Było już o wąskich specjalistkach. Teraz niech się ujawnią te, które nie przepadają za słodkimi sierściuchami. Jak twierdzi koleżanka szamanta to złe kobiety są. Ja do psów i kotów nic nie mam, cudze (o ile nie właściciele po nich sprzątają) mi nie przeszkadzają. Ale w domu mieć nie chcę i generalnie wolę patrzeć z daleka. Do furii doprowadzało mnie w jednej pracy, gdy żona właściciela przyprowadzała pieska. Wielki, rasowy i głupi jak but. Człowiek nie mógł spokojnie zjeść kanapki, bo przychodził i żebrał albo próbował ukraść. Ja bym mu nawet przynosiła dodatkową kanapkę, żeby się odczepił i nie ślinił do mojego śniadania, ale jego pańcia zabraniała go dokarmiać, bo mu podobno szkodziło ludzkie jedzenie. Dodam, że jej osobistym dzieciom najbardziej śmieciowe jedzenie zupełnie według mamusi nie szkodziło i córeczki mogły spokojnie jeść chipsy i batoniki na obiad. Ale może nie były rasowe - te dzieci znaczy. W każdym razie mamusia na wystawy z nimi nie jeździła.
---
Ja mówię dzieciom: Nie, nie przejedziesz się na koniku, ale jak wrócimy do domu, to co byście przejeździli w 30 sekund, dostaniecie do skarbonki. I też mają ogromne uśmiechy (by upartamama.