Dodaj do ulubionych

"kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żony

07.01.10, 00:00
zainspirował mnie kolejny watek finansowy na forum.
miesięczne kieszonkowe bez prawa do komentowania przez stronę zarabiającą - zakładam - męża, który te pieniądze daje zonie pracującej w domu.
co myślicie o takim pomyśle? w moim związku jest to pomysł czysto teoretyczny, który pojawił się podczas rozmowy, być może, gdybym nie miała żadnych planów zarobkowych, rozwazylibysmy to.
a co o tym sądzicie, tak z ciekawości pytam?
czy lepiej się czujecie czerpiąc bez ograniczeń ze wspólnej sakiweki na własne fiu bździu (bo o tego typu wydatkach mowa - fryzjer, kosmetyki, ciuchy, buty, książki, fitness, knajpa itd. ogólnie przyjemności) czy też wolałybyście mieć na to wydzieloną konkretną kwotę na 500 zł miesięcznie, z którą możecie zorbić co Wam się żywnie podoba bez żadnej konsultacji z mężem i narażania się na jego komentarze, np. oddać jednorazowo do skrzynki dla biednych w kościele lub zapisać się na kurs manicure. Mi się wydaj całkiem rozsądny pomysł z tym kieszonkowym. ta wspólna kasa najlepiej się sprawdza, jak ludzie maja duzo pieniędzy. A jak już są bardziej "na styk", muszą/chca oszczędzać i licza pieniądze, to sprawa staje się problematyczna. Bo przecież i w takiej sytuacji ma ta niepracująca kobieta prawo do swoich wydatków, ale naturalnym wydaje mi sie ich konsultowanie z mężęm. No bo wspólne, więc jego też, nie tylko jej i on np. może uznać pomysł wizyty u psychologa kosztujacej 100 zł za zbędne dziwactwo, no nie? A kobiecie może to byc bardzo potrzebne i niekoniecznie chce sie z tego tłumaczyć, lub tez może ona chcieć iść do lekarza prywatnie zamiast na NFZ, przykłady można mnozyć... i w praktyce dogmat o absolutnej wspólnosci bez "moje - twoje" staje się krępującym ograniczeniem.
Obserwuj wątek
    • jak_matrioszka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 01:08
      Noz mi sie w kieszeni otwiera i zastawa sama leci na podloge jak slysze o "kieszonkowym dla zony", albo jakiejkolwiek innej formie wydzielania funduszy przez jasniezarabiajacego!
      Jestem zona, nie dzieckiem bedacym na utrzymaniu, nie zatrudniona do sprzatania i gotowania gosposia, nie ozdoba albumu ani elementem pokazowym w wyscigu samcow i do pieniedzy zarabianych przez mojego meza mam dokaldnie takie samo prawo jak on sam, bez wzgledu na to, na co je chce wydac, bez ograniczen. W czasie ceremonii nikt nad nim nie stal z nozem na gardle, moglismy zostac singlami i rzadzic sie osobno, a skoro zdecydowalismy sie na zalozenie wspolnego biznesu zwanego malzenstwem, to nie po to zeby teraz jedna strona wydzielala drugiej racje jak kartki w stanie wojennym.

      Oczywiscie kazdy moze sobie uzadzic wlasne pieklo wedle wlasnych upodoban. Nic mi do tego, ale podobac mi sie to nie musi.
      • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 01:30
        jak_matrioszka napisała:

        W czasie ce
        > remonii nikt nad nim nie stal z nozem na gardle, moglismy zostac singlami i rza
        > dzic sie osobno, a skoro zdecydowalismy sie na zalozenie wspolnego biznesu zwan
        > ego malzenstwem, to nie po to zeby teraz jedna strona wydzielala drugiej racje
        > jak kartki w stanie wojennym.

        ale dlaczego uwazasz, że to musi się tak odbywac? czy nie może to być wspólne rozplanowanie miesięcznego budzetu tak, żeby np. odłozyc założona kwotę, zeby starczyło na tzw. zycie dla obojga i przyjemności (wolne od konsultacji) dla obojga?

        >
        > Oczywiscie kazdy moze sobie uzadzic wlasne pieklo wedle wlasnych upodoban.

        pieniadze na "rozkusz" nie kojarzą mi się z piekłem.
      • beniusia79 smieszne... 07.01.10, 08:10
        gdyby policzyc ile zona przepracowala w domu (opoeka nad dzieckiem,
        pranie, sprzatanie, wysylanie listow itp.) to pan zarabiajacy
        musialby wyplate tej pani dawac, nie kieszonkowe...
        • mamaclub Re: smieszne... 07.01.10, 11:57
          beniusia79 napisała:

          > gdyby policzyc ile zona przepracowala w domu (opoeka nad dzieckiem,
          > pranie, sprzatanie, wysylanie listow itp.) to pan zarabiajacy
          > musialby wyplate tej pani dawac, nie kieszonkowe...

          po pierwsze - jak go chciał, tak go zwał, chodzi o istote układu. Po drugie - zona zakładam ma podstawowe utrzymanie zapewnione - to już cos, prawda? mówimy o dodatkowych pieniądzach.
    • minerallna Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 01:08
      O kurka, kieszonkowe dla żony! Hmm, dziwne to.

      Albo para potrafi razem trzymać finanse, mówić o tym (również wspomniane wizyty żony u lekarza), planować albo nie nadaje się na parę.

      No sorrki, ale ja nie kumam.
      I poziom dochodów raczej nie ma nic do rzeczy, raczej rozsądek przy wydawaniu pieniędzy.
      • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 01:27
        specjalnie, troche prowokacyjnie uzyłam kontrowersyjnego słow "kieszonkowe"wink
        mozna to oczywiście nazwac inaczej, a mianowicie ustalona z góry miesięczną kwota, którą kazde z partnerów (tak tak, jasniezarabiający tez powinien miec kieszonkowe) ma prawo wydac na cokolwiek chce bez konieczności omawiania tego z druga stroną.
        Mysle, że jednak poziom dochodów ma sporo do rzeczy. Piszecie o prawie do wydawania bez ograniczeń, bez zadnej konsultacji. Sczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego w praktyce w sytuacji, kiedy rodzina oszczędza. A rozsadkiem dla każdego może byc co innego - np. moim zdaniem rozsądnie jest móc czasem spełnic własna fanaberie dla mojego zdrowia psychicznego, a mąż może się na to zapatrywac inaczej.
        • shellerka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 05:38
          ja Ciebie doskonale rozumiem, ale ja nie mam problemu z poczuciem własnej
          wartości w związku w przeciwienstwie do pań oburzających się nieustannie na
          fakt, ze wypadałoby docenić to, że małżonek jest głównym zarabiającym w rodzinie
          i że gdyby to na tych pań główki spadł obowiązek utrzymania całej rodzinki,
          pewnie nie byłoby tak kolorowo i pomysł kupna przez ich mężów co miesiąc
          kolejnej fanaberii ubraniowej mógłby nie zostać tak entuzjastycznie przyjęty..
          • wieczna-gosia Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:03
            bylam i kura domowa i bylam przez jakis czas jedynym zywicielem
            rodziny. Z obu zadan wywiazalam sie wlasciwie. I kiedy maz byl na
            moim utrzymaniu ani mi do glowy nie przyszlo wnikac ile wydal na
            swoije przyjemnosci i czy ja to uwazam za zasadne.

            Oczywiscie jestesmy doroslymi ludzmi i komunikat " w tym miesiecu
            mamy na gole rachunki" nie jest mi obcy. Ale jesli mamy cos ponad te
            rachunki, wiemy ile co miesiac chcemy oszczedzic oraz jeszcze
            zostaje- ta kwota dysponujemy na zasadzie "potrzebne mi dwie stowy, a
            mi potrzebne cztery". Gdyz jestesmy partnerami i jesli ja potrzebuje
            wiecej- to widac potrzebuje.
            • kosmitos Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:18
              jasne, ale przyznasz, że bywa to upierdliwe (zwłaszcza w przypadku
              posiadania wspólnego konta); wymaga znacznie większej dyscypliny niż
              posiadanie jakiejś "własnej" kwoty; nie chciałoby mi się na zakupach
              zasanawiać czy jescze mogę wydać czy nie, bo ustaliliśmy, że mąż
              potrzebuje kwotę X i nie pamiętam czy na koncie zostało czy nie
              • wieczna-gosia Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:28
                w ogole wspolne prowadzenie budzetu wymaga dyscypliny szczegolnie
                jesli kwota wolna to 100- 200 zlotych. 100 to bym sobie wyplacila od
                razu i schowala karte do konca miesiaca w szufladzie smile

                Ale juz przy 5-6 stowkach telefen do banku znam na pamiec, teraz mam
                internet w ajfonie smile wiem ile mam na koncie. Ba, zdarza mi sie nie
                rozmawiac z mezem na tematy ile on potrzebuje tylko dzwonie na goraco
                i mowie ze ide do sklepu i czy on potrzebuje zeby mu na koncie cos
                zostawic. A on mowi ze on juz sobie przelal na karte.
                • kosmitos Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:33
                  jasne, że to kwestia dogadania się i preferencji; ja nie chciałabym
                  uwzględniac zbyt wielu danych podczas zakupów (to ma być
                  przyjemnośćsmile ); jestem zwolenniczką osobnych kont i dlatego dla
                  mnie wszelkie rozwiązania "wspólne" to kosmos, ale rozumiem, że w
                  przypadku kobiet, które nie pracują może to nie być najbardziej
                  komfortowa opcja; dla mnie opcja kwot do własnej dyspozycji jest
                  rozwiązaniem idealnym
          • undomestic_goddess Shellerko 07.01.10, 08:35
            Ty kpisz, czy o droge pytasz?
        • skarolina Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:58
          szyszunia11 napisała:

          > specjalnie, troche prowokacyjnie uzyłam kontrowersyjnego słow "kieszonkowe"wink
          > mozna to oczywiście nazwac inaczej, a mianowicie ustalona z góry miesięczną kwo
          > ta, którą kazde z partnerów (tak tak, jasniezarabiający tez powinien miec kiesz
          > onkowe) ma prawo wydac na cokolwiek chce bez konieczności omawiania tego z drug
          > a stroną.

          My w ten sposób funkcjonujemy od 12 lat. Zarabiamy oboje, ja mniej, mąż więcej, ja mam więcej czasu na zajmowanie się dziećmi i domem niż on. Konto jest wspólne, cała zarobiona kasa idzie do jednego wora, z którego opłacamy i kupujemy wszystko. Z wyjątkiem ustalonej kwoty miesięcznej na wydatki każdego z nas - właśnie po to, żebyśmy nie musieli się opowiadać drugiej stronie, jaką fanaberię mamy akurat, żeby było z czego kupić prezent na urodziny czy Gwiazdkę. Kiedyś, kiedy jeszcze spłacaliśmy kredyt i w ogóle kasy było mało, kwota była niewielka, teraz jest lepiej, to jest większa.
          Dla mnie to układ idealny, mąż też nie narzeka - nikt do nikogo nie ma pretensji, nawet jak druga strona kupuje, zdaniem pierwszej, kompletnie nieprzydatne głupoty. Póki robi to ze swoich pieniędzy, jest ok.
          • mamaclub Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:58
            Z wyjątkiem ustalonej kwoty miesięcznej na wydatki każdego z nas - właś
            > nie po to, żebyśmy nie musieli się opowiadać drugiej stronie, jaką fanaberię ma
            > my akurat, żeby było z czego kupić prezent na urodziny czy Gwiazdkę.

            własnie, prezenty to też jeden z moich argumentów.
        • laminja Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:55
          ustalenie sobie budżetu na pewne wydatki to już coś zupełnie innego. Dopóki jest
          obustronne OK, jeśli dotyczy tylko jednej strony, zwłaszcza tej która nie
          pracuje zarobkowo to zaczyna być źle.
    • shellerka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 05:34
      ja wolę tą wersję z kieszonkowym i nie tłumaczeniem się z kolejnej spódniczki
      bombkismile
    • wieczna-gosia Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 07:57
      Jedynym akceptowanym pomyslem jest dla mnie traktowaie zony
      niepracujacej w domu jako partnera w zwiazku i osobe zajmujaca sie
      domem i dzieckiem, ktora jesli wydaje to widac musiala. I tyle.

      Cala reszta jest z lekka upokarzajaca z kieszonkowym wlacznie.
      • kosmitos Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:15
        autorka już wyjaśniła, że ma na myśli kwoty, którymi oboje dysponują
        bez konieczności porozumiewania się z drugą stroną (wydatki na
        własne potrzeby); nazwa kieszonkowe nie brzmi najlepiej, ale co do
        zasady to jest w tym pewna racja; po co konsultować zakup nowych
        spodni czy wizytę u kosmetyczki?; obie strony (bez względu na
        strukturę i wielkość dochodow) powinny mieć taką kasę tylko dla
        siebie i tyle
        • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:42
          No ale co tu konsultowac? Ze potrzebuje nowych spodni albo iść do
          fryzjera? Albo mąż miałby mi się tłumaczyc ze prenumerate branzowego
          pisma potrzebuje. Zenada.
          Konsultowac to mozna 3 dniowy wyjazd do spa bo jak sa dzieci to
          trzeba opieke im zapewnic.
      • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:21
        A ja się tam cieszę, że dostaję 2 tys miesięcznie i mogę z tym
        zrobić , co chcę. Mimo, że już pracuję, zwyczaj ''kieszonkowego'' z
        czasów wcześniejszych pozostał. Oczywiście, że robiąc zakupy
        korzystam ze wspólnego konta, zakupy ciuchowe też z niego robię. Ale
        jak chcę zaszaleć, to korzystam z rezerw. I wtedy nie muszę męża
        informować, że właśnie kupiłam już trzecie buty w tym miesiącu. A
        kupiłam, bo np bardzo mi się spodobały, choć doskonale bez nich bym
        się obeszła.
        Albo inny przykład - kupiliśmy nastolatce nową zimową kurtkę, po
        czym po tygodniu będąc na zakupach z córką trafiłyśmy na taką, o
        jakiej marzyła. Wtedy bez problemu kupuję jej drugą i nie muszę z
        mężem dyskutować, czy to fanaberia nastolatki. Nie wiem, czy by
        uznał, że w tym przypadku wydałam pieniadze z konta na niezbędną
        rzecz.
        Generalnie jest tak - nie narzekamy na brak pieniędzy i z konta
        bierzemy oboje, nie tłumacząc się specjalnie. Mąż nigdy nie sprawdza
        paragonów, ja też nie. Ale to nie znaczy, że nie zauważy kolejnego
        ciucha czy butów. A już wogóle takie ''własne'' pieniądzee są super,
        gdy kupuję coś, o czym wiem, że uzna za niepraktyczne, albo mu się
        nie spodoba. Zwłaszcza, jeśli dotyczy to ciuchów dla dzieci.
        • leneczkaz azile.oli 07.01.10, 09:46
          tak tak.. pochwaliłaś się jaka jesteś zamożna. pewnie we wiosce najbogatsza
          hahaahha big_grin
          • azile.oli Re: azile.oli 07.01.10, 10:02
            Ja się tam za zamożną nie uważam. Po prostu nie mamy problemów
            finansowych. Czego zresztą nigdy nie ukrywałam. Jak mąż ma z czego
            dać kieszonkowe, to daje. Co jest takiego śmiesznego w tym, że ktoś
            zarabia więcej, zwłaszcza, jak na to uczciwie zachrzania we własnej
            firmie i właściwie cały czas musi być dyspozycyjny? I odpowiada za
            wszystko, za błędy czy lenistwo pracowników też. Skarbówki czy innej
            instytucji nie obchodzi, że to pracownik się pomylił. Konsekwencje
            zawsze ponosi właściciel. Nie rozumiem, co śmiesznego w tym, że mam
            2 tys na własne wydatki? Ja wiem, że niektórzy mają tyle na całą
            rodzinę, ale czy to wstyd mieć więcdej. Nie ukradłam.
            • leneczkaz Re: azile.oli 07.01.10, 10:03
              Ja wiem, że niektórzy mają tyle na całą
              > rodzinę, ale czy to wstyd mieć więcdej. Nie ukradłam.

              Ani też nie zapracowałaś big_grin
              • azile.oli Re: azile.oli 07.01.10, 10:16
                Zapracowałam. Uważam tak i ja i mój mąż. Zresztą od kilku lat też
                pracuję zawodowo, dla przyjemności i rozwoju.
          • bacha1979 Re: azile.oli 07.01.10, 10:26
            leneczkaz napisała:

            > tak tak.. pochwaliłaś się jaka jesteś zamożna. pewnie we wiosce najbogatsza
            > hahaahha big_grin

            Napisała to ta, która nie lubi się pochwalićtongue_outtongue_outtongue_out
            • leneczkaz Re: azile.oli 07.01.10, 10:38
              Lubi lubi.. Ale nie stricte w wątku o hajsie indifferent
      • szyszunia11 wieczna-gosiu... 07.01.10, 12:01
        dlaczego tak uważasz? czy nie sądzisz, że ta kobieta ma prawo do wydatków, których popełnić NIE musiała?? a mi o takie własnei chodzi. I własnie o to, żeby nie musiec się zastanawiac przy dokonywaniu tych wydatków: a może wcale nei muszę? nie byc postawionym w takiej sytuacji??
        • penelopa40 Re: wieczna-gosiu... 07.01.10, 12:40
          ja akurat zgadzam sie z wieczną-gosią...
          jakie kto czyni wydatki i czy one są potrzebne czy nie (to zresztą
          rzecz względna, jednemu potrzebne 10 par spodni, inny zadowoli się
          jedną parą) nijak sie nie ma do tego skąd pochodzą pieniądze, twoj
          tok myślenia zakładałby ze jak kobieta zarabia i pracuje to
          zastanawiać sie nie musi tylko wydaje na co chce... a tak nie jest,
          ja akurat pracuję, zawsze pracowałam, nigdy nie byłam na utrzymaniu
          męża/partnera/kochanka... , zarabiam, utrzymuję dom, mam pełną
          kontroklę nad wpływami i wydatkami i teoretycznie moglabym wydawać
          na co mam ochotę bo to moje pieniądze, ale w praktyce często stawiam
          pytanie: czy aby napewno musze x czy y kupić? i częsciej to pytanie
          dotyczy mnie niż innych członkow rodziny...
          p.s. kieszonkowe dla niepracującego współmałżonka uważam za
          nieporozumienie, kieszonkowe to dobre dla dziecka... najlepiej jak
          oboje rodzice pracują i wedlug własnych wypracowanych wspólnie
          rozwiązań dzielą się wydatkami... tu nie ma jednego słusznego modelu.
        • ihanelma A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 12:51
          Skoro kupujesz coś ponad potrzeby, to albo masz na to środki i nie
          przejmujesz się wydatkami, albo jesli ich nie masz i jesteś
          człowiekiem rozsądnie myślącym - nie kupujesz po prostu.
          Kto w takim razie decyduje o tym, czy twoje potrzeby są zasadne?
          Jeśli ty sama - jest OK.
          Jeśli inni ludzie - jesteś osobą od nich zależną, conajmniej
          mentalnie.

          Mam wrażenie, ze Waszych rodznnych pieniędzy nie traktujesz jako
          swoich. Jesteś trochę gościem we własnym portfelu, małą dziewczynka
          proszącą o pieniądze na lody.
          • szyszunia11 Re: A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 13:25
            ihanelma napisała:

            > Skoro kupujesz coś ponad potrzeby, to albo masz na to środki i nie
            > przejmujesz się wydatkami, albo jesli ich nie masz i jesteś
            > człowiekiem rozsądnie myślącym - nie kupujesz po prostu.

            mni eisę wydaje, że to jest pojęcie bardzo, bardzo względne. Nie da się tak rozgraniczyc na czarne i białe jak Ty piszesz. Z góry ustalona kwota pomaga wyzbyc się obowiązkowego niemal pytania: czy musze? bo uważam, ze kazdy ma prawo kupic sobie coś, czego kupowac nie musi. Albo odłozyc na nastepny miesiąc. Oprócz takiego dialogu na temat "muszenia" z samym sobą odpada jeszcze konieczność przedstawiania sprawy partnerowi, który nie zawsze zrozumie nasze kobiecepotrzeby. I nie mówię tu tylko o przysłowiowej kosmatyczce i manicure, ale mam na mysli całe spektrum innych rzeczy, o których np. partner nigdy by nie pomyślał.
            • ihanelma Re: A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 13:46
              Ale dla mnie jest niepokojące, że ty czujesz się w obowiązku
              przedstawiać te "kobiece potrzeby" partnerowi do akceptacji, nie
              podejmujesz decyzji sama.
              Co innego poinformować, skonsultować coś jeśli czujesz taką potrzebę.
              Ale - jeśli wiesz że możecie sobie na to pozwolić, czujesz potrzebę
              nabycia czegoś i koniecznie musisz uzyskać aprobatę od partnera i
              się z zakupu wytłumaczyć - to już nie jest dobrze.

              To "kieszonkowe" to tylko proteza wolności finansowej.
              • szyszunia11 Re: A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 13:51
                ihanelma napisała:

                > Ale dla mnie jest niepokojące, że ty czujesz się w obowiązku
                > przedstawiać te "kobiece potrzeby" partnerowi do akceptacji, nie
                > podejmujesz decyzji sama.
                moze dlatego ze zalozenie jest takie, ze to pieniadze wspólne a ludziom się nei przelewa?
                • ihanelma Re: A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 14:06
                  No własnie. Skoro się nie przelewa, to kobieta w tym związku chyba
                  zdaje sobie sprawę, do którego iść fryzjera.
                  Dla mnie upokarzające byłoby oczekiwanie na aprobatę wydatku.
                  My się o niektórych informujemy, ale nikt nikogo nie pyta "czy
                  może", bo właśnie mamy do siebie zaufanie. Rozliczanie z wydatków
                  (nieuzasadnione i upierdliwe) byłoby dla mnie pokazem braku zaufania
                  do partnera i podkreślaniem dominacji ekonomicznej.
                  • szyszunia11 Re: A kto decyduje co jest potrzebne? 07.01.10, 14:14
                    ihanelma napisała:

                    > No własnie. Skoro się nie przelewa, to kobieta w tym związku chyba
                    > zdaje sobie sprawę, do którego iść fryzjera.

                    to nawet nei jest kwestia do którego fryzjera. Określony efekt jaki tę kobiete interesuje kosztuje okresloną kwotę, jak ma byc bubel to lepiej w ogóle nie iść. Zas partner chwali naturalne włosysmile
    • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:06
      Mnie sie srednio podoba ten pomysl, wydaje mi sie ze sprowadza zone do poziomu
      dziecka, ktoremu trzeba wydzielac bo samodzielnie nie jest w stanie ogarnac i
      zarzadzac caloscia wydatkow na dom. Uwazam, ze to nie od dochodow zalezy a od
      dojrzalowsci i swiadomosci partnerow. Znam granice, ktorej nie powinnam
      przekraczac, sama ja sobie wyznaczam w oparciu o znajomosc dochodow i wydatkow.
      Znam doskonale dochod meza, planujemy razem wydatki i doskonale wiem, co moge i
      ile moge wydac na siebie, czasami jest to suma mniejsza kiedy mamy wiecej
      wydatkow innego typu, czasami jest to suma wieksza. Wobec innych wydatkow np.
      zakup mebli do domu potrafie odmowic sobie kupna torebki czy butow w danym
      miesiacu i zadowolic tym co niezbedne. Poza tym potrzeby tez sie zmieniaja,
      czasem jest ich wiecej a czasem mniej, sa miesiace kiedy wydaje sie mniej a sa
      takie kiedy trzeba wydac wiecej, np. wyskocza 2 wizyty u lekarza prywatnie to
      musze zrezygnowac z planowanego zakupu butow, ktorych pilnie potrzebuje bo
      wyczerpalam limit?
      A takie wydatki jak fryzjer, kosmetyki pielegnacyjne, fitnes, wizyty u lekarzy
      to uwazam ze powinny zostac ujete w budzecie domowym na stale a nie z
      kieszonkowego bo to nie sa fanaberie.
      • kosmitos Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:23
        jasne, tylko każdemu może wyskoczyć dodatkowy wydatek na
        przyjemności i nie uważam, że należy to jakoś szczególnie
        konsultować; uważam też, że każdy dojrzały człowiek wydaje tyle ile
        może i nie zadłuża się bez sensu na waciki, więc argument o
        traktowaniu żony jak dzieciaka trochę nie pasuje; w tym podziale
        chodzi o pewne drobne kwoty na przysłowiowe piwko z koleżanką czy
        najpiękiejsze na świecie buty, których zakup nie został zaplanowany,
        albo nowy krem; wiadomo, że ubrania czy kosmetyki podstawowe można
        zaplanować, ale tu raczej chodzi o dodatki
        • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:00
          no otoz wlasnie, nie potrzebuje wydzielonej kwoty na wydatek ekstra dlatego ze
          ja doskonale wiem, czy w danej chwili moge kaprys zaspokoic czy nie. I tak samo
          byloby gdyby u nas panowala zasada wydzielania kieszonkowego. Nie wyobrazam
          sobie, zeby mozna bylo zgarnac do kieszeni swoje przyznane kieszonkowe wiedzac,
          ze w danym miesiacu z powodu innych wydatkow typu remont w mieszkaniu, czy zakup
          nowych sprzetow wystarczy tylko i wylacznie na zycie i rachunki, i to dotyczy
          obydwojga malzonkow. Moj maz duzo wychodzi i od czasu do czasu sprawi sobie
          kosztowny drobiazg elektroniczny, jesli sa powazne wydatki w danym okresie to po
          prostu ogranicza wyjscia i odklada zakup cacek. Natomiast to co pozostanie po
          odjeciu wszystkich planowanych wydatkow mozna wydac wedle uznania, raz wystarczy
          to na nowy krem (choc krem to dla mnie kosmetyk pielegnacyjny, ktory jak
          najbardziej da sie zaplanowac, ja dokladnie wiem, ile miesiecznie wydaje na
          kosmetyki, na ile mi starcza krem 50ml, jak dlugo balsam do ciala), nowe buty i
          kolejna sukienke, a kiedy indziej trzeba bedzie z czegos zrezygnowac i wybrac
          tylko buty lub tylko sukienke. Dla mnie to proste jak drut.
          W dodatku jestem tez w stanie przewidziec wydatki na wyjscia, bo wyjscia sa
          regularne, wiec niejako juz wiemy, ile nas co miesiac kosztuja.
    • undomestic_goddess Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:32
      smieszny pomysl
      i uwlaczajacy godnosci

      kasa w zwiazku jest wspolna, jesli nie ma odrebnosci
      mam prawo korzystac z calosci
      • ola Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:49
        A mój mąż traktuje mnie nie jak niepoełnosperawne umysłowo dziecko,
        któremu daje się kieszonkowe, tylko jak pracownika, któremu się
        płaci za wykonana pracę.
        Mamy 3 konta: jego, moje i współne na którym trzymamy forsę "na coś".
        Co miesiąc ze wspólnego konta mąż robi 2 przelewy na konto swoje i
        moje - w kwocie ustalonej w negocjacjach. Traktujemy to jako moja
        pensję, z którą moge robić co chce. To samo on ze swoją kasą.
        Z konta wspólnego robimy opłaty domowe, kupujemy rzeczy wspólne -
        meble, wyjazdy itd.
        System powstał, kiedy jeszcze pracowałam (wtedy na moje konto płacił
        pracodawca) i będzie istniał, kiedy wróce do pracy po wychowawczym...
        • ally Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:07
          łał, patriarchat w pełnej krasie! smile
        • ahhna Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 18:00
          > Mamy 3 konta: jego, moje i współne na którym trzymamy forsę "na
          coś".
          > Co miesiąc ze wspólnego konta mąż robi 2 przelewy na konto swoje i
          > moje - w kwocie ustalonej w negocjacjach.

          Moim zdaniem to jest bardzo dobry pomysł, nieuwłaczający nikomu,
          sprawiedliwy i jednoczesnie gwarantujący jakieś stałe nienaruszalne
          pieniądze na wspólne domowe wydatki. Pod warunkiem oczywiscie, ze
          kwota ustalona w negocjacjach jest taka sama dla was obydwojga.
      • lusitania2 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:57
        undomestic_goddess napisała:

        >
        > kasa w zwiazku jest wspolna, jesli nie ma odrebnosci
        > mam prawo korzystac z calosci


        a ktoś pisze, że nie masz prawa decydować i korzystać z reszty?
        To, że otrzymujesz część do wyłącznego decydowania nie musi wcale
        oznaczać, że o reszcie decyduje wyłącznie mąż. Znam pary, w których
        i ona i on mają to swoje "kieszonkowe" ustalone jak najbardziej
        zgodnie i w porozumieniu ze sobą, a reszta jest wydawana we
        wzajemnym uzgodnieniu. I nikt jeszcze się nie skarżył, że taki układ
        uwłacza jego godności. Swoją drogą sam taki pomysł sporo mówi o
        stosunku do partnera w związku i pieniędzy w nimsad.
    • broceliande Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 08:55
      Sama to sprowadzasz do niewłaściwego poziomu. Kieszonkowe, fiu
      bździu, fanaberie...
      Jak dziecko albo ktoś nieodpowiedzialny za siebie.
      Jakby nic od ciebie nie zależało i chcesz, żeby "
      miesięczne kieszonkowe bez prawa do komentowania przez stronę
      zarabiającą"

      Faktycznie idź do pracy, jeśli nie chcesz komentarzy na temat
      wydatków.
      • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:08
        Jak obu stronom to odpowiada i mąż woli, aby dziecko wychowywała
        żona, a nie żłobek, a przy tym chce jej to siedzenie w
        domu ''wynagrodzić'', to w czym problem?
        • mruwa9 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:22
          bo zona ma byc partnerem w zwiazku, a nie malutkim, bezradnym i
          nieodpowiedzialnym dzieckiem, ktoremu trzeba wyliczac pieniadze i
          ktore nie potrafi rozsadnie gospodarowac budzetem. I co to za tekst
          o "wynagradzaniu" kobiecie pracy w domu i opieki nad wspolnym
          dzieckiem? Ja rozumiem, ze siedzenie kobiety w domu mozna traktowac
          jako uklad miedzy malzonkami/partnerami, rozdzial obowiazkow, w
          ktorym kobieta angazuje sie w wychowanie wspolnego potomstwa, a
          mezczyzna zapewnia srodki niezbedne do przezycia rodziny, ale
          wowczas oboje rodzice maja takie samo prawo do owych srodkow,
          roznica polega jedynie na podziale obowiazkow. Ja bym sie czula
          upokorzona, gdyby mi maz zechcial "wynagradzac" prace na
          wychowawczym. To bylo i jest oczywiste, ze mamy jedno wspolne konto
          i kazdy wlasna karte do konta, z ktorego korzystamy oboje, w
          pierwszym rzedzie pamietajac o obowiazkowych platnosciach,
          rachunkach, kredycie itd. Reszta to kwestia wzajemnego zaufania i
          zdrowego rozsadku, ze zadne z nas nie popada w przesade ze swoimi
          fanaberiami i wydatkami.
          • izak31 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:32
            Chyba bym padła z upokorzenia i wstydu do samej siebie gdybym miała
            poprosic meza o pieniadze na ubrania czy kosmetyki. Po to pracuje
            aby byc niezalezna. I teraz stram sie odziecko bo MNIE na to stac. A
            nie mojego meza i mnie.
          • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:52
            Ale ja też mam swobodny dostęp do konta. A wydawanie na fanaberie
            jest bardzo przyjemne. Zwłaszcza, że nie muszę się wtedy ogladać na
            żadne obowiążzkowe płatności. To nie brak zaufania , ale
            comiesięczny ''prezent'' od męża. I tyle.
            Nie czuję się upokorzona, że dostaję kasę, z którąś mogę zrobić ,
            co chcę. Nawet komuś oddać.
            Codzienne zakupy płacę ze wspólnego konta, podobnie ciuchy,
            kosmetyki, lekarza.
            '' Kieszonkowe'' jest na fanaberie. Stać nas na to. Ale czy mąż
            musi wiedzieć, że wydałam tysiaka na buty?
            Poza tym u nas jest szvczególna sytuacja - nie omawiamy ze sobą
            szczegółowo wszystkich wydatków, bo nie ma takiej potrzeby. Po
            prostu nie mamy stałego budżetu miesięcznego , tylko kasę na koncie,
            bo mamy firmę i wpłacamy tam dochody, a nie wypłaty. Więc co miesiąc
            wpływają tam różne kwoty. Wszelkie opłaty robi mąż, co jest dla mnie
            bardzo wygodne.
            A czemu miało mnie upokarzać wynagrodzenie na wychowawczym? Mężowi
            bardzo zależało, aby dzieci nie chodziły do żłobka i przedszkola.
            Te opłaty nam ''odpadały'', a poza tym ja byłam matką ( jak i te
            praccujące), ale i pełnoetatową przedszkolanką. Realizowałam z
            dziećmi program, jeździłam na wycieczki edukacyjne, zaliczyłam
            muzea, warsztaty pracy twórczej, kina , teatry. Nie zaniedbywałam
            sfery emocjonalnej. Dzieci były odważne, przebojowe, asertywne.
            A przy okazji nie było pośpiechu, mogły spać, do której chciały,
            pomagać mi w kuchni itd.
            Gdybym pracowała, tylko część rzeczy mogłabym z nimi robić, z braku
            czasu po prostu. A że jestem z wykształcenia również pedagogiem to
            dzieci miały mamę - przedszkolankę do własnej dyspozycji.
            Uważam, że czas, jaki zainwestowałam w ich rozwój i edukację
            zaprocentował w takim stopniu, że opłacało się to całej rodzinie.
            A że przy okazji dostawałam kasę?
            • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:08
              JAk Ty nic nie rozumiesz. Nic chcę zniżać się do Twojego poziomu i pisać Ci na
              co mnie stać, ale ja mam mózg i nie muszę mieć wydzielone do portfelika na buty
              za 1 000zł., bo jak chcę to sobię kupuję ze wspólnego konta i nie muszę mieć
              debilnie wyliczonego po groszu.
            • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:10
              Azile, ale ze wspolnego konta tez mozna buty za tysiaka kupic, jezeli ten tysiak
              wolny na tym koncie po odjeciu ogolnych wydatkow. Jedyna roznica, ze ty
              dostajesz co miesiac wdzielona kwote i nie interesujesz sie wydatkami, a ja np.
              wiem, czy w danym momencie nasza rodzina moze sobie pozwolic na zakup dla mnie
              butow za tysiac.
          • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:05
            mruwa szacun. dla mnie tak właśnie wygląda małżeństwo. 100 % Twojego opisu
            działa u mnie. Wspólne konto, 2 karty, najpierw opłaty a potem już wiemy ile
            mamy, ile chcemy odłożyć i nikt nikomu nic nie wydziela.
            • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:18
              A ja mam kaprys mieć pieniądze, które nie są wliczane do wspólnej
              kasy. Na przyjemności i duperele. Moja sprawa i mojego męża.
              • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:21
                Ale jakie WLICZONE. Masz problemy z matematyką, że nie umiesz ODLICZYĆ 2 tyś ??
                Albo i 12tyś!! Bosh.. co za różnica. Trzeba wydzielić, włożyć do portfelika
                żonie bo jak sie nie wydzieli to cholera wie jaki żona może mieć ;kaprys'.. Jak
                z nastolatką..
                • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:38
                  Wiesz, o co chodzi z tymi pieniędzmi? Nie o to, że nie umiem
                  odliczyć, bo umiem, ale o to, że mąż po prostu nie wie , co ja z
                  tymi pieniędzmi robię, czy, gdzie i ile wydałam. I ja nie chcę, żeby
                  wiedział. No, oczywiście, równie dobrze mogę sobie tę kasę wyciagnąć
                  z konta i czasem tak robię. Ale to pieniadze tylko na moje wydatki,
                  więc nie płacę kartą, w związku z tym mąż wie, że wzięłam, a nie
                  wie, na co wydałam, ile mi zostało, to moja sprawa.
                  • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:53
                    Nie o to, że nie umiem
                    odliczyć, bo umiem, ale o to, że mąż po prostu nie wie , co ja z
                    tymi pieniędzmi robię, czy, gdzie i ile wydałam.

                    Fakt, że masz taką potrzebę ochrony prywatności swoich wydatków wskazuje na
                    problem natury psychologicznej i na fakt, że coś mimo wszytko w waszym
                    małżeństwie jest nie tak...
                    Przykro mi.
                    • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:17
                      Każdy człowiek ma potrzebę ochrony prywatności. To jest normalne i
                      zdrowe. U nas jest po prostu tak, że my codziennych wydatków nie
                      planujemy, większych zakupów ciuchowych też nie. Nie wnikam, ile mąż
                      wydał na ciuchy dla siebie czy dzieci. Mąż też nie wnika w moje
                      wydatki, choć nie sa małe (głównie dzieciaki kosztują).
                      Ale lubię mieć po prostu możliwość zrobienia najgłupszego zakupu
                      pod słońcem i nie chcę tego z nikim omawiać. Oczywiście nic by się
                      nie stało, gdyby mąż się dowiedział, ale po cholerę mam go we
                      wszystko wtajemniczać? Zawsze byłam osobą dość zamkniętą i lubię
                      mieć taką strefę, do której nie wpuszczam nikogo, jeśli nie chcę.
                      Akurat pieniędzy i zakupów dotyczy to w najmniejszym stopniu.
                      A nasze małżeństwo nieźle się trzyma i oby tak dalej.
                      • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:37
                        W normalnym związku nawet z najgłupszych zakupów nie trzeba sie
                        tłumaczyc o ile nie odbywa sie to kosztem rachunków.
                        • jamesonwhiskey Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:25
                          > W normalnym związku nawet z najgłupszych zakupów nie trzeba sie
                          > tłumaczyc o ile nie odbywa sie to kosztem rachunków.

                          czyli co, zarabiajacy facet ma sie cieszyc ze nie zarabiajaca zona
                          przepierdziela co miesiac cala kase na jakis beznadziejny nikomu nie potrzebny
                          kicz ?
                      • broceliande Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:40
                        azile.oli napisała:



                        Mąż też nie wnika w moje
                        > wydatki, choć nie sa małe (głównie dzieciaki kosztują).

                        To znaczy, że dzieci, to TWOJE wydatki? To do wydatków na dzieci nie
                        wpuszczasz jako do swojej "sfery".
                        Mowa była o "fanaberiach" niepracującej żony.

                        Ja rozumiem, mąż pracuje, Ty wydajesz. Tylko smutne, że masz
                        potrzebę takiej "sfery". Mąż wie dokładnie gdzie jesteś, co robisz,
                        więc niech chociaż nie wie, co tam sobie kupujesz.
                        • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:54
                          Oczywiście za wydatki dzieci płacę ze wspólnego konta, podobnie jak
                          mąż. Wyjatkiem są jakieś fanaberyjne zachcianki dzieci, którym
                          ulegam czasem ja, a czasem mąż. Ja kupię rzecz niepraktyczną, ale
                          odjazdową, bardziej, że dzieci z tych , które nie naciagaja na
                          zakupy.
                          Teraz akurat pracuję, więc mąż wcale nie wie dokładnie, ani co
                          robię, ani gdzie jestem. Kiedy nie pracowałam to wiedział mniej
                          więcej do czasu, gdy młodsze dziecko skończyło rok. Bo mogłam być w
                          domu, albo na spacerze. Ale później wsadzałam dzieciaki w samochód i
                          mąż się dowiadywał , gdzie jestem, jeśli do mnie zadzwonił.
                          Podobnie, jak ja do niego.
                          No i jeszcze jedno - akurat na ogół dzielimy się swoimi planami na
                          dany dzień , przynajmniej w ogólnych zarysach, bo nam to bardzo
                          ułatwia życie.
                    • ewcia1980 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 20:05
                      leneczkaz napisała:
                      > Fakt, że masz taką potrzebę ochrony prywatności swoich wydatków
                      wskazuje na problem natury psychologicznej


                      powiedziała co wiedziało.
                      na jakiej podstawie takie wnioski???????????????/


                      >i na fakt, że coś mimo wszytko w waszym
                      > małżeństwie jest nie tak...


                      a kim Ty jesteś zeby to oceniac???????

                      ja z męzem mamy dwa konta.
                      oboje pracujemy przy czym mąż zarabia z 10 razy tyle co ja (szczerze
                      mówiac dokładnie to nawet nie wiem ile zarabia)

                      nigdy nie rozliczalismy sie przed soba z tego na co wydajemy kase.
                      nigdy tez nie czułam potrzeby robic przegladu salda rachunku mojego
                      męza ani nie mam checi udostepniac mu mojego.

                      problemów natury psychologicznej nie mam!!
                      z moim małżenstwem wszystko jest ok.

                      a poza tym:
                      - mam potrzebe "duzej swobody"
                      - nie lubie kontroli (mój mąż nawet nie ma prawa zagladac do mojej
                      torebki czy komorki)
                      - lubie miec swój "rewir" - mój i tylko mój
                      i tyle!!
        • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:49
          mąż woli, aby dziecko wychowywała
          > żona, a nie żłobek, a przy tym chce jej to siedzenie w
          > domu ''wynagrodzić'', to w czym problem?


          To niech se woli. JA mam wspaniałą pracę którą kocham i nie muszę się spełniać
          kupując kolejne buty czy kurtkę. Spełniam się robiąc nowe projekty, windując
          zyski.. A Ty lecisz po nową parę butów z kieszonkowego jakie dał Ci mąż.
          I choc zapewnie jestem od Ciebie z 10 lat młodsza mogę nazwać się kobietą prócz
          matką i żoną. Ty jesteś matką ala żoną i... utrzymanką uncertain
          • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:12
            Ja się nie spełniam, kupując sobie ciuchy. To tylko drobne
            przyjemności. Obecnie też pracuję, spełniam się jako matka i żona.
            Ustaliliśmy kiedyś coś z mężem i to był najlepszy wybór w życiu.
            Zainwestowałam w dzieci, teraz inwestuję też w siebie, jeśli chodzi
            o rozwój zawodowy.
            Nie jestem utrzymanką, daruj sobie takie stwierdzenia, albo zajrzyj
            do słownika, nim kogoś obrazisz.
            Poczekaj, aż będziesz miała trochę większy staż małżeński, matczyny
            i zawodowy.
            Bo na razie jeszcze chyba kariery zrobić nie zdążyłaś i dziecka nie
            wychowałaś, ale nadal tkwisz w piaskownicowych tematach.
            • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:20
              Karierę robię, dzieckiem także się zajmuję, ale nikt mi nie musi WYDZIELAĆ na
              zakupy bo mam tyle inteligencji, żeby sama wiedzieć na co mogę sobie pozwolić, i
              czy na pewno tego potrzebuję. Mam pieniądze na prezenty dla dzieci i męża, choć
              wolimy ustalać wydatki razem.
              MAłżeństwo to partnerstwo.
              Może za szybko Cię oceniłam za co przepraszam, ale nie do pomyślenia jest dla
              mnie wydzielanie kasy dla żony. Czyli mąż ma podejrzenia, że gdyby nie WYDZIELIŁ
              Ci 2 tyś to byś wydała na buty i torebki 10???????????? JAk masz to musisz
              wydać. Ja jakoś nie odczuwam takiego parcia na buty....
              • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:31
                Ale mąż mi nie wydziela pieniędzy. To taki gratis, który dostaję,
                mogę z nim zrobić, co chcę, odkładać, podarować, zgubić.
                Do konta mam normalny dostęp i z tego opłacam zakupy, również własne
                ciuchy, kosmetyki, fryzjera. Te buty podałam jako przykład. Mogę
                mieć parcie na inną rzecz, mogę sfinansować coś dzieciom, o czym
                marzyły, a nie jest im to niezbędne i w sumie za to przepłacam.
                Ale jak im to sprawia przyjemność, to od czasu do czasu się
                szarpnę. Mogłabym zapłacić ze wspólnego konta, ale po prostu nie
                chcę się ujawniać, że zgłupiałam i zdrowo przepłaciłam wymarzoną
                bluzę syna.
                A - zazwyczaj nie szaleję, ale jak mam ochotę, to mogę, bez
                oglądania się, ile pieniędzy jest na koncie.
                Takie moje małe tajemnice.
                • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:37
                  Ok, rozumiem. Tylko nie czję po co ludziom dobrze sytuowanym finansowo takie
                  podziały. Bo gdybyście mieli mało, to byłoby trzeba odkładać na to czy owo. Ale
                  jak się ma 'pełne' konto to to jest tylko formalność, przelewanie 'z kupki na
                  kupkę' a nie 'kieszonkowe' na wydatki. Bo jak Ci się skończy to 'kieszonkowe' to
                  i tak sobie wydasz ile chcesz z konta rodzinnego. Więc chyba nie o to chodziło w
                  rozmowie. Chodzi o wydzielanie "tyle i tyle możesz wydać na kosmetyki" .. A
                  muszę wydać? A co jak nie wydam? A co jak mi nie starczy? Mam czekać do
                  następnego m-ca bez butów i kremu do twarzy?
                  O takie dylematy mi chodziło.
                  A Ty źle opisałaś swoją sytuację życiową. Już się nie czepiam wink
                • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:46
                  Taki gratis jakos dwuznacznie mi sie kojarzy.
                • broceliande Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:43
                  azile.oli napisała:
                  Takie moje małe tajemnice

                  O to, to!
                  Nie masz innego życia oprócz rodzinnego, więc musisz coś tam
                  ukrywać...
                  Zawsze lepiej pracować jednak.
                  • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:02
                    Ależ ja pracuję. Nie pracowałam, kiedy dzieci były małe.
                    A mimo to życie rodzinne jest dla mnie bardzo ważne, co nie znaczy,
                    że o pierdołach typu zakupy muszę mówić mężowi. Mamy ciekawsze
                    tematy, niż moja wizyta w centrum handlowym.
                    Dzieci też wchoodzą w etap, że nie o wszystkim mi mówią i ja to
                    szanuję. Przy czym oddzielamy rzeczy ważne od nieważnych. Mam w
                    nosie, że syn wydał część swoich oszczędności na jakąś tam grę. Nie
                    pytam, ile kosztowała. A pieniędzmi oboje potrafia gospodarować
                    super.
                    Natomiast dzieci doskonale wiedza, że z poważnymi problemami mogą
                    do nas przyjść i dostaną wsparcie.
                    Ale nie sprawdzamy się nawzajem i szanujemy swoją intymność.
                    • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:12
                      Ja odnosze wrażanie z twoich wpisów że ty sie wstydzisz tej
                      zakupomanii przed mezem. Wielkie mi tajemnice że buty, majtki czy
                      kurtkę dla dziecka kupie. Taka na siłę tworzona samodzielność.
                      • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:24
                        To nie jest zakupomania. To jest po prostu od czasu do czasu
                        realizowanie zachcianek moich , czy dzieci bez szczegółowego
                        wtajemniczania męża, że wydałam znaczna sumę tylko dla spełnienia
                        mojego czy dziecka kaprysu.
                        Oczywiście czasem z mężem szalejemy w ten sposób wspólnie.
                        Jak już powiedziałam - te pieniadze nie muszą zostać wydane na
                        zakupy. Mogę je wpłacić na cel dobroczynny, wspomóc koleżankę.
                        I nie chcę w takich momentach czekać na aprobatę męża. Bo może tej
                        koleżanki nie lubi? Albo uważa, że jakaś fundacja to naciagacze?
                        Kasa moja, dam komuś, zostanie mniej dla mnie, ale to moja sprawa.
                        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:27
                          azile.oli napisała:

                          >
                          > Jak już powiedziałam - te pieniadze nie muszą zostać wydane na
                          > zakupy. Mogę je wpłacić na cel dobroczynny, wspomóc koleżankę.
                          > I nie chcę w takich momentach czekać na aprobatę męża. Bo może tej
                          > koleżanki nie lubi? Albo uważa, że jakaś fundacja to naciagacze?
                          > Kasa moja, dam komuś, zostanie mniej dla mnie, ale to moja sprawa.

                          o, własnie, własnie. Dodam, że jak dla mnie własnie wyrazem dojrzałości i partnerstwa może być ustalenie tego podziału kwot, jesli obu stronom taki układ odpowiada. To może oszczędzić np. wielu zbednych dyskusji a i nerwów czasem jak mniemam.
      • szyszunia11 broceliande 07.01.10, 12:08
        ja uważam, że nei tylko dzieci maja prawo do zachcianek, poza tym zachcianka to pojecie bardzo względne. Moją zachcianka może być chęc pomocy komuś w rodzinie na przykład, ale z jakichś powodó moge chcieć zrobic to dyskretnie.
        ja mam potrzebe wolności i niezalezności, także w moich drobnych wydatkach - potrzeba ustalania wszystkiego wspólnie w imię partnerstwa, nawet jak chce mężowi kupić prezent - osobiście mi nie pasuje.
        • leneczkaz Re: broceliande 07.01.10, 12:34
          Moją zachcianka może być chęc pomocy komuś w rodzinie
          > na przykład, ale z jakichś powodó moge chcieć zrobic to dyskretnie.

          Pomagaliśmy z mężem rodzinie z obydwu stron. Dyskretnie, RAZEM.

          po
          > trzeba ustalania wszystkiego wspólnie w imię partnerstwa, nawet jak chce mężowi
          > kupić prezent - osobiście mi nie pasuje.

          ja nie lubię drogich prezentów. wkurza mnie jak mi mąż kupuje biżuterię za
          1000zł a ja uważam, że jest OHYDNA! Więc prezenty dla mnie do ok 200- 300 zł nie
          muszą być konsultowane. Mąż lubi droższe prezenty więc mu kupuję (ostatnio
          dostał x-boxa elite z kilkoma grami) i nie ma problemu. i tak wie ile on
          kosztuje bo debilem nie jest, więc płacę kartą.
          • szyszunia11 Re: broceliande 07.01.10, 12:54
            leneczkaz napisała:


            > Pomagaliśmy z mężem rodzinie z obydwu stron. Dyskretnie, RAZEM.

            gratuluję. Wyobraź sobie jednak, że nie w kazdym związku panuje tak absolutna i niezmienna jednomyslnosc, co wcale nei znaczy, że jest to związek nieudany.


            >
            > po
            > > trzeba ustalania wszystkiego wspólnie w imię partnerstwa, nawet jak chce
            > mężowi
            > > kupić prezent - osobiście mi nie pasuje.
            >
            > ja nie lubię drogich prezentów. wkurza mnie jak mi mąż kupuje biżuterię za
            > 1000zł a ja uważam, że jest OHYDNA! Więc prezenty dla mnie do ok 200- 300 zł ni
            > e
            > muszą być konsultowane.


            no jeszcze czego - żeby mąż miał ze mną konsultowac zakup prezenty dla mnie... bez sensu.
            ja tez jak kupuje prezent, wole zrobić to z pieniędzy TYLKO MOICH a nei wspólnych, za omówioną kwotę. Jakoś tak mi to nie pasuje.
            • szyszunia11 dobroczynność 07.01.10, 12:58
              dla mnie to sparaw wybitnie indywidualna i dziwnie bym się czuła przenzcając dużą kwotę na taki cel i tym samym niejako obligując partnera do tejże dobroczynnosci. Wszak po wydaniu tej kwoty on też będzi emusił sobie czegoś odmówić, a może wcale nei jest skory do dawania na potrzebujących? alebo nie w tym momencie? dlatego uważam, że dawać, podejmowac pewne zobowiązania z tym związane miesięczne itd. mozna ze swojego, nie ze wspólnego, chyba, że to była współna inicjatywa.
        • broceliande Re: broceliande 07.01.10, 13:43
          szyszunia11 napisała:

          > ja uważam, że nei tylko dzieci maja prawo do zachcianek, poza tym
          zachcianka to
          > pojecie bardzo względne. Moją zachcianka może być chęc pomocy
          komuś w rodzinie
          > na przykład, ale z jakichś powodó moge chcieć zrobic to
          dyskretnie.
          > ja mam potrzebe wolności i niezalezności, także w moich drobnych
          wydatkach - po
          > trzeba ustalania wszystkiego wspólnie w imię partnerstwa, nawet
          jak chce mężowi
          > kupić prezent - osobiście mi nie pasuje.


          Szyszunia, czy naprawdę potrzeba wolności i samodzielności może być
          zaspokojona u osoby, która nie ma własnych pieniędzy?
          Rozumiem, że w małżeństwie wszystko jest wspólne, równo połowa kasy
          zarabianej przez męża należy do niej, ale de facto pieniądze
          pochodzą TYLKO od męża.

          Z czasów, kiedy byłam niepracującą żoną (udzielałam korepetycji,
          więc zawsze coś tam zarabiałam) nie przypominam sobie żadnej
          podobnej rozmowy o finansach, że jak nazywa się kasa żony od męża,
          kieszonkowe, gratis, zadośćuczynienie...
          To by było upokarzające, takie "masz, kup sobie majtki". Brrr.
          Nie dzieliliśmy pieniędzy na dom, kieszonkowe
          • szyszunia11 Re: broceliande 07.01.10, 13:56
            broceliande napisała:


            >
            > Szyszunia, czy naprawdę potrzeba wolności i samodzielności może być
            > zaspokojona u osoby, która nie ma własnych pieniędzy?

            czyli uważasz, że w małżenstwie nie mozna się umówic tak, ze jakas tam część pieniędzy jest tylko męża a jakas tylko zony i bez żadnej konsultacji moga to wydawac na co chcą, bo to nie jest partnerstwo?
            • broceliande Re: broceliande 07.01.10, 14:06
              Mogą wydawać bez żadnej konsultacji.
              Jak dla mnie małżeństwo jest partnerskie, jeśli żona nie ukrywa
              wydatków, nie spowiada się z każdego grosza, nie przyjmuje ustalonej
              kwoty na swoje fanaberie, żeby miała złudzenie niezależności.
              • szyszunia11 Re: broceliande 07.01.10, 14:15
                broceliande napisała:

                > Mogą wydawać bez żadnej konsultacji.

                a czy wierzysz, że to się może sprawdzić w małżeństwie, w którym np. wydatek rzędu 100 a nawet 50 zł to spory wydatek i może powstać kontrowersja odnośnie jego zagospodarowania?
                • broceliande Re: broceliande 07.01.10, 15:50
                  Może i tak, ale każde ma prawo jednak samo zdecydować.
                  Przecież nie można uzgodnić wszystkiego.
                  Dla mnie 50 czy 100 to może być to, co się wydaje w supermarkecie.
                  Czy żona lub mąż mają kupować z telefonem przy uchu, na co
                  konkretnie wydać 50 złotych?
                  Bez przesady.
    • bea.bea Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:33
      ja okropna jestem, więc gdyby mi mąż jakieś takie propozycje wywalił,to
      zaprzestałabym prac na jego rzecz, ograniczając sie do minimum własnej
      egzystencji i dzieci, a jeśli chciałby coś wiecej to bym mu taki cennik
      przedstawiła włącznie z fakturą,
      włączając w to sex po cenach agencyjnych..smile
    • leneczkaz O_o 07.01.10, 09:42
      Nie uznaję ;kieszonkowego' ani podziału kasy czy 15 kont w małżeństwie.
      Mamy z mężem 1 konto na które przychodzi moja i męża wypłata. Nigdy nie
      licytujemy się z mężem o to kto na co wydeaje. To dla mnie nie do pomyślenia.
      Dwoje dorosłych ludzi wie na co może sobie pozwolić a na co nie.. Nie trzeba tu
      na grosze wyliczać. A kochający mąż nigdy nie wspomina żonie, że to JEGO kasa.
      Dla mnei to prostackie i zaściankowe.
      Mimo, że pracuję, mój mąż zarabia 5x tyle co ja big_grin i co.. on ma sobie chodzić po
      najlepszych sklepach, salonach, jeśc w restauracjach a ja z 500zł wyliczonymi
      czekam na dole z dzieckiem? big_grin ahaha śmieszne to dla mnie.
      Nie uprawiamy dyskusji na ten temat. Dla ans to oczywiste, że jesteśmy RODZINĄ ,
      więc budżet jest RODZINNY. Większe wydatki ustalamy razem.
      • przeciwcialo Re: O_o 07.01.10, 10:31
        Amen.
        Dla mnie wydzielanie zonie to jakies prostackie.
        Albo sie jest rodzina albo nie.
    • karolina10000 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 09:45
      Sam pomysł jest niezły a i podana przykładowa kwota bardzo
      atrakcyjna jak na fiu bździuwinknie miałabym nic przeciwko, ale to
      zalezy od konkretnego związku.
      U nas kasa jest jest wspólna i nie ma mowy o żadnym wydzielaniu.

      Moi rodzice natomiast oboje pracują, kasa tez jest wspólna jak u
      nas ,ale moja mama dostaje własnie takie "kieszonkowe", tylko na
      siebie i bardzo jej to odpowiada, więc zagadnienie nie dotyczy tylko
      par gdzie jeden małzonek pracuje zawodowo.
    • kicia031 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 10:29
      Moja mezata z Anglikiem kolezanka otrzymala od meza karte kredytowa
      z duzym limitem, na swoje wydatkit typu ciuchy, kurs jezykowy -
      mieszkaja w kraju niemieckojezycznym, a ona tylko spika i parluje.
      Sadze, ze gdyby potrzebbowala wiecej, to tez by dostala bez problem,
      ale poki co ma problem z wydaniem tego, co dostaje.
      Oczywiscie kupil jej zaraz jak zamieszkali razxem tez samochod na
      wlasny uzytek, objal swoim ubezpieczeniem w krankenkasse czy jak to
      sie tam nazywa, itp.

      Laska ma fajnie, ale ja jednak wole sama pracowac na siebie, jakos
      sie czuje bezpieczniej.
    • jerzy_nka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:28
      Ale wtedy mąż też powinien mieć możliwość wydania takiej samej kwoty na swoje
      fiubździu bez prawa komentarza żony np. na wieczór z kolegami czy paitbol.
      • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:38
        Dokładnie- czyli dwa kieszonkowe powinny zostac ustanowione plus
        fundusz domowy na rachunki itp.
      • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:41
        A oczywiście, że mąż ma prawo wydać ile chce na swoje przyjemności.
        Mój akurat na wieczory z kolegami nie wydaje, ale na różnego rodzaju
        sporty, gadżety - jak najbardziej. Czasem mi pokazuje, co kupił,
        czasem nie, nigdy nie pytam, ile zapłacił.
        Sytuacja byłaby inna, gdybyśmy musieli żyć z ołówkiem w ręku.
    • laminja Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 11:53
      wydatków na kosmetyki, ubrania, wyjścia do restauracji, fryzjera, itp nie
      konsultuję z mężem. On swoich ze mną też. Nie konsultuję z nim też większości
      zakupów. Konsultowanie tego typu wydatków tylko dlatego, że żyjemy za pieniądze
      zarobione przez męża wydaje mi się nie naturalne. Chyba, że oboje małżonkowie
      konsultują ze sobą wszystkie wydatki powyżej np 50zł. Żeby mąż mógł pracować i
      się rozwijać zawodowo ja wzięłam na siebie wiele obowiązków, które wcześniej
      dzieliliśmy. Więc nie ma u nas problemu, bo oboje uważamy, że jego pensja to są
      nasze wspólne pieniądze.
      • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:11
        A ja rozumiem potrzebę "prywatnych" pieniędzy. My pracujemy oboje i
        mamy osobne konta. Mamy też trochę odmienne poglądy na wydatki (tak,
        wyobraźcie sobie, że dobrane pary nie muszą mieć takiego samego
        zdania na każdy temat). Za wspólne wydatki (dom, dziecko, wakacje
        itp) to wspólnie płacimy.

        Mój partner nie wie ile kosztuje wizyta u kosmetyczki, bo nie mam
        ochoty słuchać tekstów: "O Boże, to czego oni tam używają, przecież
        wyprodukowanie takiego kremu jest tańsze..." itp

        Nie potrzebuję tego. W domu chcę spokoju , a kłócić się to mogę o
        rzeczy istotne a nie o wydatki.

        • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:27
          No właśnie. Akurat przykład nie z mojego podwórka, ale mąż
          koleżanki na wieść, ile dała za sweterek zakrzyknął: ''A co, tam są
          nici z 24-karatowego złota?''. Niby nic takiego, a wkurzające.
        • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:36
          To co czynsz po połowie, za zakupy jedno zwraca drugiemu jego cześc.
          Z mężem mam wspólnote majatkowa i nie widze powodu rozdzielności
          kont ani tłumaczenia sie ile poszło na fryzjera.
          Moze w przypadku niemezów taki standard ze trzeba sie kochac jak
          bracia a liczyc jak Zydzi.
          • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:32
            "Moze w przypadku niemezów taki standard ze trzeba sie kochac jak
            > bracia a liczyc jak Zydzi."

            To było bardzo niegrzeczne, ale mniejsza z tym.

            Nie , nie dzielimy się kosztami do drugiego miejsca po przecinku.
            Wystarczy nam, że nikt z nas nie czuje się wykorzystywany, a były
            okresy, że tylko jedno z nas pracowało. Na tym polega związek
            dojrzałych ludzi, że nikt nikogo nie wykorzystuje i jest się za
            siebie odpowiedzialnym.

            A obrażanie ludzi tylko dlatego, że w ramach takiego związku mają
            inny system kont bankowych jest ..nie fair. I tyle.



            • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:46
              W związku czy małżeństwie kasa powinna byc wspólna a nie moja i
              twoja. Nie ma wtedy wykorzystywania.
              Nie miałam zamiaru obrażac ale to właśnie w związkach rzekomo
              partnerskich sa rozdzielności finasowe i dzielenie wydatków.
              • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 14:17
                Dla mnie istnieje wspólna odpowiedzialność finansowa co nie
                oznacza , że to musi być koniecznie wspólne konto!

                Po prawie 20 latach związku żadne z nas nigdy nie zawiodło się na
                odpowiedzialności finansowej partnera, co nie zmienia faktu, że nie
                zamierzam dyskutować o cenie wacików, a mój partner z tych co by
                sobie chętnie pogadali na ten temat. I rozumiem potrzebę
                prywatności.


              • jamesonwhiskey Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 17:02
                > W związku czy małżeństwie kasa powinna byc wspólna a nie moja i
                > twoja. Nie ma wtedy wykorzystywania.

                byl kiedys taki system gdzie wszytko bylo wspolne ,
                nie skonczyl sie zbyt dobrze

                to jest tak, jak kupuje sobie tansze buty na sale to jakby nie po to zeby
                partnerka kupila sobie za ta niby zaoszczedzona kase sweterek za 500, bo wyglada
                jak modelka i akurat zostala jakas kasa na koncie ,
                tylko po to mniej wydalem bo mam na ta kase jakis plan


    • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:25
      czytam te Wasze wypowiedzi i nei bardzo rozumiem, dlaczego ustalenie kwoty na dowolne wydatki uznajecie za upokarzające. Ja to rozumiem nie jako brak zaufania, traktowanie zony jak dziecko itd. ale jako ułatwienie, właśnie jako wyraz zaufania - danie jej wolnej ręki. Kwota jest przeciez ustalona wspólnie i to wszystko nei znaczy, że jak będzie potrzeba, to nie będzie mozna wydać już nic więcej ponad limit. A jeszcze pytanie: jak zapatrywałybyście się na to w sytuacji, kiedy maz na siebie i swoje przyjemności nei wydaje NIC? a są takie przypadki, wierzcie mi. Nic, żadnych potrzeb materialnych poza jedzeniem. Wydaje mi się, że jego niepracująca zawodowo zona mogłaby się czuc skrępowana idąc do kosmetyczki czy kupując kolejne buty, drogą książkę tak zupełnie bez konsultacji ze wspólnych pieniędzy? Sama nie wiem - jak myślicie?
      • leneczkaz Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:37
        A jeszcze pytanie: jak zapatrywałybyście się na to w sytuacji, k
        > iedy maz na siebie i swoje przyjemności nei wydaje NIC?

        nie znam takich tongue_out

        Wydaje mi się, że
        > jego niepracująca zawodowo zona mogłaby się czuc skrępowana idąc do kosmetyczk
        > i czy kupując kolejne buty, drogą książkę tak zupełnie bez konsultacji ze wspól
        > nych pieniędzy

        A w życiu. Kobieta to kobieta. On drwal, niech siedzi iżre jak to tylko jego
        hobby, a kobitka musi wyjść do fryzjera, kosmetyczki, na ploteczki z
        przyjaciółką.. Ubrać się należycie.
        To norma. A on jak debil, to niech żre przed TV choćby całe dnie.
        Tylko pytanie- jak długo zadbana żona wytrzyma z takim drwalem?
        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:50
          leneczkaz napisała:

          > A w życiu. Kobieta to kobieta. On drwal, niech siedzi iżre jak to tylko jego
          > hobby, a kobitka musi wyjść do fryzjera, kosmetyczki, na ploteczki z
          > przyjaciółką.. Ubrać się należycie.
          > To norma. A on jak debil, to niech żre przed TV choćby całe dnie.
          > Tylko pytanie- jak długo zadbana żona wytrzyma z takim drwalem?
          >
          to nei musi być drwal, a człowiek wykształcony, tylko pochodzący z rodziny, w której nieraz bywało bardzo biednie, gdzie funkcjonuje inna mentalność, gdzie kupuje się tylko to, co bezwzglednie potrzebne np. buty dopiero, kiedy stare się rozwaliły). Nie każdy asceta to drwal, czasem człowiek po prostu nei ma tego typu potrzeb materialnych i koniec. Trudno chyba od niego wymagac zrozumienia i pełnej aprobaty dla kosztującego 300 zł fryzjera, skoro on sam u fryzjera nigdy nie był, bo sąsiad/brat/ojciec zawsze obcina mu włosy maszynką. I naprawdę nie kupowanie sobie nieczego poza jedzeniem i srodkami higieny osobistej nie musi swiadczyc o byciu prymitywem i jak napisałaś - debilem. To po prostu takie wychowanie, a może i zapobiegliwosć, by starczyło na rodzinę.
          • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:06
            Moment, ale nie musisz w całości przyjmowac jego standardów za
            własne. Bo się udusisz.
          • misiowa83 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 08.01.10, 20:41
            ja siedzę już w domu trzy lata (cała ciąża-zwolniono mnie z pracy-
            plus wychowanie małego)Wkurza mnie proszenie o pieniądze,czy choćby
            kupno majtek.Mąż nie robi problemów,kupuje o co poproszę,ale sam
            fakt proszenia nie jest miły.Nie jestem wymagającą żoną,nie chodzę
            do knajp ani przyjaciółek,w ogóle wychodzę z domu średnio raz na dwa
            miesiące (nie licząc oczywiście spacerów z małym,wycieczek do
            pobliskiego lasu-ale też tylko w towarzystwie dziecka,itp.)nie
            chodzę do kosmetyczki ani na fitness,do fryzjera dwa razy do
            roku.Ciuchy kupuję tylko sezonowo,jedna para wyjściowych spodni do
            tego bluzka wystarcza na cały sezon,po domu chodzę w spodniach
            dresowych,których mam kilka par i tshirtach.Zadnej biżuterii.Z
            kosmetyków tylko krem nawilżający,dezodorant i tusz do rzęs.Ta sama
            torebka od kilku lat.To samo kurtka.Buty kupuję używane na
            Allegro.Nie piję nawet piwa,nie palę,jedyną moją słabością jest
            kawa,ale też się odzwyczajam,bo za drogo.Muszę pić dużo wody,mąż
            zakupił mi w Biedronce baniak 5 litrowy,po jego opróżnieniu gotuję
            wodę,zwykłą kranówę i przelewam.Baniak wymieniam na nowy co dwa
            tygodnie.Nie kupuję żadnej prasy,nie mamy telewizora,za to mamy
            Internet.Myję się w dużej misce (nie mamy łazienki,mąż kąpie się u
            swojej mamusi)dlatego nie wydaję na żele,płyny i balsamy.Do sklepu
            nie chodzę,zresztą u nas na wsi jest tylko jeden,czynny do
            14.Zazwyczaj nie mam przy sobie ani złotówki.Mąż,gdy wyjeżdża do
            pracy (co drugi dzień nocuje poza domem) czasem zostawia mi
            awaryjnie 20 zł,"żebym miała w razie czego"-te 20zł najczęściej leży
            niewydane przez miesiąc.Zakupy robi mąż,wg mojej listy.Trzy pary
            majtek wystarczają mi na pół roku...
            to dopiero asceza,no nie?? wink
            • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 09.01.10, 13:33
              Dla mnie by to było do zaakceptowania jako jakiś "katastroficzny"
              stan przejściowy. Do wygodnego życia z którego jestem zadowolona
              potrzeba mi dużo więcej.
              Stanęłabym na głowie, na rzęsach i za kierownicą traktora żeby nie
              musieć w ten sposób zyć.
              Mam nadzieję, że nie uraziłam.
      • przeciwcialo Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:39
        Jakie danie wolnej reki? Raczej ograniczenie skoro pada konkretna
        kwota.
        Dorośli, rozsądni ludzie wiedza ile moga wydac aby nie miec kaca
        moralnego ani wobez siebie ani wobez partnera czy meza.
        • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:28
          Ależ mogę wydać więcej. Mogę wogóle wszystkie swoje rachunki
          pokrywać ze wspólnego konta, nawet te duże. Ale po prostu czasem się
          chce wydać pieniądze na coś, co partner może uznać za zbędne (i nie
          piszcie, proszę, że wszystkie macie takich wyrozumiałych mężów),
          albo za drogie na tego rodzaju zakup , albo wreszcie ma to być
          prezent dla małżonka.
          A, i ja z tych, że przyjmę w prezencie drogą biżuterię - mąż ma
          dobry gust.
          • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:35
            Ale ja np nie rozumiem kwestii "wyrozumiałego męża". Jeśli on nie
            pozwoli - to co? Nie kupisz tego co masz kupić?
            Można sobie owszem podyskutować, ale nie widzę powodu, żeby któraś
            ze stron miała decydować o wydatkach drugiej i je zatwierdzać do
            realizacji.
            Co innego - dyskutować, przekonywać, wyrazić dezaprobatę. Ale
            ograniczać dorosłego człowieka bo MY uznajemy coś co on chce kupić
            dla swojej radości za zbędną fanaberię? To dla mni brzmi idiotycznie.
            Oczywiście cały czas zakładamy, ze mamy do czynienia z
            odpowiedzialnymi ludźmi, nie z zakupoholikiem na odwyku tongue_out i środki
            są do swobodnej dyspozycji.
            • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:41
              ihanelma napisała:

              i środki
              > są do swobodnej dyspozycji.

              no własnie nie do konca tak zakładamy. Zakładamy, że rodzina ma miesięcznie ok. 3000 i dziecko oraz chęć zaoszczędzenia czegoś np. na remont, wakacje itd. Tu chyba nie byłoby mowy o swobodzie?
              • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 18:01
                Ale była mowa o jakimś budżecie dla żony na jej potrzeby nie
                podlegającym gderaniu - czyli coś im zostaje jednak?
      • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:44
        Raczej wydzielenie na zasadzie "masz i się baw" uncertain

        Ja osobiście znam osoby, którym kupowanie czegoś "dla siebie"
        sprawia trudność - tak były wychowane, tak "cierpietniczo" się
        zachowywali rodzice. Mozna z tego wyjść tongue_out.
        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:51
          ihanelma napisała:

          > Raczej wydzielenie na zasadzie "masz i się baw" uncertain
          >
          > Ja osobiście znam osoby, którym kupowanie czegoś "dla siebie"
          > sprawia trudność - tak były wychowane, tak "cierpietniczo" się
          > zachowywali rodzice. Mozna z tego wyjść tongue_out.

          myśle, że problem może się pogłębiać w opisanym przeze mnie przypadku, kiedy zarabiający nie kupuje absolutnie nic dla siebie.
          • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:03
            I przy okazji wpędza w poczucie winy niezarabiającego, który czuje
            się podwójnie zobligowany do "nicniekosztowania".

            Najszybciej działające lekarstwo - to po prostu własny wkład do
            kociołka, więcej środków do wydania, wiekszy luz. Można wtedy
            finansowego terrorystę zacząć resocjalizować tongue_out
            • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:13
              ihanelma napisała:

              >
              > Najszybciej działające lekarstwo - to po prostu własny wkład do
              > kociołka, więcej środków do wydania, wiekszy luz. Można wtedy
              > finansowego terrorystę zacząć resocjalizować tongue_out

              i tu się zgodzesmile
          • lorenza_pellegrini Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:09
            Od razu przynaję - nie czytałam wszystkich wpisów.
            Pomysł kieszonkowego wydaje mi się śmieszny i upokarzający, poza tym
            czemu to mąż wydziela kieszonkowe a nie żona? Nie rozumiem tego. W
            końcu żona ma takie samo prawo decydować o finansach jak mąż (chyba,
            że jest rozdzielność).
            Dla mnie kluczem do tej sytuacji, jest zdanie autorki wątku (a potem
            innych pań), że nie chcą, żeby mąż wiedział na co wydają pieniądze.
            Bo nie chcą ujawniać, że przepłaciły jakąś bluze dla syna, słuchać
            komatarzy o swetrze z 24-karatowego złota czy "co oni dodają do tych
            kremów, że takie drogie".
            Czyli tak naprawdę panie obawiają się, że mąż im jakiś wydatek (na
            siebie, dzieci) wypomni. I tu jest pies pogrzebany - wypominanie,
            kontrolowanie, wydzielanie.
            Trzeba się tłumaczyć, że kosmetyczka bierze 200 zł (ale cuda
            wyprawia i naprawdę warto), że sweter kosztuje 380 zł (ale wyglądam
            w nim jak modelka, więc warto). Wiem, że to może być przykre, więc
            lepiej mieć kieszonkowe, do którego nikt nosa nie wtyka.
            I to jest dla mnie okropne. To nie jest normalny uład, kiedy się
            trzeba z czymś kryć w obawie przed komantarzami czy wypominkami.
            Free your mind - kieszonkowe, wydzielanie, ukrywanie wydatków to
            patriarchat
            • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:29
              "Trzeba się tłumaczyć, że kosmetyczka bierze 200 zł (ale cuda
              > wyprawia i naprawdę warto), że sweter kosztuje 380 zł (ale
              wyglądam
              > w nim jak modelka, więc warto). Wiem, że to może być przykre, więc
              > lepiej mieć kieszonkowe, do którego nikt nosa nie wtyka.
              > I to jest dla mnie okropne"

              Ale czy Ty nie rozumiesz, że NIE TRZEBA SIę tłumaczyć tylko słuchać
              komentarzy? Ja zarabiam bardzo dobrze i uważam , że 400 zł za
              kosmetyczkę , z której jestem zadowolona jest ok. A partner się
              dziwi .... A JA NIE MAM OCHOTY SŁUCHAć o jego zdziwieniu.

              Mam prawo?

              Mam.


              Tak jak partner ma prawo nie zgadzać się ze mną.



              I nie spłycajcie tego do tłumaczenia sięsmile chyba, że macie takie
              doświadczeniasmile
              • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 16:26
                A partner się
                > dziwi .... A JA NIE MAM OCHOTY SŁUCHAć o jego zdziwieniu.
                >

                Ja uwazam, ze na poczatku prowadzenia wspolnego gospodarstwa pewne wydatki
                partnera moga budzic zdziwienie bo sie nie ma doswiadczenia. Ja tez sie
                dziwilam, ile facet moze wydawac na niektore drobiazgibig_grin Nie okazywalam, nie
                mowilam "no co ty, nie szkoda ci kasy?" ale sie dziwowalam i to bardzo. A facet
                sie dziwil, ze fryzjer damski drozszy niz meski i ze ja moge potrzebowac tyle
                par butow, na tyle roznych okazjibig_grin Ale to na samym poczatku bylo, teraz juz
                nikogo potrzeby drugiego nie dziwia. No ilez mozna sie dziwic?
                • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:10
                  Oj, mój może baaaaardzo długo się dziwić smile

                  On nawet nie krytykuje..tylko się dziwibig_grin

                  Znudziło mi się.smile

                  Nie wiem jak Was ale mnie takie rzeczy irytują. I po co?

                  Ale to w sumie nieistotne. Oboje jesteśmy odpowiedzialni życiowo za
                  finanse i za siebie nawzajem.

                  I prawdziwa wspólnota nie polega na wspólnym koncie (niech każdy
                  dzieli pieniądze jak chce) ale na odpowiedzialności za siebie (i
                  dzieci)
    • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:27
      Nie uznaję wydzielania pieniędzy dorosłym ludziom czy kontrolowania
      jednego przez drugiego. Jeśli bym nie miała zaufania do partnera,
      nie zakładałabym z nim rodziny. I vice versa.
      To samo - co dla jednego jest ptrzebne i przyjemne, dla drugiego
      to "fanaberia", na która szkoda kasy. Ale z drugiej strony - jeśli
      lubimy naszego partnera, to chyba lubimy i jego słabosci i pasje, a
      przynajmniej tolerujemy.
      Każde z partnerów chyba wie (albo powinno wiedzieć) ile środków jest
      do dyspozycji, jakie będą wydatki, ile chcą odłożyc i ile można
      przeznaczyć na przyjemności. Nie wyobrażam sobie wydawania środków
      na hobby jeśli przez to zabraknie ich na coś innego, ważniejszego.
      Ale nie do przyjęcia byłaby dla mnie sytuacja spowiadania się z tego
      co mam kupić, jesli te środki są dostępne.
      Pomysł "kieszonkowe dla żony" czy męża uważam za coś na poziomie
      poniżej gruntu, akurat dla mnie kompletnie nie do przyjęcia.
    • wakacyjna_iguana Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 12:46

      DZiwne to kieszonkowe. Ja nie pracuję jestem z 2 dzieci w domu, ale budżet
      miesiączny planujemy wspólnie z mężem i bywają miesiące, że ani ja ani mąż nie
      mamy za co sobie ciucha kupić ani iść do fryzjera, więc na takie kieszonkowe dla
      mnie to nie byłoby nas stać po prostu smile)) Wszystko idzie "na życie" - opłaty+
      jedzenie+ ubranka dla dzieci+pieluch i proszki do praniasmile))
      • phantomka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:01
        O matko i ojcze, jakbym uslyszala to z ust mojego niemeza, to byloby
        kiepsko z nimsmile Kieszonkowe powiadasz? Nie rozliczamy sie z
        pieniedzmi, a jezeli juz, to tylko zarabiajacy konsultuje sie z
        wydatkami, bo ja jestem ta rozsadniejsza strona. Z tym, ze my nie
        zyjemy na styk.
        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:06
          phantomka napisała:

          bo ja jestem ta rozsadniejsza strona. Z tym, ze my nie
          > zyjemy na styk.

          a wyobraź sobei sytuację, w której żyje się oszczędnie, liczy pieniądze a zarabiający nie kupuje sobie nic poza mydłem przysłowiowym, bo nie ma takiej potrzeby? troche to niezręczne moim zdaniem.
    • zuzanka89 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:13
      U nas takie "kieszonkowe" sprawdza sie swietnie z tym, ze
      przysluguje zonie jak i mezowi bez wzgledu czy pracuje jedno czy
      dwoje. Ustalajac nowy budrzet za kazdym razem jak zmieniaja nam sie
      dochody zawsze ustalamy "kieszonkowe" dla kazdego bo zwyczajnie
      pieniedzy nie mamy za duzo. Ja osobiscie nie czula bym sie dobrze
      bez z gory ustalonego budrzetu. Nie umiem sobie wyobrazic, ze nie
      wiem ile i na co bylo by miesiecznie wydane, nie umiala bym wtedy
      niczego zaplanowac. Wydaje mi sie, ze w przypadku gdy nie ma sie
      pieniedzy wystarczajaco duzo by straczylo na wszystkie przyjemnosci
      a juz szczegolnie w przypadku gdy pieniedzy jest bardzo malo
      wyznaczenie "kieszonkowego" dla kazdego na przyjemnosci jest bardzo
      rozsadnym posunieciem.
    • thana203 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:22
      My tak funkcjonowaliśmy, kiedy nie pracowałam. I nadal dostaję od męża część
      jego pensji, mimo, że sama też zarabiam. To, co jest na moim koncie - to jest po
      porostu kasa pod moim zarządem. Opłacam z tego polisę ubezpieczeniową swoją i
      dziecka, własną indywidualną składkę emerytalną, a resztę mam na swoje potrzeby.
      Z tym, że ja mam specyficzne hobby (giełda), więc większość tych pieniędzy
      inwestuję. Jak są zyski (zwykle mniejsze lub większe są), to są one wspólne.
      Jestem bardziej oszczędna niż mąż i wiadomo, że zawsze u mnie coś na czarną
      godzinę mamy odłożone. Obsługuję też nasze kredyty, mąż obsługuje tzw. życie i
      rachunki.
      Taki system nam pasuje, łatwiej nam zarządzać kasą, mając dwie osobne pule, niż
      ze wspólnego konta. Może to nie jest typowe "kieszonkowe", ale coś w tym stylu.
      On się nie musi tłumaczyć z kupna sznurówek, ja z kosmetyków. Większe wydatki
      uzgadniamy wspólnie.
    • dorek3 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:30
      Piszę teoretycznie bo jestem pracująca

      Mnie by to upokarzało. Ale może dlatego że nigdy nie była na utrzymaniu.

      Żadne z nas nie tłumaczy się z bieżących własnych wydatków; oszczędzanie załatwiamy blokując jakąś cześć pieniędzy na innym koncie z którego ilość przelewów jest ograniczona. Jeśli robię sama dla siebie jakieś grubsze zakupy i chwalę się mężowi to zdarza się mu zapytać o cenę, ale już nigdy jej nie komentuje. Za to mój mąż sam sobie to kupuje tylko jakiś mniejsze i większe gadżety komputerowe i fotograficzne i zwykle przedtem tak długo o tym gada, że chcąc nie chcąc i tak wiem ile wyda,

      Znam kilka małżeństw gdzie zony są kontrolowane finansowo i muszą konsultować nie tylko te grubsze wydatki choć same zarabiają. Ich mężowie należą do sknerusów (wcale nie z tego powodu) i zarabiają bardzo dobrze. Dla mnie dziwne i nieakceptowalne.
    • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 13:39
      moim zdaniem nei jest zdrowy układ, w którym wychodzi na to, że facet jest od zarabiania, a kobieta od wydawania. Facet zarabia a nic nei wydaje na siebie, kobieta zaś żyje wg swoich standardów w których mieści się i fryzjer i kurs czegos tam i kolajca w restauracji i fitness. Facet przyzwala ale sam kupuje tylko pianke do golenia i nic poza tym. Bo przeciez zawsze znajda się potrzeby na które trzeba odłozyć - i to słuszne potrzeby Ja bym się źle w takim układzie czuła, widze dwa wyjscia - zona zaczyna sama zarabiać albo jest ustalane to nieszczęsne kieszonkowe.
      • kropkacom Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 14:26
        Dlaczego Wy zawsze macie jakieś niezdrowe przykłady z życia kiedy któreś z
        małżonków nie pracuje? Jak są w małżeństwie chore układy to nawet praca obojga
        małżonków nic nie da. A jak zdrowe to każdy układ jest dobry i nie ma odczuć że
        ktoś kogoś wykorzystuje a kieszonkowe tylko śmieszy.
      • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 14:48
        Szyszunia, moim zdaniem w opisanym przez ciebie przykladzie to co jest niezdrowe
        to podejscie zarabiajacego faceta do pieniedzy. Taki stosunek do pieniadza
        mozna tlumaczyc pochodzeniem z biednej rodziny, koniecznoscia ciaglych wyrzeczen
        itp ale to nie zmienia faktu, ze jest to podejscie chore w przypadku osoby,
        ktora na siebie zarabia. Po co zarabiac pieniadze, jesli sie przynajmniej ich
        czesci nie wydaje na przyjemnosci swoje i najblizszych? Trudno tez uwierzyc,
        zeby wyksztalcony czlowiek na poziomie nie mial zadnych ale to zadnych potrzeb
        poza jedzeniem, zadnych zainteresowan wartych rozwijania, zadnego hobby. Moze je
        gdzies dusic w sobie i z przyzwyczajenia odmawiac ale do czego to prowadzi?
        Facet sie zaniedba i przestanie byc atrakcyjny.
        Natomiast co do tego, ze facet jest od zarabiania, to nie tak. Kobieta przeciez
        przed przejsciem na wychowawczy urlop prowadzila zycie na jakims poziomie i to
        zrozumiale, ze ten poziom chcialaby utrzymac, zwlaszcza, jesli pensja meza
        wystarcza. Coz w tym zlego? To ze nie zarobkuje a za obopolnymi uzgodnieniami
        zajmuje sie malym dzieckiem nie znaczy, ze ma rezygnowac ze swoich przyzwyczajen
        i potrzeb. Wyjatkiem jest sytuacja, kiedy jedna pensja nie wystarcza ale wtedy
        to chyba raczej nie bedzie przebywac na wychowawczym.
        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 14:56
          franczii napisała:

          > Szyszunia, moim zdaniem w opisanym przez ciebie przykladzie to co jest niezdrow
          > e
          > to podejscie zarabiajacego faceta do pieniedzy. Taki stosunek do pieniadza
          > mozna tlumaczyc pochodzeniem z biednej rodziny, koniecznoscia ciaglych wyrzecze
          > n
          > itp ale to nie zmienia faktu, ze jest to podejscie chore w przypadku osoby,
          > ktora na siebie zarabia. Po co zarabiac pieniadze, jesli sie przynajmniej ich
          > czesci nie wydaje na przyjemnosci swoje i najblizszych?

          może po to, zeby miec zabezpieczenie na wypadek utraty pracy? tak sobei to wyobrażam. Ale w opisanej przeze mnie sytuacji facet jest w stanie wydac pieniądze na przyjemności najbliższych, ale na swoje osobiste nie - tzn. takowych nie posiada.

          Trudno tez uwierzyc,
          > zeby wyksztalcony czlowiek na poziomie nie mial zadnych ale to zadnych potrzeb
          > poza jedzeniem, zadnych zainteresowan wartych rozwijania, zadnego hobby. Moze j
          > e
          > gdzies dusic w sobie i z przyzwyczajenia odmawiac ale do czego to prowadzi?

          fakt, trudno w to uwierzyć, ale tak własnie jest. A może interesuje się sprawami, na które nie trzeba wydawać pieniędzy? Może jego hobby to podglądanie ptaków w ich naturalnym śordowisku i robienie im zdjęć? albo jest zapalonym filmoznawcą i wszystkie filmy ściaga z sieci...
        • szyszunia11 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:01
          można tez być np. zapalonym molem książkowym - światłym, oczytanym człowiekiem, mieć karty założone w kilku bibliotekach i nie wydac na to ani grosza poza corocznym wpisowym. Może taka osoba nie zrozumie, że partnerka chciałaby czasem kupic sobie książkę? no róznie może być..,
          • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 15:13
            Ale to nie znaczy, że można taki tryb życia narzucać swojej rodzinie
            jako jedynie słuszny.
            Poza tym - jeśli by brak wydatków ze strony męża był skutkiem
            specyficznego hobby - nie miałby pretensji o wydatki żony.
            Rozliczanie jej, marginalizowanie jej potrzeb, wydzielanie
            pieniędzy, przepytywanie i wymaganie akceptacji wydatków uważam za
            skąpstwo i poważny sygnał alarmowy.
            • azile.oli Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 16:53
              A spróbuj spojrzeć na to z innej strony. Facet daje pieniądze żonie
              nie po to, aby ją ograniczać, ale żeby miała luz finansowy,
              niezależny od stanu konta w danym czasie (oczywiście zakładam, że na
              tym koncie jest sporo i bez problemu starcza na wszystkie wydatki i
              opłaty). Ale żona może sobie dysponować pewną kwotą, nie ogladając
              się zupełnie na stan konta. I nawet, jak to konto w pewnym momencie
              może być prawie puste (raz tak mieliśmy w związku z potężną
              inwestycją), to nie musiałam się liczyć z wydatkami na swoje
              potrzeby. Mąż nawet nie chciał słyszeć, żebym nie miała pieniędzy na
              przyjemności , niezależnie od stanu konta (wiedzieliśmy, że to
              sytuacja krótkotrwała). Ja co prawda wtedy te pieniadze odkładałam,
              ale nie mówiłam mężowi, żeby mu nie sprawiać przykrości. Rezerwa na
              koncie co prawda była, ale nie taka, do jakiej byliśmy
              przyzwyczajeni.
              Mężowi sprawia przyjemność robienie mi prezentów i dawanie
              kasy ''tylko dla mnie'', chociaż obecnie pracuję i mam ''swoje''
              pieniądze. Dochody z mojej firmy wpływają na wspólne konto. Dochody
              z działalności naukowej pozostają w moim portfelu. Taki układ, który
              nam obojgu pasuje. Nie czuję się poniżona. Niby czemu? Bo chłop chce
              mnie porozpieszczać?
              • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 17:58
                Ja się czuję współodpowiedzialna za naszą sytuację finansową, nie
                wyobrażam sobie uzyskiwania jakichś środków na przyjemności od
                partnera jeśli jest akurat obiektywnie cienko. Nie uznaję
                takiego "rozpieszczania". Niby dlaczego - jedziemy w końcu na tym
                samym wózku. Skoro oszczędzamy - to uczciwie, nie na zasadzie że
                niunia musi mieć na waciki a reszta niech sie wali i pali. Ale skoro
                na te waciki są środki i są one potrzebne według niuni - to musi je
                mieć i tyle smile. Bez proszenia o zatwierdzenie i podobnych bzdur.
                Jeśli by akurat brakowało albo poziom oszczędności był
                niezadowalający, to raz - optymalizacja kosztów, dwa - przede
                wszystkim bym się starała się dołożyć do budżetu jak najwięcej.
                Wiadomo - są okresy, w których trzeba inaczej ustawić priorytety i
                tyle. Nie widzę powodu, dla którego akurat mi standard by się miał
                wtedy nie obniżyć.
                • ihanelma Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 18:00
                  Zreszta NASZE pieniądze są NASZE - nikt ich nikomu nie wydziela. Dla
                  mnie to jeden z wyznaczników tworzenia rodziny.
              • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 18:53
                No wlasnie, ja w takich sytuacjach kiedy na koncie niewiele zostaje mialabym
                stresa, ktory by mnie skutecznie zniechecil do wydawania kasybig_grin Nie dalabym rady
                wydac na swoje przyjemnosci, nie pisze tu o fryzjerze, abonamencie fitnes czy
                podstawowych kosmetykach typu krem do twarzy lub balsam badz innych drobnych
                kwotach ale o bardziej kosztownych akcesoriach i odziezy wiedzac, ze w danym
                miesiacu mamy tylko na jedzenie i rachunki. Natomiast iedy jest luz to tym
                bardziej nie potrzebuje kieszonkowegobig_grin
              • broceliande Azile:-) 07.01.10, 19:07
                Jesteś konkretną tradycjonalistką. Te dzieci nie w żłobku, bo mama
                ma wychowywać, bo "mężowi zależało" i ta troska, odkładanie
                pieniędzy za plecami męża, ochrona jego męskości, to
                rozpieszczanie...
                Jeśli jest tak, jak opisujesz, to gratuluję związku i w ogóle
                rodziny.
                Nawet dałaś mi do myślenia, czy ja byłabym szczęśliwa w takim
                ukladzie.
                Ja nie jestem tradycjonalistką, nie obchodzę Dnia Kobiet, nie noszę
                biżuterii.
                Fryzjer i buty to nie jest u mnie sprawa wagi państwowej.
                kiedy nie pracowałam, to po prostu mówiłam: muszę iść do fryzjera,
                muszę kupić soczewki, muszę kupić następne dżinsy mojego życia.
                I razem to załatwialiśmy.
                Nie przywiązuję też zbytniej wagi do pieniędzy i to nawet, jeśli ich
                nie mam... Ale to inna historia.
                Pozdrawiam.
    • kawka74 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 17:01
      Żonie, która ma wgląd w domowe finanse i jest traktowana w związku jak partner, kieszonkowe czy jakkolwiek to nazwać do głowy nie przyjdzie - zwyczajnie nie będzie jej potrzebne.
      • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:14
        Uogólnienie.

        Skąd wiesz?

        Bo Ty nie potrzebujesz? Masz monopol na prawdy uniwersalne?

        A może inne żonie, która ma wgląd w domowe finanse (Boże jak to
        brzmi!) przydają się oddzielne pieniądze?

        p.s. moi rodzice oboje pracowali, ojciec pensję oddawał mamie, ale
        sobie zostawiał "kieszonkowe".


        • franczii Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:39
          > p.s. moi rodzice oboje pracowali, ojciec pensję oddawał mamie, ale
          > sobie zostawiał "kieszonkowe".

          A jak myslisz, czemu oddawal kase a sobie tylko kieszonkowe ?
          • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:55
            Oddawał może dlatego, że mama jest lepszą organizatorką i
            administratorką? A może dlatego, że jego tata też oddawał (ale zonie
            niepracującej) Nie zgłebiałam tematu.

            A dlaczego kieszonkowe? Bo palił papierosy, lubił wpaść do kawiarni
            na kawę? Nie wiem.

          • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:56
            A dlaczego pytasz?
        • kawka74 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 09.01.10, 09:27
          Oczywiście, że mam monopol. Wszystko, co napiszę, traktuj podobnie jak papieskie ex cathedra.
          Widzę, że jednak to potępiane IMO ma swój sens.
    • suazi1 Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 19:39
      Już słyszę te jadowite komentarze, kiedy napiszę, że tak, dostaję od
      męża "kieszonkowe". Nie, nie zaniża to poczucia mojej wartości. Nie,
      mąż nie ma nic przeciwko, więcej, sam zaproponował taki układ. Nie,
      ten układ nie jest "na zawsze". Teraz możecie po mnie pojechać tongue_out
    • asia_i_p Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 21:04
      Z jednej strony ten pomysł z kieszonkowym rzeczywiście zapewnia większy komfort
      psychiczny - takie było moje pierwsze wrażenie.
      Ale drugie, że jeśli niepracujący partner tego potrzebuje, to znaczy, że uważa,
      że nie ma prawa do pieniędzy zarabianych przez partnera - czyli w sumie taka
      potrzeba jest sygnałem, że w finansowych układach coś nie gra. Niekoniecznie ze
      strony zarabiającego partnera, ale z poczuciem wartości i niezależności
      niezarabiającego jest jakiś problem.

      Tak że w sumie nie. Problemy trzeba rozwiązywać, a nie zamiatać pod dywan, a
      kieszonkowe wydaje mi się jednak zamiataniem pod dywan.
      • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 21:40
        A ja się nie zgadzam z tym zdaniem.

        Wg mnie nie sam fakt posiadania odrębnych pieniędzy jest istotny,
        ale ewentualnie motywacja.

        A motywacja może być RÓŻNA (co niektórym wydaje się
        nieprawdopodobnewink )

        Równie dobrze mogłabym tłumaczyć wyłącznie wspólne pieniądze lękiem
        przed brakiem kontroli nad małżonkiem/małzonką itp. Lękiem, że jak
        nie będę weidziałą wszystkiego, to druga strona coś złego zrobi.

        A to przeciez bzdura, prawda?wink


        I w drugą stronę to też nie jest takie proste jak niektórzy by
        chcieli.
    • wieczna-gosia Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 21:38
      dlaczego tak uważasz? czy nie sądzisz, że ta kobieta ma prawo do
      wydatków, których popełnić NIE musiała?? a mi o takie własnei chodzi.
      I własnie o to, żeby nie musiec się zastanawiac przy dokonywaniu tych
      wydatków: a może wcale nei muszę? nie byc postawionym w takiej
      sytuacji??


      tu odpowiem bo zginie.

      Uwazam ze w sytuacji gdy tzw kwoty wolnej pozostaje ponad 500- 600
      zlotych- a juz 2 kafle podane jako przyklad przez azlile.oli- to
      zupelnie nie problem- po prostu NIE MA problemu konsultacji. Po
      prostu dwojgu ludziom starcza na wsio, na koncie im zostaje i tyle i
      nie ma problema 3 butow, czegos niepotrzebnego ttd.

      Uwazam ze problem jest lub go nie ma niezaleznie od wspolnych kont
      czy tez osobnych- jesli oboje zarabiamy 3000 a wydatkow mamy 3000 to
      przepraszam halo? o jakich kwotach wlonych mowimy? jesli on zarania
      3000 ona tysiac i sie umowili ze dokladaja sie po 1000 zeby bylo
      luzno to w tym przypadku uznanie "sorry mamy osobne konta nie
      zarobiles se to twoj problem ja jade na Majorke" jest s...synstwem a
      nie partnerstwem niezaleznie od istnienia wspolnych kont.

      jesli zas kwoty wolnej mamy malo- to czy zwykla przyzwoitosc jednak
      nie wymaga by trzecich butow w miessiecu se jednak NIE kupic gdyz maz
      potrzebuje spodni?
      • wieczna-gosia Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 21:45
        a tak ogolnie- finansami rzadze ja. mamy wspolne konto ale ja mam
        komplet kart a maz tylko kredytowa, ja mam w dodatku komplet kart do
        jego kawalerskiego konta smile

        Kiedy jest ciasno z finansami z roznych wzgledow- mowie ile zostalo w
        tonie informacyjnym. I maz nie ma kieszonkowego- wie ile jest i jak
        trzeba to bierze- jesli zamierza wydac wszystko- mowi mi o tym. Jesli
        ja nie potrzebuje tej kasy- nie dziwie sie, nie wznosze oczu do nieba
        nie komentuje. Bardzo czesto on mi mowi ze potrzebuje 6 stow a ja nie
        pytam sie na co tylko mowie sluchaj ale nie mamy tyle mozesz wydac
        trzy smile a czasami mi mowi na co. A czasami ja mu mowie. I moj maz nie
        ma problema z moja kosmetyczka ale np w glowie mu sie nie miesci
        kupic sobie sztormiak za 1200 a ja potrzebowalam.
      • jaaninka Re: "kieszonkowe" dla niepracujacej zarobkowo żo 07.01.10, 21:46
        Ale jak słusznie mówisz, to nie zależy od tego czy konto jest
        wspólne czy nie, tylko od przyzwoitości.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka