Dzisiaj bedąc z synkiem na placu zabaw rozmawiałam z pewną panią, która
opiekuje się dwójką rodzeństwa: 5,5-letnią dziewczynką (koleżanka z grupy
przedszkolnej mojego synka) i jej 2-letnim braciszkiem. Rodzice dzieci są
związani ze światem medycznym, jedna z babć też. No i tu - zdaniem opiekunki -
zaczyna się problem. Otóż dzieciom NIE WOLNO wejść do stawu (wydzielone
kąpielisko z ratownikami), bo w wodzie są bakterie. Każde dziecko ma swoje
naczynia i sztućce, których nawet po umyciu nie wolno używac innym domownikom,
w przypadku np. kataru każde dziecko ma "swoje" krople do nosa, w domu
niedopuszczalne sa przeciągi, a po sugestii, że jest zaduch w domu pojawiły
sie odświeżacze powietrza. Dziewczynka jest ulubienicą wszystkich w
przedszkolu (niezwykle sympatyczna i bardzo uzdolniona), a dziś dowiedziałam
sie, że po wakacjach najprawdopodobniej do przedszkola nie bedzie chodziła, bo
gdy chodzi, to często choruje, a gdy jest w domu, to jest zdrowa.
Niania chce "ratować" dzieciaki i gdy jest możliwość łamie chore zasady
ustalone przez rodziców, a więc usiłuje przyzwyczaić je do bakterii, które
wszedzie czyhają, wietrzy mieszkanie, pozwala dzieciom na chwilę pohasania w
wodzie, na spacerze "pożycza" rodzeństwu nawzajem kubeczki z piciem (wszak
przeciez bawią sie tymi samymi zabawkami, wcześniej wylizanymi przez
siebie

), daje dzieciom od czasu do czasu landrynki (w tym przypadku zdaniem
rodziców problemem jest nie to, że to słodycze, lecz to, że ssając landrynke
dziecko może sie zadławić).
Jak uważacie, czy niania słusznie postępuje? Bo ja uważam, że tak.