, jak dziewczyny po liceum pielęgniarskim ( dodam że
          oddziałowa oczywiście bez studiów ). Potem przez wiele lat pracowała na
          oddziale chemioterapii w Instytucie Onkologii i to co opowiadała czasem o
          zachowaniu się personelu szpitalnego po prostu przyprawiało o zawroty głowy.
          Nieżyczliwe, niefachowe, niedelikatne pielęgniarki, które często nawet w
          obliczu śmierci nie potrafiły uszanować pacjęta, lekarze którzy za operacje
          ratujące życie mieli czelność brać pieniądze od rodzin chorych... to wszystko
          stanowiło aure wokół cierpiących ludzi. Oczywiście nie powiem że wszyscy
          lekarze i pielęgniarki mają takie podejście. Ale jakże często mamy do czynienia
          poprostu z rutyną, która prowadzi do zaniedbań, błędów w sztuce i zimnego
          traktowania chorych.
        • aga_rn Re: Szpital z sercem?-do Marchewy 16.06.03, 15:46
          Marchewa, jak tylko tak pare slow od siebie, bo troche mnie Twoj
          post "dotyczyl" wink. Tak na przekor ...

          marchewa3 napisała:
          > W tamtych latach by być pielęgniarką
          > dyplomowana wystarczyło "zrobić" dyplom w czwartej klasie. Matura była dla
          > ochotniczek w piątej klasie. Nie była ona obowiązkowa. Z mojej klasy (nie
          wiem
          > jak w innych) tylko parę dziewczyn zdawało maturę - reszta nie miała takiej
          > ambicji
          Ja tez chodzilam do "medyka" w latach 80-tych. Matura byla w 4 klasie (w 5
          egzaminy dyplomowe ). Chociaz faktycznie nie byla obowiazkowa, to w mojej
          klasie nie zdawala jej tylko jedna osoba. Reszta do matury podeszla. Moze
          bylysmy wyjatkowe wink

          teraz
          > popatrzcie na takie pielęgniarki. Większość bez matury, bez języka - bez
          > niczego.
          No to ja jestem taka "one in the million" LOL. Bo nie dosyc ze z matura, to
          jeszcze i z jezykiem. I to na tyle, ze jestem w stanie pracowac od 5 lat w
          Kanadzie, rowniez jako pielegniarka.

          Pamiętacie jak Norwegia złożyła ofertę pracy dla polskich
          > pielęgniarek? Dlaczego tłumy tam nie wyjechały - bo ich wiedza i poziom jest
          > porównywalna z wiedza norweskich salowych.

          OK, a w jakim jezyku mialy sie tam porozumiewac w pracy ? Pytam bo naprawde
          nie wiem - czy w Norwegii w szpitalach itp. uzywaja angielskiego, niemieckiego
          czy moze norweskiego ?

          Jeśli ktoś uważa, iż kłamię i
          > obrażam to jestem do wszelkiej dyspozycji. Przepraszam, ze tak długo.

          Nie moge napisac ze klamiesz, bo piszesz o swoich doswiadczeniach. Ja mam
          troche inne. Odezwalam sie bo uwazam ze nie pasuje do mnie obraz ktory
          przedstawilas w swoim poscie, poza tym nie pasuje on tez do wiekszosci
          dziewczyn ktore chodzily ze mna do szkoly.
          Natomiast na temat opieki na matka i dzieckiem w polskich szpitalach
          wypowiadalam sie pare razy na forum starego edziecka. Niestety, w wielu
          miejscach panuje wciaz poglad ze rodzice "przeszkadzaja" i nie pomagaja
          dzieciom swa obecnoscia przy badaniach, bolesnych zabiegach, itp.
          Ja uwazam ze rodzice powinni byc twardzi i po prostu sprobowac sie "nie dac".
          Nie dac sie wyprosic z sali, zabiegowki, czy oddzialu. Nie poddac sie i nie
          zostawiac dziecka samego na noc. Niekompetentne, nieuprzejme pielegniarki
          podawac do Izb Pielegniarskich i Rzecznika Praw Pacjenta. Tyle ze ile razy
          mamy na forum narzekaly, czy to na lekarzy, czy na pielegniarki, a na sugestie
          zeby zlozyc skareg, odpowiadaly ze kto ma na to czas, ze to nic nie da, itp. A
          od czegos trzeba zaczac.
          AgaRN
          • marchewa3 Re: Szpital z sercem?-do Marchewy 17.06.03, 10:45
            Droga ago.
            Odpowiem krotko (z powodu braku czasu). Ciesze sie, ze znasz jezyki i pracujesz
            za granica. Ja tez mam taka znajoma (Dania). To jednak nie zmienia faktu, iz te
            kilka procent z mojego "medyka", ktore cos soba reprezentowalo nie konczylo tej
            szkoly tylko szlo do ogolniaka. Powtarzam jeszcze raz. Z mojej klasy (wiem to
            od moich kolezanek) jest tylko 1 (jedna) osoba, ktora zostala super
            pielegniarka kochajaca swoj zawod. Masz racje - pomylilo mi sie z ta matura.
            Dyplom byl w piatej klasie a matura w czwartej. W mojej szkole maturzystki
            stanowily margines. Przykro mi ale naprawde tak bylo. Wcale mnie to nie cieszy
            bo wolalabym by nasze pielegniarki byly inne. Pisze to jako byla i przyszla
            (niestety) pacjentka.
            • aga_rn Re: Szpital z sercem?-do Marchewy 20.06.03, 06:37
              Marchewa, ale Ty przykleilas pielegniarkom etykietke "teraz popatrzcie na
              pielegniarki, wiekszosc bez matury, bez jezykow, bez niczego" tylko na
              podstawie swojego doswiadczenia, z jedna klasa w jednym medyku (bo jak
              napisalas, nawet nie wiesz ile uczniow z innych klas przystapilo do tej matury).
              To chyba troche nie fair, co ? Np. dla mnie i ponad 20 dziewczyn z mojej klasy,
              ktore matury pozdawaly, i jeszcze pare z nich na studia poszlo i je
              pokonczylo ... wink
              I jak to mozliwe ze Norwegia zlozyla oferte pracy dla polskich pielegniarek
              skoro ich wiedza i poziom jest porownywalna z wiedza norweskich salowych ?
              Norwegia chciala u siebie takie niedouczone pielegniarki ??? No bo chyba przed
              zlozeniem tej oferty ktos sie zapoznal z poziomem szkolnictwa pielegniarskiego
              w Polsce wink
              Ja nie moge zrozumiec jednego - dlaczego po tylu latach istnienia Izb
              Pielegniarskich nie ma jakichs jednolitych standardow tego zawodu. Tak zeby
              kazda pielegniarka byla odpowiedzialna (przed Izbami) za swoja prace (czyny,
              slowa, zachowanie, itp. ) I zeby Izby zapewnily spoleczenstwu fachowa,
              profesjonalna opieke pielegniarska, niezaleznie czy to w placowkach prywatnych,
              czy panstwowych.
              Jak to jest ze w niektorych placowkach personel moze byc doskonaly, fachowy (i
              wychwalany tutaj na forum przez mamy ) a w innych jest na odwrot ???
              I nie ma na to bata ?
              Pozdrowienia z Kanady
              AgaRN
              • marchewa3 Re: do Agi 23.06.03, 10:23
                Droga Ago wytlumacz w takim razie dlaczego tyle pielegniarek w szpitalach ( i
                nietylko) jest tak prymitywnych i prostych. Chcialabym wiedziec tak-
                lopatologicznie. Moja mama jest nauczycielka, zarabiajaca "psie pieniadze" a
                mimo wszystko to nie wplywa na jej POZIOM, kulture i wrazliwosc. O wiedzy
                pielegniarek az szkoda pisac. Ostatnio bedac w prywatnej (chyba dobrze platnej)
                klinice uslyszalam od pielegniarki, iz pewna odmiana badania progesteronu jest
                przeznaczona tylko dla kobiet cyt. "po zaplodnieniu pozakomorkowym - czy jakos
                tak". To powiedziala wyksztalcona pielegniarka, ktora podobno przechodzila
                takie przedmioty jak anatomia, poloznictwo itp. Jesli chodzi o izby
                pielegiarskie jestem ich przeciwniczka, tak samo jak jestem przeciwniczka izb
                lekarskich. Efekt jest taki, ze lekarze czasami dokonuja ewidentnych morderstw
                na pacjentach i sa dalej bezkarni. Jesli ktos zrobil komus "kuku" to powinien
                ladowac w wiezieniu i koniec.
                Pozdrawiam i zazdroszcze tej Kanady wink
    • sasha3 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 10:49
      Witajcie!
      Mój wówczas 3,5 letni synek trafił do szpitala przy Niekłańskiej na oddział
      alergologiczny z powodu rumienia guzowatego połączonego z paciorkowcem w gardle
      i salmonellozą. I mamy raczej pozytywne wrażenia, pewnie dlatego, że oddział
      alergologiczny jest najmiej "drastycznym" oddziałem w szpitalu, a nasza choroba
      wymagała jedynie dożylnego podawania antybiotyków, z badań było tylko
      pobieranie krwi oraz rtg klatki piersiowej.
      Ale ja także miałam pewne zastrzeżenia, głównie wobec peronelu
      pielęgniarskiego. De facto to pielęgniarki "rządzą" na oddziale i do nich
      należą sprawy organizacyjne. Trafilismy na pielęgniarkę, starszą kobietę, która
      szarpnęła synkiem, gdy nie chciał podać rączki z wenflonem. Nie musiałam się
      nawet wtrącać, bo mały powiedział do niej dokładnie to, co ja chciałam
      rzec "głupia jesteś". Oburzona powiedziała mi, abym coś zrobiła z dzieckiem, bo
      potem nie dam sobie rady z jego zachowaniem. Faktycznie była głupia, skoro nie
      potrafiła zrozumieć strachu dziecka przed bolesnym zabiegiem, powinna się
      cieszyć, że jej nie kopnął lub ugryzł. Oczywiście mały przeprosił potem ową
      panią, bo tak nakazują normy dobrego wychowania i tak był uczony. Ale już do
      końca pobytu w szpitalu spoglądali na siebie wilkiem. Ja rozumiem, że
      pielęgniarki zarabiają psie pieniądze za swoją ciężką pracę, że też mają prawo
      do złych dni i gorszego samopoczucia, ale, na litość Boską, niech to się nie
      odbija na małych, bezbronnych, zagubionych i przerażonych pacjentach!
      Następna sprawa to zabieranie dziecka do gabinetu na zabiegi. Oczywiście
      usłyszeliśmy, że rodzice nie mogą tam wejść z dzieckiem, bo dzieci wtedy
      bardziej histeryzują. Nie mogą? To nie będzie zakładania wenflonu i pobierania
      krwi! Wielce obrażone skierowały nas do lekarza, który oczywiście wyraził
      zgodę, lekarze w ogóle są bardziej układni (szkoda tylko, że w nawale pracy nie
      znajdują zbyt dużo czasu na rozmowę z rodzicami). Już w gabinecie złośliwie
      powiedziały "jest mama, to niech sobie sama trzyma dziecko". Może w ten sposób
      nie oszczędziłam dziecku bólu, ale przynajmiej sprawiłam, że czuł się
      bezpieczniej.
      Z moich obserwacji wynika, że młode pielęgniarki są naprawdę zaangażowane, mają
      fantastyczne podejście do dzieci i dużo cierpliwości. Można wejść po cichutku o
      północy podać antybiotyk, bez zapalania światła i zrobić to tak, aby dziecko
      się nie obudziło? Można o świcie zmierzyć temperaturę elektronicznym
      termometrem w uchu nie budząc dziecka? Można ciepliwie wytłumaczyć, dlaczego
      podanie leku przez wenflon jest konieczne? To wszystko jest możliwe, jak się
      chce, wymaga tylko niewielkiego wysiłku i odrobiny dobrej woli, sama się o tym
      przekonałam.
      I jeszcze coś wesołego na koniec: w weekend do synka przyszli goście i
      przynieśli na naszą prośbę pizzę. Siedzieliśmy sobie całą czwórką na karimacie
      na podłodze, synek w łóżeczku, i zajadaliśmy (na malutkiej, przeszklonej salce
      leżeliśmy sami). Wszedł lekarz na wieczorny obchód, popatrzył i rzekł " A
      mówią, że prawdziwych cyganów już nie ma!". Zapytał, jak się czujemy, czy
      czegoś nam nie potrzeba, życzył smacznego i poszedł sobie.
      Dzięki tym wspaniałym lekarzom i pielęgniarkom (z wyjątkami) moje dziecko
      opowiadało potem wszystkim, że było w szpitalu...na wczasach (to działo się w
      wyjątkowo upalnym tygodniu lipca) i nie miałoby nic przeciwko temu, aby jeszcze
      raz na takie wczasy pojechać (oby nie!).
      Wszystkim mamom, które będą miały nieszczęście trafić z dzieckiem do szpitala,
      życzę takich wspomnień, jakie ja i mój 7-letni synek mamy.
      Pozdrawiam!

    • reszka2 Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 11:08
      Niestety, szpitale są w większości bez serca, zwłaszcza dla dzieci. Widziałam
      to na stażach - im większy szpital - moloch, tym bardziej nieprzyjazny dzieciom
      i trudniejszy do zmiany. Wiele z was pisało o dziecięcym Szpitalu Klinicznym w
      Prokocimiu, wiecie o co chodzi.
      Ja też miałam pozazawodowy kontakt ze służbą zdrowia, w tym też mój Michał byl
      operowany, znieczulany, i wiem ze mozna robic to tak, żeby dziecko nie balo się
      i nie cierpialo. Opiszę pokrótce dwa zabiegi Misiego, oba takie same, ale
      podejście inne.
      Pierwszy jak Misiek miał 16 miesiecy, w szpitalu, w ramach chirurgii jednego
      dnia. Misiek rano na głodnego przyjechał do szpitala. Na szczęście szpital
      zachecał matki do zostawania z dziećmi na oddziale, więc tu nie było problemu.
      Znieczulenie - na bloku operacyjnym dopiero. Misiek został zabrany przez
      pielęgniarkę i do dzis pamiętam jego oczy kiedy winda odjeżdżała na górę.
      Wybudzenie też na bloku, więc obudził sie wśród ludzi których nie znał,
      oszołomiony i przestraszony. Po przewiezieniu na salę mogłam go wziąć na ręce i
      przytulic. Był rozbity i płakał, na szczęście szybko zasnął ponownie. Potem
      dostał lek przeciwbolowy. Poszliśmy tego samego dnia do domu.
      Drugi zabieg jak Misiek miał troche ponad dwa lata. W przychodni dysponującej
      małą salą operacyjną i świetnymi lekarzami. Ja z mężem ubrani w fartuchy
      operacyjne i czepki chiurgiczne wnieśliśmy go na salę operacyjną. Dostał
      znieczulenie wziewne (maseczka na twarz) u taty na kolanach, szybko i w miarę
      bez płaczu zasnął. Wszystkie pozostałe manipulacje - rozbieranie, zakładanie
      wenflomu odbywały się na śpiąco, co oszczędziło mu strachu i bólu. Na bloku
      dostał tez od razu czopek przeciwbólowy, bo po wybudzeniu mieliśmy od razu iść
      do domu. Po operacji nie wybudzali go na siłę, tylko czekali az sie sam obudzi.
      Misiek obudził się, ziewnął, po czym zażądał jedzenia. Nie wyglądało na to żeby
      zostaly mu jakieś nieprzyjemne wrażenia, bo pana doktora który go operował i do
      którego chodził potem na kontrole lubił i chętnie z nim rozmawiał.
      Dodam że oba zabiegi odbywaly się na kasę chorych. W szpitalu nie było źle, ale
      pozostawał niedosyt, małym kosztem, lub wogóle bez żadnych kosztów można było
      zrobić lepiej. Ale tak jak mówiłam, takie struktury są trudne do ruszenia.

      Szpitale z sercem dla dzieci. Nie wiem czy to jest możliwe, dopóki nie wymrze
      ostatnia osoba która dziecku placzącemu przy pobieraniu krwi mówi "nie rycz, to
      przecież nie boli" albo "czemu to dziecko płacze?".
    • ma.pi Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 14:35
      Yenna, przykro mi, ze musieliscie przez to wszystko przechodzic.
      Doczytalam sie, ze te badania przeprowadzacie ze wzgledu na bole glowy u malego.
      Moj syn tez cierpi od lat na bole glowy, w tej chwili ma juz 8 lat. U niego
      badania nic nie wykazaly. On ma migreny. Niestety nawet malym dzieciom to sie
      zdaza. A przyczyna tego moze byc wiele czynnikow. A czy Twoj syn procz bolow
      glowy ma jeszcze jakies inne objawy?

      Pozdrowienia
      • zuzia_i_werka Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 15:51
        Qrczę dziewczyny czytam wasze posty i tak mi przykrosad Przykro bo niestety
        macie racjęsad Sama jestem pielęgniarką i tym bardziej biorę do siebie wasze
        uwagi.Pracowałam w szpitalu dziecięcym 8lat na kardiochirurgii i bardzo lubiłam
        swoją pracę-pewnie gdyby nie splot różnych wydarzeń pracowałabym tam dalejsmile
        Powiem tak-do pracy z dziećmi trzeba mieć serce i cierpliwość ale tak naprawdę
        to łatwiej się z nimi dogadać niż z dorosłymi,argument o małych pieniądzach nie
        usprawiedliwia pracy na "odwal"-jeśli jest mądra oddziałowa to sama pozbędzie
        się takich dziewczyn,które są słabe i niesympatyczne-niestety nie ma zbyt wielu
        takichsad Przez te lata zaprzyjaźniłyśmy się z wieloma pacjentami,którzy sami
        do nas przychodzili po kontrolach.Spotkałam się z wieloma oznakami sympatii od
        rodziców i myślę,że były one naprawdę szczere-taką mam nadziejęsmile Dziewczyny
        uwierzcie,że są naprawdę ludzie,którzy chcą pracować w medycyniesmile)i życzę
        Wam,żebyście tylko z takimi miały do czynienia!!
    • macinak Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 21:24
      Przeczytałam i wszysko do mnie wrociło. Mysia miała drobny zabieg, który jednak
      trzeba było przeprowadzić w narkozie. Dziecko nie usnęło w moich ramionach, ale
      wśród obcych ludzi na Sali operacyjnej. Później nie pozwolono mi przy niej być
      w Sali pooperacyjnej ale powiedzieli, że jak tylko się obudzi to mnie
      powiadomią. Siedziałam pod salą i czekałam. Nie powiadomili  Usłyszałam
      natomiast rozdzierający płacz mojej córci, która obudziła się w obcym pokoju
      bez mamy. Chciałam wejść – Nie wolno. Przez szybę w drzwiach widziałam jak
      pielęgniarka usiłuje założyć jej króplówkę. Mysia zanosi się od płaczu. Chcę
      wejść – nie wolno, Dlaczego? - Takie przepisy. Ale dlaczego przeciez tam nie
      ma wymogu sterylności, to po prostu zwykła sala, pielęgniarki wchodzą sobie z
      korytarza? Nie wolno i już proszę sobie przeczytać regulamin.
      Dodam, że w sąsiedniej Sali rodzice są ze swoim dzieckiem. Więc ja do
      ordynatora. Tłumaczę mu co się dzieje, zresztą nie ma co tłumaczyć
      rozdzierające krzyki Marianny słychać nawet w oddalonym pokoju lekarskim, a pan
      ordynator mówi baaardzo spokojnym glosem: proszę iśc na spacer jest pani
      zdenerwowana. Jedyne co zyskałam to to, że ta ordynarna raszpla, która
      traktowała mnie jak dopust boży, przyszła poźniej mnie przeprosić i wytłumaczyć
      się. Szkoda gadać… Bezsilność i wściekłość.
      Moja mama powiedziała, że jestem glupia bo trzeba bylo im
      zaproponować "cegiełkę" albo przynajmniej pielęgniarkom bombonierkę kupić"?!?
      Yenna życzę całej twojej rodzinie abyście jak najszybciej zapomnieli o takim
      paskudnym doświadczeniu.
      Pozdawiam Gośka
    • libra.alicja Re: Szpital z sercem? 05.06.03, 22:18
      Ja mam bardzo traumatyczne przezycia ze swoich 2 pobytów w szpitalach, jak
      byłam dzieckiem, wtedy było duzo gorzej niz teraz, rodzice mogli tylko
      popatrzeć na mnie przez szybę, miałam do nich straszny żal, ze mnie tam
      zostawili. Od tamtej pory nawet gdy mam wejść do budynku szpitala tylko, żeby
      kogoś odwiedzić, to boli mnie brzuch i ogarnia mnie paniczny strach.

      Moja córka zachorowała mając dwa tygodnie. Ja miałam jeszcze problemy z szytym
      kroczem, dopiero zaczynałam siadać na kółku, ale zaparłam się że nie zostawię
      Basi samej (karmionej piersią).
      Mimo, że kazano nam zostawić dziecko w szpitalu, zaryzykowaliśmy i wrócilismy
      do domu, a następnego dnia obdzwoniłam wszystkie wrocławskie oddziały i
      znalazło się miejsce dla nas obu na patologii noworodka (oczywiscie musiałam
      płacić za "pobyt hotelowy").

      Przyznaję, ze większość pielęgniarek była w porządku, bardzo troskliwie
      zajmowały się dziećmi, które były bez rodziców, przy kolce masowały brzuszki,
      nosiły na rękach, uspokajały.

      Były jednak i takie, które napawały przerażeniem wszystkie mamy.
      Na przykład Pani Szponiasta (tak ją nazwałysmy) - miała długie, brudne
      paznokcie, nigdy nie myła rąk przed zabiegiem kolejnego dziecka, była
      opryskliwa i wściekła, że się "kręcimy i patrzymy na ręce". Zastanawiałyśmy
      się, czy nie naskarżyć na nią przełożonej, ale bałyśmy się zemsty na naszych
      dzidziusiach (naprawdę, choć może to głupie). Jak przychodziła zabrać dzieci do
      kąpieli, to udawałam, że właśnie karmię, żeby tylko trafić do drugiej
      pielegniarki, która pozwalała asystować, bo Szponiasta zamykała się z dzieckiem
      w zabiegowym.

      Myślę, że Basia nie pamięta tego pobytu, ale stała się wtedy niespokojna i
      rozregulowana, bo wybudzano dzieci z najgłębszego snu, żeby podać leki.
      Dzieki temu, że z nią byłam utrzymałam karmienie piersią (warto było, bo
      karmiłam 14 miesięcy).

      Uważam, ze tak małego dziecka nie wolno zostawić bez opieki (może się np.
      zaksztusić), a przecież pielęgniarka nie siedzi non stop w każdej sali. Dzieci
      leżą same, dopóki się nie rozpłaczą odpowiednio głosno. Nie zniosłabym
      poczucia, że nie wiem, co dzieje się z moim dzieckiem.

      Oby nigdy więcej takich przeżyć!
    • barbamama Re: Szpital z sercem? 06.06.03, 10:41
      Yen strasznie mmi przykro że musieliście przez to przejść! My na jesieni
      hucznie będziemy swiętować 3 rocznicę opuszczenia szpitala po 10 - dniowym
      pobycie, nie będę opisywać co się działo- powiem tylko ze Ala zaczęła się
      zachowywać jak dziecko autystyczne, a na dzień przed wypisaniem - w koncu na
      moje prośbe miała "bransoletki" na obu nadgarstkach, w stawach łokciowych,
      powiedzianop mi ze jeszcze są nogi do kłucia , szyja i głowa sad Ala miała
      wtedy 2,7 l. więc krzyk "mamusiu ratuj" słysze nieraz do dziś.
      Pielegniarki były miłe, jak zwylke trafiła się taka jedna z która nie
      chciałabym miec więcej do czynienia. Jednak chyba największym problemem był
      kiepskie umiejetności wiekszośći tych miłych. Właściwie nie było szans aby sie
      wkłuły dziecku za pierwszym podejsciem, przy gorszych wypadkach wołały
      pielęgniarki z noworodków które robiły to od razu. Trudno mi powiedzieć
      dlaczego tak było, bo wydaje mi się ze wkłuwanie wenflonu to była rzecz którą
      wykonywały najcześciej. Pozdrawiam i nikomu nie życze pobytu w szpitalu z
      dzieciatkiem! Barba
    • ksia78 Re: Szpital z sercem? 06.06.03, 11:48
      Po lekturze tego watku NIGDY nie zostawie mojego dziecka samego w zadnym
      szpitalu, nawet na chwile, nawet na sekunde. Co maja do ukrycia lekarze w
      czasie obchodu, ze wypraszaja rodzicow z sali?! I dlaczego nie mozna zaczekac
      ostatecznie pod sala, zeby sie nie tloczyc w sali razem z grupa lekarzy? Nie
      przesadzajmy, przeciez obchod w jednej sali to tylko piec minut; wyganianie
      rodzicow na dwie godziny to barbarzynstwo!!!
      W jakim kraju my zyjemy?! Ehhh, szkoda slow...
      Pozdrawiaj i trzymaj sie Yen!
      kasia
      • mader1 Re: Szpital z sercem? 06.06.03, 23:29
        A ja napisze o starszym dziecku - moje dziecko w trakcie kolonii dostalo
        jakiegos rotawirusa ( czy jak tam - grypy zoladkowej 0, okropny upal, wiec
        przyszlo odwodnienie. niestety nie moglismy byc natychmiast i zabrac jej.
        Zostala po poludniu przewieziona do szpitala w Piszu, a my moglismy wziac ja
        dopiero nastepnego dnia 9 tez po poludniu sad. Jezeli ktoras z was mieszka w
        Piszu to wie, co moglam myslec na temat tamtejszego szpitala. Jest okropny -
        ruina, corka miala przy lozku wode w niedomytej ( bo wieloletniej )szklanej
        butelce. Jak wygladalo jedzenie, nie wspomne. Posciel taka bardziej brudnawa...
        Ale pielegniarki i lekarz bez zarzutu. Corka byla pierwszy raz w szpitalu,
        daleko od domu, troche przerazona ( takze warunkami )... W nocy przychodzila
        do niej pielegniarka, zeby z nia porozmawiac i dodac jej otuchy. Rozmawialy o
        jej coreczce. Lekarka tez zagladala pare razy. Moje dziecko wyszlo ze szpitala
        z wrazeniem, ze ludzie na swiecie sa dobrzy smile To nie do uwierzenia, ze taki
        paskudny szpital ( jak przytulek ), a mozna okazac serce.Wszedzie mozna, jezeli
        tylko sie chce.
    • agnisiaz Re: Szpital z sercem? 06.06.03, 12:01
      ja też dopiszę parę słów od siebie
      byłyśmy w maju br z moja czteroletnią córeczką wikunią w instytucie matki i
      dziecka przez tydzieńi mam mieszane uczucia z jednej strony niektóre siostry
      były bardzo miłe a drugie niestety nawet do opieki nad krowami by sie nie
      nadawały
      my byłyśmy tam tydzień i wika miała robione nakłucie nadłonowe - okropność
      tylko dzięki temu iż nasza pani doktor prawie rozkazując pielęgniarce w
      zabiegowym pozwoliła mnie uczestniczyć w tym okropnym zabiegu, wika przeżyła go
      trochę mniej niż wtedy kiedy została by sama z pielęgniarkami, ale już podczas
      zakładania wenflonu nie mogłam być przy córce (a szkoda) chociaż zniosła to
      zielnie i nie płakała
      ponieważ byłam tam 24 godziny na dobe napatrzyłam się na dzieci w różnym wieku
      którymi nie bardzo interesowały sie pilęgniarki, ale jedno mogę napisać iż
      kiedy trzeba było zrobić im pomiar temperatury lub zamontować kroplówkę robiły
      to tak aby ich nie budzić
      pozdrawiam agnieszka
    • ewurek Re: Szpital z sercem? 06.06.03, 22:44
      Mnie rowniez naszly przerazajace wspomnienia z ubieglego roku, kiedy to moja 4
      mies. dzidzia lezala w jednym z wroclawskich szpitali. Zakladanie wenflonu
      oczywiscie w zabiegowym przy drzwiach zamknietych. Na moja prosbe, czy moge
      wejsc, uslyszalam opryskliwa odp.pielegniarki- a co mi pani bedzie na rece
      patrzyla.Na oddziale lezala tez ze swoja dzidzia mama pielegniarka z innego
      szpitala. I od chwili, kiedy opowiedziala mi jak zabiegowa 5 razy raz za razem -
      bez chwili oddechu-wbijala sie w malenka raczke jej 4 tygodniowego malca,
      postanowilam, ze bede sie zawsze pchala.
      Pewnego dnia przywieziono na oddzial chlopca z domu dziecka. Byl w izolatce,
      poniewaz mial zapalenie oskrzeli i swierzb.Wierzcie mi, ze nigdy nie widzialam,
      tak placzacego dziecka (nasze sale dzielily szyby). Gdy poszlam prosic
      pielegniarke, aby przyszla do malca (mial cos ponad 2 latka)to uslyszalam, ze
      one tu kawy nie pija i sa b. zajete (kazde dziecko bylo z mama, oprocz
      wspomnianego chlopca).Smutne to wspomnienia...

      Ewa
    • gabrysia_s Re: Szpital z sercem? 20.06.03, 11:46
      Dziewczyny, bardzo mi przykro ze Wasze dzieci I Wy przez to wszystko
      przechodzilyscie. Jest mi tym bardziej przykro, bo myslalam, ze to tylko moja
      coreczka i ja trafilysmy tak fatalnie. Szpilat, ktory jest na 17 miejscu w
      rankingu "Rzeczpospolitej" na najlepsze polskie szpitale panstwowe, to chyba 3
      moze 4 szpital dzieciecy w tym rankingu. Jak wygladaja te poniezej setki?
      Strach pomyslec.
      Wieczorem Kinga dostala wysokiej goraczki, w nocy dostala drgawek i stracila
      przytomnosc, wezwalam pogotowie. Pan doktor najpierw okrzyczal mnie, ze domofon
      nie dziala, a potem byl zdziwiony moim wezwaniem, bo przeciez u malych dzieci
      to normalne, ze traca przytomnosc pzry takiej goraczce. Nic jej nie podal, a
      jak sie potem okazalo, mala jest odporna na wszelkie leki zbijajace temperature
      z wyjatkiem pyralginy dla doroslych. Rano, tuz po wizycie naszego prywatnego
      lekarza sytuacja sie powtorzyla - goraczka, utrata przytomnosci. Trafilysmy do
      szpitala na oddzial niemowlecy. Pierwsze podejrzenie to zapalenie opon
      mozgowych, punkcja... Nie musze pisac co czulam, bo do dzis chce mi sie plakac,
      kiedy mam przed oczami obraz mojego dziecka. Na ZADNE zabiegi nie mozna isc z
      dzieckim do pokoju zabiegowego. Nie pomagaja interwencje rodzicow, prosby,
      tlumaczenia. Z zabiegowki dzieci sa przynoszone rozzalone,
      uplakane,wystraszone, skrzywdzone podwojnie, bo nie maja w nikim oparcia. Nie
      chce opisywac wszystkiego co widzialam, czulam przez ten miesiac w szpitalu.
      Moje dziecko mialo niezliczona ilosc wenflonow, badan, nakluc. Zostalam
      ironicznie wysmiana, kiedy zabronilam wbijac wenflonu w glowke , wiec zostal
      wbity w nozke, chociaz pielegniarki doskonale wiedzialy, ze mala bardzo dobrze
      chodzi, bo codziennie widzialy ja biegajaca po korytarzu. Zlosliwoscia nie bylo
      konca, nie wiem, czy dlatego, ze nie nosilam kawy, ciastek i nie
      dawalam "napiwkow". A przepraszam , za co??? Za to, ze prawie cala prace
      wykonuje za pielegniarki? Nie przewijaja dziecka, nie kapia, nie karmia.
      Zreszta moje dziecko nawet nie dostawalo jesc. Mala miala 11 miesiecy, byla
      karmiona piersia, ale oprocz tego jadla wiele innych rzeczy. Nie dostawala nic
      do jedzenia - na oddziale bylo mleko, a inne jedzenie np. obiad, kanapka na
      sniadanie nie przyslugiwalo na niemowlecym. W ciagu miesiaca moje dziecko nie
      zostalo nawet na chwile samo, bo chyba umarlabym na sama mysl, co sie z nia
      dzieje. Po serii badan do dzis nie wiem na co bylo chore moje dziecko. W
      wypisie jest tylko "syndrom sepsis", ale nie wiadomo co bylo przyczyna.
      Dodam tylko, ze szpital ten jest "przyjazny dziecku". Chyba tylko z nazwy i
      pieknych kolorowych rysunkow na scianach. Jest malowany przez artystow
      plastykow z fundacji Jolanty Kwasniewskiej. Szkoda, ze nikt nie pomyslal, zeby
      personelowi domalowac usmiechy na twarzach, moze dzieci bylyby mniej
      wystraszone. Mam nadzieje, ze nigdy z zadnym z moich dzieci nie trafie juz do
      szpitala.
      Pozdrawiam wszystkie mamy i przepraszam, ze tak dlugo, ale to tylko malenka
      czesc tego co moglabym napisac.
      Gabi

    • pesteczka5 Re: Szpital z sercem? 21.06.03, 21:36
      Yenna, napisałam już do Ciebie w Twoim blogu pod opowieścią o tomografii
      Michałka.

      Dodam tylko, że choć jestem lekarzem, gdy trafiłam do szpitala zakaźnego z
      moim niespełna dwuletnim synkiem z podejrzeniem sepsy salmonellozowej, dano nam
      pokoik 1,5x2m z jednym wysokim łóżeczkiem. Na tym łóżeczku położyłam synka z 41
      stC gorączki, kimając na skraju materaca na wysokości powyżej pasa, żeby go,
      majaczącego, tulić, ze swoim 6-miesięcznym brzuchem,bo byłam w ciąży. Mąż obok
      nas na stołku. Za ścianą dziecko z wirusowym zapaleniem mózgu.
      To był koszmar. Nie zawsze winni są ludzie, to nasza biedna służba zdrowia... A
      ludzie jak wszędzie, są i wspaniali, i wredni.

      Prawo matki do przebywania ze swoim chorym dzieckiem jest dogmatem i znikąd nie
      dałabym się wyprosić!!! Walczmy o to. I jeszcze, uważam, że powinny się znaleźć
      pieniadze na pobyt matki z dzieckiem w szpitalu bez dodatkowych opłat.
      • libra.alicja Re: Szpital z sercem? 22.06.03, 21:38
        pesteczka5 napisała:

        > Prawo matki do przebywania ze swoim chorym dzieckiem jest dogmatem i znikąd ni
        > dałabym się wyprosić!!! Walczmy o to. I jeszcze, uważam, że powinny się
        znaleźć
        >
        > pieniadze na pobyt matki z dzieckiem w szpitalu bez dodatkowych opłat.

        Zgadzam się, też nie byłam zadowolona, ze za każdy dzień pobytu z dzieckiem
        płaciłam 15 zł (tylko za łóżko), ale w sytuacji gdy szpitale nie mają pieniędzy
        na leki dla ciężko chorych ludzi (i na pensje dla ciężko pracujących ludzi)
        trudno wymagać, by znalazły się pieniądze na pobyt dla osób towarzyszących.
    • monsza76 Re: Szpital z sercem? 21.06.03, 22:34
      Mój synek w wieku 2,5 miesiąca miał zapalenie płuc. Wiecie jak wykonuje się
      rentgen u 2,5 miesięcznego dziecka? Na siłę prostuje mu się rączki i nóżki, a
      potem wkłada się go do takiej plastikowej tuby. Do teraz pamiętam, że te jego
      biedne, wyciągnięte rączki sięgały mu w okolice oczek. I do teraz pamiętam
      jego płacz.
      Właśnie ten rentgen oraz zakładanie wenflonu (w główkę) wspominam jako
      największy koszmar. Poza tym po Waszych opowieściach mogę się tylko cieszyć, że
      trafiłam do Centrum Pediatrii w Sosnowcu. Wtedy jeszcze karmiłam synka i nie
      było absolutnie żadnego problemu z moim pobytem tam. Cały czas byłam z synkiem,
      wszelkie zabiegi były wykonywane przy mnie (nawet ten nieszczęsny rentgen, w
      trakcie wizyt lekarzy matki były z dziećmi. Lekarze codziennie udzielali, w
      trakcie obchodu informacji na temat zdrowia dziecka i odpowiadali cierpliwie na
      każde pytanie. Pielęgniarki były miłe i fachowe, choć przyznać muszę, żeby nie
      było tak różowo, że lepiej traktowały dzieci przy których były matki. Te które
      były same, często były ignorowane - były na oddziale dzieci z domu dziecka i
      gdy mój mały juz wyzdrowiał i przestałam się o niego martwić, to troche się
      upłakałam przez te niemowlaki.
      • libra.alicja Re: Szpital z sercem? 22.06.03, 21:35
        monsza76 napisała:

        > Mój synek w wieku 2,5 miesiąca miał zapalenie płuc. Wiecie jak wykonuje się
        > rentgen u 2,5 miesięcznego dziecka? Na siłę prostuje mu się rączki i nóżki, a
        > potem wkłada się go do takiej plastikowej tuby. Do teraz pamiętam, że te jego
        > biedne, wyciągnięte rączki sięgały mu w okolice oczek. I do teraz pamiętam
        > jego płacz.

        Mojej 2-tygodniowej córce też robiono RTG płuc i poszłam z nią na to badanie,
        dostałam specjalny fartuch nie przepuszczający promieni i trzymałam ją
        najbliżej siebie jak sie dało.
        • monsza76 Re: Szpital z sercem? 22.06.03, 21:51
          Bardzo się cieszę, że tak to dobrze wspominasz, tzn. nie jak koszmar. Dla mnie
          niestety było to bardzo duże przeżycie. Mojemu synkowi dwa razy robiono rtg i
          obydwa razy, tak jak opisałam. Byłam z nim w gabinecie i trzymałm go dopóki nie
          włożono go w tę "tubę", ale przy robieniu rtg musiałam wyjść do sąsiedniego
          pomieszczenia.
          monsza
      • gabrysia_s Re: Szpital z sercem? 23.06.03, 14:27
        monsza76 napisała:
        Poza tym po Waszych opowieściach mogę się tylko cieszyć, że
        >
        > trafiłam do Centrum Pediatrii w Sosnowcu. Wtedy jeszcze karmiłam synka i nie
        > było absolutnie żadnego problemu z moim pobytem tam. Cały czas byłam z
        synkiem,
        >
        > wszelkie zabiegi były wykonywane przy mnie (nawet ten nieszczęsny rentgen, w
        > trakcie wizyt lekarzy matki były z dziećmi.

        Ja tez bylam z corka w Centrum Pediatrii w Sosnowcu i wcale tego pobytu nie
        oceniam tak kolorowo. Moja corka miala 11 miesiecy, chodzila, wiec ominal mnie
        koszmar rentgena, bo stala na wlasnych nozkach. Ale pielegniarki wcale nie sa
        takie fachowe, raczej nieprzyjemne i niezbyt pomocne. Nie podwazam ich wiedzy,
        czy kompetencji, ale niezbyt nadaja sie na oddzial niemowlecy, czy wogole
        szpital dzieciecy. Pomijajac jedynie stazystki, ale one niestety tylko waza
        dzieci, opiekuja sie tymi bez matek. Co do zaiegow, to owszem mozna bylo
        towazyszyc dziecku np w rtg,usg czy inhalacjach ale do zakladania wenflona (co
        bylo dla nas najbardziej stresujace) zabierano dziecko do zabiegowki i nie
        wolno bylo absolutnie do niej wejsc. Nie wiem kiedy bylas ze swoim dzieckim w
        szpitalu, ja tam spedzilam miesiac od 16 stycznia do 17 lutego. Moze od tej
        pory sie cos zmienilo. Ja jednak nie nazwalabym tego szpitala "z sercem".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka