Mój synuś wszedł w fazę strasznego bachora. Kłapie paszczą na wszystkie strony, ale nie mam serca za bardzo go stopować, bo rozwiązuje wiele ematkowych problemów wszechczasow, ostatnio taki:
Byliśmy w domku nad jeziorem, po sąsiedzku było rodzeństwo w odpowiednim wieku, zaczęło spędzać u nas większość dnia, fajnie bawili się z moim synem, przy okazji dobrze wpływali niejadkowi na apetyt, bo wsuwali u nas wszystkie posiłki, kanapki, przekąski i słodycze. I tak kupuję i gotuję za dużo, byłam zadowolona.
Gdzieś po trzech dniach wspólnej zabawy u nas, syn spędził kilka godzin na działce rodzeństwa, skąd wracał w porze obiadowej drąc się na całą wioskę "Ale mnie ugościli! Ale mnie ugościli! Ale mnie ugościli!!!!" i już od furtki wyjaśniał mi gromkim głosem, że został poproszony przez babcię sąsiadów o pójście do domu, bo dzieci teraz będą jeść obiad. "A oni u nas jedli sto obiadów! I sto deserów!". Następnego dnia dzieci przyszły z oficjalnymi minami i wyrytą formułką aby zaprosić mojego syna na drugie śniadanie i zabawę w ogrodzie