Wygląda to tak: wynajmuję mieszkanie. Mieszkam sama. Przez lata - żadnych zgrzytów. Ani ze strony mojej, ani właścicieli. Aż tu nagle kilka tygodni temu...!
Wychodzę spod prysznica, łeb mokry, ktoś do drzwi puka. Na nikogo nie czekam, kapie ze mnie, jestem w szlafroku, no to nie otwieram. Spoglądam przez wizjer - jakiś obcy facet. Czasem chodzą nam bezdomni, to tym bardziej nie otwieram... wtem słyszę - ktoś grzebie w zamku od drugiej strony.
Natychmiastowy mini-zawał. Nie wiem, co robić. Klucze zostawiłam w drzwiach - dzięki Bogu! Nie otworzy. Ale grzebie dalej. Łapać nóż? Nie, no, tyle razy słyszałam, że tak to można tylko sprawę pogorszyć... Naciągam gacie, goła umrzeć nie chcę. Słyszę, że facet brzęczy kluczami. Co jest, kurde, drzwi pomylił?
W końcu, z duszą na ramieniu, uchylam drzwi, może spłoszę. Ale nie, bo okazało się, że to... mąż właścicielki. Przekazuje mi list - do mnie, który leżał W MOJEJ skrzynce (przychodzą czasem listy do nich na ten adres, wiem, że opróżniają od okazji do okazji) i mówi, żeby informować, jak będzie coś do nich. Ja - w takim szoku, że nawet go nie zabiłam. Ba, wydukałam tylko, że w porządku i wypuściłam.
Potem zadzwoniłam, ciągle ze schodzącą adrenaliną, do właścicielki i spytałam, czy dałoby się jednak dzwonić, jak chcą się umówić na jakieś spotkanie. Powiedziała, że okej, a na męża nakrzyczy.
Moja nerwica szaleje. Potwierdził się jeden z moich najgorszych lęków - ktoś mi próbował wleźć do domu. Jakby mnie nie było - wlazłby. Faceta nie znam nawet, widziałam drugi raz w życiu na oczy. Skąd ja wiem, co on może chciał tu robić?
Wczoraj - zauważyłam, że jedna z moich ozdóbek jest przewieszona. Na 100% nie ruszałam. Boję się.
Znaczy, inaczej. Internet już mi powiedział, że właściciel nie może robić takich numerów, że wchodzi nieproszony do mieszkania zajmowanego przez lokatora pod jego nieobecność (nie otwieram - nie ma mnie!). Pytanie powinno raczej brzmieć - co ja mogę w tej sytuacji? Wymienić zamki? A jak będą mieć pretensje, to spytać z błyskiem w oku, skąd wiedzą, że wymieniłam?
Kurde, nie znam człowieka - skąd mam wiedzieć, że mi, na przykład, w szufladzie z majtkami nie grzebie? To ich mieszkanie, ale ja tu mieszkam! Mam chyba prawo mieć nadzieję, że nikt mi nie chodzi po domu, jak ja jestem gdzie indziej