el_jot
03.02.11, 21:10
W poniedziałek wracając z pracy, na drodze gminnej w lesie, pełnej muld, kolein i dziur, jadąc 40 km/h wpadłam w poślizg. SAmochód zjechał z muldy - udało mi sie wyprostować, ale przez dziury i muldy samochód ponownie wpadł w poślizg, już nie miałam szans, zakręciło mną ze trzy razy i tyłem wjechałam w zaspę. SZczęśliwie w zaspę, bo mogłam uderzyć w drzewo. Stres straszny, ale samochód cały i ja też.
Jak czytam notatki z wypadków, to zawsze jest napisane, ze kierowca nie dostosował szybkości do warunków panujacych na drodze. I mam pytanie: ile się powinno jechać, żeby się nie dopatrywali winy kierowcy? CZy gminna droga, na której zbiera się od początku zimy lód i nikt tego nie sprząta, wszyscy czekają na roztopy nadaje się do jazdy? Owszem - gdybym jechała 10 km/h pewnie udalo by mi się wyjść z tego poślizgu. Ale to chyba nie o to chodzi. A poza tym, jadąc 10 km/h też stwarzam zagrożenie na takiej drodze, bo inni kierowcy muszą mnie wyprzedzać i mogą też wpaść w poślizg. A i biorąc pod uwagę, ze tygodniowo robię jakieś 400, 500 km to mam spore szczęscie, że jak do tej pory to jedyny moja kolizja.
I jeszcze coś - jeżdżę codziennie drogą krajową, gdzie jedną dziurę wymijam i wpadam w drugą. Ostatnio dwa samochody wjechały właśnie w taką dziurę i oba do generalnego remontu. CZy w takim przypadku też można napisać: nie dostosowali prędkości do warunków panujących na drodze?