szyszunia11
07.01.10, 00:00
zainspirował mnie kolejny watek finansowy na forum.
miesięczne kieszonkowe bez prawa do komentowania przez stronę zarabiającą - zakładam - męża, który te pieniądze daje zonie pracującej w domu.
co myślicie o takim pomyśle? w moim związku jest to pomysł czysto teoretyczny, który pojawił się podczas rozmowy, być może, gdybym nie miała żadnych planów zarobkowych, rozwazylibysmy to.
a co o tym sądzicie, tak z ciekawości pytam?
czy lepiej się czujecie czerpiąc bez ograniczeń ze wspólnej sakiweki na własne fiu bździu (bo o tego typu wydatkach mowa - fryzjer, kosmetyki, ciuchy, buty, książki, fitness, knajpa itd. ogólnie przyjemności) czy też wolałybyście mieć na to wydzieloną konkretną kwotę na 500 zł miesięcznie, z którą możecie zorbić co Wam się żywnie podoba bez żadnej konsultacji z mężem i narażania się na jego komentarze, np. oddać jednorazowo do skrzynki dla biednych w kościele lub zapisać się na kurs manicure. Mi się wydaj całkiem rozsądny pomysł z tym kieszonkowym. ta wspólna kasa najlepiej się sprawdza, jak ludzie maja duzo pieniędzy. A jak już są bardziej "na styk", muszą/chca oszczędzać i licza pieniądze, to sprawa staje się problematyczna. Bo przecież i w takiej sytuacji ma ta niepracująca kobieta prawo do swoich wydatków, ale naturalnym wydaje mi sie ich konsultowanie z mężęm. No bo wspólne, więc jego też, nie tylko jej i on np. może uznać pomysł wizyty u psychologa kosztujacej 100 zł za zbędne dziwactwo, no nie? A kobiecie może to byc bardzo potrzebne i niekoniecznie chce sie z tego tłumaczyć, lub tez może ona chcieć iść do lekarza prywatnie zamiast na NFZ, przykłady można mnozyć... i w praktyce dogmat o absolutnej wspólnosci bez "moje - twoje" staje się krępującym ograniczeniem.