ulala72
15.06.04, 13:59
Witajcie Dziewczyny,
chcę się pożalić na ... siebie samą. Po raz kolejny dałam się zrobić w trąbę.
Bo po raz kolejny zepsuła mi się zmywarka (na zmywarkę też się już żaliłam).
Pal sześć, co się stało, grunt, że nie działała. Dzwonię po Pana Fachurę od
Zmywarek, pan długo sprawdza w notebooku terminy i łaskawie zgadza się na
dziś, bo "ma po drodze". Po wejściu do mieszkania komentuje źle położony
parkiet, fatalną hydraulikę i hałas z ulicy. Za to komplementuje moją
spódniczkę. Zwraca się do mnie per "Dziewczyna" tzn. np. "No i co? Dziewczyna
kupiła se elektroniczny sprzęt i nie wie, jak działa? A męża nie ma?".
Męża ma, jak działa (sprzęt) z grubsza wie, ale jak po naciśnięciu
odpowiednich guzików nic się nie dzieje, albo dzieje się tak, że woda leje
się na podłogę, to Dziewczyna wzywa Fachurę.
Po wymianie tych uprzejmości Fachura żąda Instrukcji Obsługi i długo zgłębia
jej treść. Potem naciska w tajemniczej kolejności poszczególne guziki i nagle
zmywara rusza... Fachura triumfalnie wznosi ręce do góry, wystawia rachunek
na 50 zł i napomina, napomina - a to sól sypać (zawsze sypię), a to nie
naciskać za dużo (hmmm...), dzieci pilnować, żeby nie naciskały (:-o) i nie
dzwonić bez potrzeby (:-oooo).
Po wyjściu Fachury ładuję gary do środka, zastanawiając się, co odpowiem
mężowi, kiedy zapyta, co było zepsute. Po naciśnięciu guzika zmywara nie
reaguje. Boję się za dużo naciskać, więc... ech, zadzwonię do innego Fachury,
ale może wieczorem, jak trochę ochłonę, idiotka jedna...