Pisałam na forum już kilka razy o szkole mojej córki, tej, w której pani dyrektor uważa, że świetlica jest niepotrzebna. Otóż mój mąż był na spotkaniu z wójtem w sprawie zorganizowania transportu dla dzieci i świetlicy. I co się okazuje? Że ze strony wójta nie ma najmniejszgo problemu, są pieniądze na remont świelicy, który może być zrobiony przez jakiegoś pracownika urzędu gminy, nie wiem, nie znam ludzi. A tranport już jest, co prawda tylko odbiera dzieci, zawozić musimy sami, ale dla nas takie rozwiązanie jest do przyjęcia.
Okazuje się, że największym problemem jest pani dyrektor, która uważa, że 1. świetlica to jest przywilej, że jak będzie świtlica w szkole to wszyscy będą chcieli z niej koszystać (sic!) A w ogóle to więkoszści dzieci świetlica się nie należy, bo mają do 3 km do szkoły

2. Transport jest niepotrzebny, bo i tak więksozśc dzieci dojeżdża na rowerach albo jest przywożona przez rodziców. Na co mój mąż powiedział: a w deszcz, a w zimie -30 stopni mrozu? Na co dostał odpowiedż - że mogą brać zapasowe spodnie i przebierać się w szkole.
Pani szczyci się, że ma trzy fakultety, zdobyte na UW, ale równocześnie daje wszystkim rodzicom do podpisania nieaktualne oświadczenie, bo opierający się na jakimś piśmie z 1974. Taka osoba w normalnej rzeczywistości nie wygrałaby żadnego konkursu na dyrektora.
Na koniec dodam, że zebranie zostało ustalone na 13-stą godzinę, wiec nie mamy szansy być. A dzisiaj mój mąż był nagabywany przez katechetkę, że dziecko mogłoby przecież chodzić na religię. CZy ktoś mnie przelicytuje?