ailia
07.03.12, 11:19
Od jakiegoś czasu mieszkamy w Niemczech, dzieciaki się zadomowiły, chodzą tu do przedszkola, jest fajnie. Teściowie mieszkają jakieś 200 km od nas, na trasie do Polski. Moi rodzice mieszkają w Stanach, więc ich to wogóle nie widujemy. Rodzina mojego męża, która się bardzo z nimi blisko trzyma zaprosiła nas na Wielkanoc co siebie do Polski. Mieszkają nad morzem niedaleko granicy, więc to jakieś 8 h od nas. Mają dzieciaki trochę starsze, rodzina wielopokoleniowa, lubią gotować, uwielbiają gości, mają zwierzaki - nic, tylko jechać.
Dzwoni teściowa, żebym zadzwoniła do tej rodziny i potwierdziła, że jedziemy (teściowa miała akurat awarię stacjonarnego telefonu i nie mogła za granicę dzwonić). Zadzwoniłam, potwierdziłam. Oni się ucieszyli i git. To było miesiąc temu. Tydzień temu dzieciaki rozmawiają z dziadkami (byliśmy u nich na weekend) i teść, że oni nigdzie nie jadą. Teściowa jest zawsze za teściem, więc też, tak tak, jedźcie sami. Ja się pytam grzecznie, o co chodzi (teść z tych nerwowych, czepia się o byle pierdołę, więc wszyscy z nim jak z jajkiem), Nie, bo oni za starzy, taka podróż męcząca, po co to, w domu zostać lepiej, kota nie ma z kim zostawić.
To ja na to, ze od drzwi do drzwi jadą wygodnym samochodem (mamy vana na 8 osób plus bagażnik na dachu), dziadek ma pełen wypas z przodu, a ja jadę w ostatnim rzędzie, więc mogłabym mieć focha. Jak jesienią miał coś w urzędach do załatwienia to się tłukł nocnym autobusem przez całe Niemcy i pół Polski powiatowej i wtedy ciężko nie było.
Mają wszystko pod nos podane, bo ja się z tą kuzynką umówiłam, co ja zrobię, więc on palcem w kuchni nie musiałby nic robić, tylko się gościć. Nie byliśmy w Pl od dawna, dzieciaki spać z radości nie mogą, bo się z tamtą rodziną tak lubią, po polsku jest z kim pogadać, do sklepów wpaść, cała oprawa świąteczna (kościół polski, itp). Kot zostaje w specjalnym hotelu, latami tak zostawał i nie było problemu, to nieduża kasa.
A teść, że nie, jedźcie sami. Mój mąż oczywiście, że bez tatusia i mamusi nigdzie nie pojedziemy. Dzieci w bek. Mnie wszystko jedno już, choć się nastawiłam, że choć raz nie będę musiała się nacharować przy świętach. Tamci jeszcze nie wiedzą, że tu cyrk się zrobił.
Wkurzyłam się i nie wiem, czy robić aferę czy odpuścić i niech będzie tak, jak on chce. Dodam, że z każdym rokiem będą starsi i mniej im się będzie chciało ruszać gdziekolwiek, a póki siły jeszcze są i dzieci chcą jechać, bo nie mają szkoły, to można to wykorzystać.