asia_i_p
08.10.09, 15:43
Wróciłam z pracy zła jak osa. Mojej klasie ma się zmienić matematyk.
Umówiłyśmy się z matematyczką i dyrektorką, że im nie mówimy aż do ostatniej
chwili, żeby nie zaczęli robić sobie luzów.
Dzisiaj na matematyce posprzeczali się z nauczycielką - chodziło im, jak
twierdzą o konkretne zadanie, którego było na kartkówce, chodź im nikt
wcześniej nie wytłumaczył, jak to się robi. Nie mam zamiaru dochodzić, kto
miał rację - z jednej strony mogło się tak zdarzyć, mnie samej zdarzało się
już pomylić materiał na kartkówki o jedną lekcję, z drugiej strony oni mogli
uważać, że jak nie robili dokładnie tego typu zadania, to nie znają materiału
(miałam w liceum koleżankę, która osobno uczyła się wzorów na drogę, prędkość
i czas). Dość, że zamiast kłócić się o jedno, rozpętali piekło generalne, z
przykrymi uwagami rzucanymi pod nosem, lekceważącym tonem i całym tym
arsenałem, który powinni byli zostawić gdzieś tak pod koniec przedszkola.
Matematyczka się zdenerwowała i poszła do dyrektorki, która z rozmowy z nią
wywnioskowała, że klasa o odejściu nauczyciela już wie i sobie olewa. Przyszła
na godzinie wychowawczej i to właśnie powiedziała, no i w ten sposób klasa
dowiedziała się, że zmienia im się nauczyciel.
Ochrzaniłam klasę od góry do dołu za brak umiejętności komunikacyjnych (no w
końcu do cholery można chyba powiedzieć "Proszę mi to wytłumaczyć jeszcze raz"
zamiast teatralnie wzdychać do koleżanki "Chyba będę musiała pójść na korki"),
poszłam do dyrektorki, stanowczo podkreśliłam, że o zmianie nauczyciela nie
wiedzieli, problemy z komunikacją mają, mogą być niegrzeczni, ale przedmiotu
jako całości nie olewają. Ale i tak przeczuwam, że mogę mieć silne problemy z
załatwieniem, żeby matematyki po zmianie uczył ich jakiś długoletni nauczyciel
od nas, co do którego jest względnie pewne, że nie zrezygnuje po roku. Boję
się, że przylgnie do nich łatka tych, co się nie chcą uczyć, a to akurat nie
jest prawda (w każdym razie nie bardziej niż w przypadku innych uczniów).
No, wygadałam się.