W weeknd wysłuchałam gorzkich żalów od dwóch osób, wiek 60+.
Osoba nr 1. Po śmierci męża została z dorastającym synem, syn po wojsku się ożenił, wprowadził do m4 małżonkę, mieli się przenieść na swoje, ale książeczkę mieszkaniowa okazała się mżonką, w międzyczasie przyszło na świat 3 dzieci, od blisku 20 lat gniotą się w tym m4, dzieci już w wieku mocno nastoletnim, wszyscy naciskają osobę nr 1, żeby oddała pokój stołowy, gdzie śpi na rozkładanej kanapie i poszła spać do kuchni za zasłonkę. Żale skwitowane, że najlepiej jakby umarła, byłoby luźniej.
Osoba nr 2. Dzieci (2), rozbiegły się po świecie. Jedno Australia, drugie USA. Z racji wieku osoby nr 2 podróż raz na 2 -3 lata, tak to skype i maile. Dzieci zajęte podróżowaniem, czy karierą. Osoba nr 2 narzeka, że niepotrzebna, że wnuków nie doczeka, że najlepiej byłoby żeby umarła, bo nikomu jest niepotrzebna.
A co dla was byłoby większym nieszczęściem: kołchoz czy dzieci daleko poza gniazdem? U mnie ponieważ, dzieci obecnie orbitują jakiś metr ode mnie, wolałabym na starość mieć je daleko

ale może mi się zmieni. Jak sobie wyobrażę, że miałabym w moim kurniku znosić synową czy zięcia, to nie dziękuję postoję.