agniesz_ka_aga
26.11.14, 17:17
Dwa lata temu będąc za granicą straciłam pracę. Zaraz potem zaszłam w ciążę. Mój wtedy chłopak przebywał w Polsce, dostał dobrą posadę w dużej handlowej firmie i namawiał na powrót. Wróciłam. Zamieszkaliśmy w ogromnym domu jego rodziców. Niby osobno, ale mamy wspólną klatkę schodową, widzimy się kilka razy dziennie. Wszyscy uważają, że mamy super warunki. Może i tak, ale mi przeszkadza bardzo dużo rzeczy (mój mąż twierdzi, że przewraca mi się w głowie). Teściowie są głośni, często się kłócą, do nas wszystko praktycznie słychać. Codziennie u nich jesteśmy, bo mój synek uwielbia dziadka i chce go często odwiedzać. Jak wracamy do domu, to od razu biegnie na schody i do góry. Na dodatek nasza łazienka jest w korytarzu tuż przy drzwiach wejściowych do domu. Teściowa słysząc nas na dole od razu woła do synka i nie mu uproś, trzeba z nim tam iść. Nie pomyślcie, że chcę ograniczyć te wizyty, ja po prostu nie lubię tam chodzić tak często. Teściowa jest osobą, która wie wszystko lepiej i bo tak. Teraz kiedy synek ma dwa lata chcieliśmy oddać mu naszą sypialnię i przenieść się do dużego pokoju (mamy na dole dwa pokoje) i teściowie wymyślili, że przecież na samej górze jest wolny pokój i tam można umieścić synka. Czyli, żebym mogła iść do niego musiałabym przejść przez ich piętro, czyli kuchnię i salon i dopiero po schodach do synka. Ten pokój jest zresztą obok ich sypialni. Następna sprawa to psy. Moi teściowie mają trzy psy, które są w kojcach na podwórzu. Szczekają i wyją, wszystko słychać w naszej sypialni, budzą nas. Wiem, psy były tam pierwsze, ale dla mnie to duża przeszkoda. Tylko nie bardzo jest inne miejsce, żeby je przenieść. Ja już wiem, że nie chcę tam mieszkać. Mąż od razu zapowiedział, że nie wyprowadzi się do bloku, nie zrobi tego dziecku, które ma raj na ziemi, dużo przestrzeni itd. Sam też kocha wieś. Ja wolałabym mieszkać na małym metrażu, ale mieć spokój (wiem, że w blokach jest różnie ) i ciszę przynajmniej jak kładę małego na drzemkę. Mąż chce wybudować dom łudząc się, że wybuduje go za 150 tysięcy, co jest oczywiście nierealne. Dodam, że obiecał mi, że jak się tam będę czuła źle, to się wyprowadzimy, teraz uważa, że przesadzam. Może tak jest w rzeczywistości? Teściowie nie odwiedzają nas prawie wcale (przecież my tam chodzimy), w niedzielę często jesteśmy u nich na obiedzie z czego cieszy się mój mąż. Nie rozumie, że ja wolę ugotować sama zamiast tam iść. Nie wiem jak postawić sprawę. Że mamy się wyprowadzić i koniec? Czy nie skrzywdzę tym synka?
Gdyby ktoś chciał mnie skrytykować, że dostałam od teściów wygodne mieszkanko, to od razu piszę, że pomieszczenia które użytkujemy remontowaliśmy od podłóg do sufitu. W jednym była ogromna składówka, w sypialni była kiedyś kuchnia, potem przebywały tam zwierzęta, łazienka też była do kompletnego remontu. Wszystko nieużywane od 15 lat.
Napiszcie mi proszę czy mi się przewróciło w głowie, że chcę się wyprowadzić. Może ja faktycznie nie potrafię docenić tego co mam.
Acha. Dom nie należy tylko do męża. NIe jest jedynym spadkobiercą.