Jestem w zw. z chlopakiem z ktorym pracuje. Trafil mi sie niespodziewania, nie przypuszczalam, ze mnie to spotka. Mam 29 lat, bylam do tej pory sama. Mieskzam z siostrą i jedyne co mam to 3 koty. To tak dla uscislenia. Pracuje z chlopakiem rok mlodszym ode mnie. Zaden szal ciał. Początkowo przyjaciel, ktos do pozartowania, wspolbiesiadnik. Mam nadwage, nie chodzą za mna tabuny i wlasciwie zrezygnowalam z "tego". Nie mam zludzeń, przyciagajaca nie jestem, mimo, ze bywalam w relacjach.. On ma dziecko 10 letnie. Mieszka ze swoja dziewczyna w mieszkaniu ich rodzicow. Z tego, co mi wiadomo, za 1,5 roku mają sie przeprowadzic i jest to kwestia kupna mieszkania (wybudowania) oraz nazbierania kasy. Nie sypiaja ze soba. Wychowuja dziecko. Podobno od 6 lat zieje miedzy nimi chlodem, ale bylo im wygodnie i przywykli. Ona miala problem z mieszkaniem u jego rodzicow, do swoich wrocic nie mogla, on godził ich wszystkich ze sobą. Łączą ich sprawy dziecka. Obydowje podkreslaja (on tak o niej mowil), że jest to dla nich ogromny komfort, ze są tam gdzie sa i mogą odkladac pieniadze, ale to, co bylo miedzy nimi wykruszylo sie. Nie są malznestwem.
I teraz: najpierw zaprosil mnie do kina, potem byl coraz milszy, pozniej spotykalismy sie regualrnie poza domem, przychodzil do mnie, nocowal. Stawal sie mi bliski.
Ja u niego bylam raz i ona była. Normalnie mnie przywitała, byl syn. Byli obok w pokoju, ona odrabiala z dzieckiem lekcje. Pomyslalabym , ze to jego siostra, gdybym nie wiedziala, ze nie. Jednak nie chodzimy do niego bo on uwaza, ze to nie jest dobre miejsce, ze to mijesce dla rodziny i że to trcohe jak przyprowadzanie dziewczyn do domu z rodzicami. Mowi, ze czeka az ona sie wyniesie, ze zabierze dziecko i ze musimy byc cierpliwi, że potem zamikeszamy w jego miekszaniu, ktore teraz wynajmuje i doklada sie z tych pieniedzy do rodzinnego zycia. Caly czas podkresla, ze ma teraz finansowe eldorado i ze trudno mu z tego zrezygnowac. Ze razem tak uzgodnili, ze to ona z tym wystpaila, ze sama tez chce odejsc, ze chce sie usamodzilenic. Trwa to rok, czuje sie dziwnie. Proponowalam, zebysmy przebniesli sie od jego miekszania, ze bez sesnu, zebym wynajmowala dalej, skoro ono jest teraz wynajmowane. Nie zgodzil sie, powiedzial, ze oni mają układ, ze ona musi dozbierac kase, musi sie wybudowac (podpisala w lipcu papiery) i że kasa z wynajmu im sie przydaje. Powoluje sie w tym na dziecko. Ona sie w ogole nie zgadza wyprowadzic od jego rodzicow, bo mowi wprost, ze dla niej to finansowe odciązenie i ze jeszcze wytrzyma te 1,5 roku az mikeszanie oddadzą. Jedno i drugie mowi ciagle o kasie, o tym, ze ten uklad jest jasny i że beda stratni oboje, bo przerwą coś, co do tej pory im sie udawalo i nie dojdą przez to do niczego, a bardzo im na tym zalezalo przez ostatnie lata.
Dla mnie ta sytacja jest patowa. On wraca do rodzicow i do niej oraz ich dziecka. Zyja jak rodzina, tylko bez zblizeń. Czasami zostaje u mnie, ale zawsze wraca. Wakacje spedzjaa w ten sposob, ze ona jezdzi sama z dizeckiem, potem dziecko z nami. Sa tez krotkie nasze wypady, ale to podporzadkowane jest domowi. Nie ukrywam, ze urodziny dziecka, swieta, imprezy, to oni razem, bo jest dziecko. Jesli chodzi o niego to nie mam poczucia, ze ma dwie kbiety, ale ze ten uklad jest patologiczny do nieprzytomności. W te wakacje oswiadczyl sie

Ale w jego glowie jest 1 rodzina. Jestem zparaszana na urodziny dziecka, na swieta, ale czuje sike tam obco. Oczywiscie przytula mnie, caluje, ale tam pani domu jest jedna. Jego byla jest neutralna, obojetna, wczesniej byla mila, teraz jest taka wywazona. Jest sama. Pracuje w szpitalu i uczy sie na specjalizacji, czy cos... Jest jednak bardzo wladcza, decyzyjna i tak jakby mu na mnie "pozwiolila", jakby sie zgodzila, zeby miec od niego spokoj. Oni sie nawet nie orzstali, tylko wszystko po prostuo deszlo, wypalilo sie, krotko po rudzeniu dziecka. Glownie dlatego, ze jej czesto nie ma - wraca do rodzicow, gdy tylko moze, nie jest z Warszawy. Ona sama mowila na ostatnich swietach, ze chcialaby sie juz wyprowadzic, ale musi pokonczyc co zaczela... On tez twierdzi, ze odl atciązy jej takie mikeszanie i ze on chetnie na jej miejscu widzialby mnie. Ja w tej chwili zarabiam dobrze, obydwoje dobrze zarabiamy. On oddaje kase na dziecko i jej miekszanie. Ona bierze tyle ile jje potrzeba. Lwia czesc zostawia, ale siega po te jego pieniadze. Mikeszanie jest tylko na nią, mimo, ze ddodal jej do wkladu. Podpiera sie dzieckiem, ze przeciez ona bedzie z dzieckiem tam mieszkać i jest im potrzebna kasa. Ciagle to jest na wszystko argument. Ona jest na specjalziacji, malo zarabia, odklada, buduje sie, i tak od roku. Czuje sie ozbowizany, zreszta ona to w nim poglebia i serwuje tekst to dla dziecka, pomysl o dziecku (gdy chcial przedluzyc pobyt nad morzem) itd. Uwazam ,ze skoro sie rozstali to tez ekonomicznie, a tu nie. Tu jest mocna zazylosc, ona aktywnie uczestniczy w jego finansowym zyciu (zaklada mu lokaty, kupuje akcje, zarządza jego dobrami). Teraz chce zorbic darowizne, zeby uprac kasę, ktora od niego ma na mieszkanie... Cale ich zycie tak bylo - ona w cos inwestowala, potem cos kupowala, potem z tego korzystali. No ale on jest teraz ze mną. Jak mamy tworzyc wsplonotę, skoro ona ma kieszonkowe? No i to mieszkanie do 2016.. potem podobno wszystko ma sie urwac, beda tylko pieniadze dawane na dziecko, w zaleznosci od potrzeb.
Jestem z nim szczesliwa, mam kogos, on jest nieziemski. Czuly, dobry, opiekujacy sie. Jest bardzo ordzinny, cieply. Zgodny czlowiek. Pieniedzy na nas nie zlauje, ale mowi, ze musi partycypowac w ich zyciu i ze dziecko jest do tego przyzwyczajone, ze to jest coś, za co czuje sie odpowiedzialny i nie zostawi z dnia na dzien rodziny. Syn jest do niego przywiazany, bardzo z nim zwiazany, bardziej niz z matką. Matka syna nie odda, zreszta ona uwaza, ze rodzina, nawet w rozlaczeniu, powinna byc razem...