Są dwie koleżanki A i B. Może nie przyjaciółki na śmierć i życie ale dobre koleżanki.
Podczas jednej z "kawek" A mówi B, że po wielu latach związku bierze cichy ślub ze swoim partnerem. Będą na nim jedynie rodzice obojga oraz siostra A z mężem w roli świadków (pan młody jest jedynakiem). Ślub odbywa się w jeden z długich wiosennych weekendów.
B rozumie całą sytuację w ten sposób, że A chce mieć cichą prywatną uroczystość, że przyjęła taką konwencję. Ze strony A nie pada nawet żartobliwe zaproszenie w stylu "no wiesz jakbyś akurat przechodziła koło tego kościoła o tej i o tej, to będzie nam miło jak zajrzysz

". A po prostu informuje o ślubie i tyle. B w ów długi weekend wyjeżdża do rodziny.
Po powrocie okazuje się, że A ma jakby żal do B, że ta nie przyszła do kościoła choć wiedziała o ślubie. B jest zdumiona bo ze strony A nie było najmniejszej sugestii, że na tym ślubie chciałaby B widzieć.
Ja jestem raczej po stronie B. Nie rozumiem za bardzo przychodzenia na czyjś ślub pomimo, że się nie było ani na ślub ani na wesele zaproszonym. Tym bardziej że istnieje coś takiego jak zaproszenie na sam ślub. Z drugiej strony wiem, że ludzie tak robią - np znają kogoś x lat i choć nie byli ani na ślub ani na wesele zaproszeni to przychodzą na sam ślub w kościele czy USC.
A co wy sądzicie o całej sytuacji?