Ludzie kiedyś dawno (kilkanaście lat temu) kupili działki i pobudowali domy. Cztery po jednej stronie drogi, jeden po drugiej stronie. Droga gruntowa, zakończona ścieżką wchodzącą w las. Po jakimś czasie zgłosiła się do nich pani, która wróciła po latach emigracji na ojcowiznę i oznajmiła, że początkowy odcinek tej drogi (nie ten, przy którym stoją domy, ale ten który wiedzie od głównej drogi do granicy pierwszej działki) przebiega przez jej grunt. Przez kilka lat pani (poza okresowym odgrażaniem się i przypominaniem o swoim prawie do tej ziemi) nic nie robiła. Sama wybudowała dom, na innej części swojej ziemi. Gdzie poza tym był syf, malaria, śmietnisko, zgraja na pół zdziczałych psów oraz zabiedzonych kóz.
Po wielu, wielu bezowocnych interwencjach (m.in. mieszkańców tych domów) w końcu pani zabrano zarówno psy, jak i kozy. Wtedy pani zeźliła się i w odwecie zagrodziła drogę. Najpierw taśmami, potem zamówiła kilka bloków betonowych, którymi zastawiono przejazd całkowicie. Dodatkowo założyła sprawy o wtargnięcie na jej teren przeciwko kilku osobom z tamtych domów.
Mieszkańcy na razie dojeżdżają od drugiej strony, używając wąskiej leśnej ścieżki, osobowy samochód od biedy przejedzie, ale już np. śmieciarka czy szambiarka nie. Poza tym ta ścieżka też nie jest "niczyja", przebiega w granicy czyjejś działki, na razie leżącej odłogiem, nieużywanej (las tam rośnie).
Władze gminy podobno są za mieszkańcami (ba, w końcu ktoś wydał pozwolenia na budowę tych domów, prawda ?), ale pani jest w prawie. Jak tylko kogoś tam widzi, wzywa policję. Dobrze, że nie obowiązuje jeszcze prawo do obrony swojej ziemi

bo być może pani już by parę osób trupem położyła....
Po czyjej stronie byłybyście w takim sporze ?