Oto 3 historie związane z prywatno-publiczną służbą zdrowia - prawdziwe w 100%
1. Dwa lata temu zrobiła mi się mała narośl na głowie, poszedłem z tym do dermatologa na NFZ, dermatolog powiedział, że to musi zobaczyć chirurg, bo narośl kwalifikuje się do usunięcia. Mam poradziła, żebym poszedł do chirurga prywatnie. Zapłaciłem 100zł za wizytę. Chirurg dał mi swój nr telefonu i powiedział, żebym poszedł do rodzinnego, wziął skierowanie do poradni szpitalnej (na NFZ) i do niego zadzwonił. OD razu udałem się do rodzinnego, rodzinny skierowanie wypisał i już następnego dnia miałem skierowanie od chirurga na badania (na nfz). Za dwa dni chirurg zadzownił, powiedział, że ma już wyniki i że następnego dnia mam przyjść na 9 na oddział do gabinetu chirurgii jednego dnia i on mi to usunie. Poszedłem, usunął mi, za kilka dni zdjął też szwy. I to wszystko za te 100zł, które wziął na 1. wizycie.
2. Moja mama poszła prywatnie do ginekologa-endokrynologa. Za wizytę dała 120zł, ale lekarka w prywatnym gabinecie wypisała jej skierowania na badania i do poradni genetycznej z tym, że z datą, w której przyjmowała w poradni szpitalnej na nfz. Miała ze sobą tez pieczęć tej poradni, także wszystkie badania na nfz.
3. Mój znajomy poślizgnął się na ulicy. Bolało go ramię. Poszedł prywatnie do internisty, zapłacił 120zł (sporo jak za internistę), a ten na badania skierował go prywatnie, badania pochłonęły ponad 200zł, za drugą wizytę też wziął 120zł i powiedział tylko, że mój znajomy musi się udać do ortopedy...
I ta ostatnia sytuacja nauczyła mnie tego, że od teraz, gdy chcę iść prywatnie do lekarza to pytam na forach czy po znajomych, czy lekarz daje badania na nfz. Jesli nie, to raczej nie idę.
I do tego samego zachęcam ematki