A co powiecie na to - równoległy wątek dał mi do myślenia. Postaram się nakreślić sytuację w miarę dokładnie. Szczerze powiedziawszy, to mi to w gruncie rzeczy lata i powiewa, bohaterów historii zlałam po całości, ale zastanawia mnie trochę, o co właściwie chodziło, bo nie rozumiem...?
Niecały miesiąc temu byłam na weselu kuzyna, chrześniaka mojej mamy i jej siostrzeńca, syna mojej chrzestnej. Rodzina względnie zżyta, raczej widująca się, zawsze w stałym gronie (niezbyt duża) - żyjący dziadkowie, ich pięcioro dzieci z małżonkami i ośmioro wnucząt: troje to młodsze, niezamężne rodzeństwo pana młodego, poza nimi dwóch kuzynów starszych ode mnie, każdy ma 1 córkę, ja z mężem i czworgiem dzieci i młodszy kuzyn - kawaler (z imiennie zaproszoną dziewczyną). Kontakty niezbyt częste (reszta mieszka w okolicy mojego miasta rodzinnego, ja w Kr-ku, dzieli nas ponad 100 km - zresztą widują się z podobną częstotliwością, na ogół "zbiorowo" u dziadków), ale "w porządku", z matką młodego relacje mam bardzo dobre. Pan młody to "ciepła klucha", a ja pół życia się nim zajmowałam (taka akurat różnica wieku), panią młodą widziałam w życiu raz, na własnym weselu (była jeszcze w statusie dziewczyny kuzyna). Rodzina wie, czym się zajmujemy (nota bene młodsza siostra pana młodego aktualnie jest moją studentką), zna nasz status materialny, więc potencjalną obawę młodych, że wjedziemy w szósteczkę na korytko rewanżując się marnym prezentem raczej wykluczam.
Zaproszenie na wesele dostaliśmy na kilka dni przed, od owej siostry młodego. Git, sama się zgodziłam - mają do nas daleko, pani młoda w zaawansowanej ciąży, nienajlepiej ją toleruje, co się będą tłukli ze świstkiem - oczywiście wcześniej rozmawiałam z kuzynem, potwierdziłam, że będziemy. Zaproszenie opiewało na mnie i na męża, ale nie zwróciłam uwagi, przecież nie będą czwórki maluchów wypisywać z imienia. Błąd w nazwisku moim zresztą też zrobili

Zaznaczam, że musieli mieć świadomość, że z dziećmi miałabym problem, ponieważ na wesele szli też dziadkowie - moi rodzice, matka jest chrzestną pana młodego, a my jesteśmy "zamiejscowi", więc trudno oczekiwać, że dzieci zostawię na weekend w Krakowie, w przedszkolu czy z obcą nianią...
W domu weselnym okazało się, że przy wejściu stoi tablica z rozpiską, gdzie czyje miejsce. I tu ciekawostka: na imprezie było obecne kuzynostwo pani młodej - szesnastoosobowe rodzeństwo, każde z małżonkiem i dziećmi, rodzice rozpisani przy jednym stole, dzieci - imiennie - przy oddzielnym stoliku "najmłodsi goście". Przy stoliku "najmłodszych" usadzono także najmłodszego brata pana młodego i córkę jednego z naszych kuzynów (oboje po 10 lat), zaś moich dzieci (rocznikowo 3-7 lat) i trzyletniej córy najstarszego kuzyna... nie uwzględniono w ogóle (??? nie zapraszali ze względu na wiek ??? część ludzi była z niemowlętami, samodzielne dzieci ze strony młodej w komplecie usadzono wśród "najmłodszych"). Sytuacja idiotyczna - szłam do kucharek po krzesła i nakrycia dla dzieciaków, siedziały z nami. Obok stolik "najmłodszych gości" z oddzielnym menu, więc moja niespełna trzylatka co chwilę wyła - bo albo lody wjeżdżały, albo słodycze, moi obok nie dostali nic (impreza w sali OSP, na wsi, robiona "gospodarczo", więc nic z tych rzeczy, że np. restauracja miała zamówienie na coś-tam i ani pół sztuki więcej). Po lody szliśmy później do pobliskiej knajpy, bo oczywiście podzielili wszystkie, dali dzieciom dokładki i więcej nie było... Na poprawinach to samo.
Żeby było zabawniej, to moją matkę - chrzestną pana młodego - posadzono na ostatnim możliwym miejscu (stoły usadzone w podkowę), za to ponaddziewięćdziesięcioletnich niemobilnych dziadków - przy stole "prezydialnym", zostawiając ich tym samym samych na cały wieczór - staraliśmy się ich z mężem trochę zabawiać, ale nie bardzo było jak, bo muzyka koszmarnie głośna.
Nie muszę chyba dodawać, że poczułam się bardzo dotknięta. Wiem, że dzień przed imprezą były jakieś scysje między moją chrzestną, a panią młodą i jej siostrą, poszło o gości, ale szczegółów nie znam - wiem tylko, że ciotka była ponoć wściekła. Sytuacja tym bardziej nieprzyjemna, że młodym obiecałam już wcześniej rzeczy po dzieciakach - dostali już łóżeczko, miał jechać wózek, fotelik, wszelkie ciuchy, pościele, przewijaki, zabawki niemowlęce, wanienka, wysokie krzesełko i inne pierdoły - niemal kompletna wyprawka, łącznie z elektrycznym laktatorem... I szczerze powiedziawszy mam teraz ochotę się wypiąć. Kontaktu od wesela nie mieliśmy, rzeczy zabrała/miała zabrać dla nich moja mama (dziecię ma im się urodzić początkiem sierpnia). W prezencie weselnym mieliśmy dla nich przygotowane 3 tys. zł, ich pech, że życzenia składane były już na sali po toaście, sytuacja z dziećmi wkurzyła mnie do tego stopnia, że ostatecznie daliśmy im 5 stówek, a z wesela zmyliśmy się dwie godziny po obiedzie (nie wypadało mi nie przyjść w ogóle ze względu na matkę młodego). W ogóle nie rozumiem, co to miało być, z chrzestną nie chcę o tym rozmawiać, bo jestem pewna, że nie miała z tym nic wspólnego i na pewno nie widziała całej sytuacji. Młodych mam głęboko i nie zamierzam się do nich odzywać. Jeśli zadzwonią sami, powiem, co mi leży na wątrobie.