szalona-matematyczka
23.02.18, 18:16
Przydarzylo mi sie osobiscie: bylam jakis czas temu u lekarki, nazwijmy ja dr A., ktora z cala pewnoscia stwierdzila, ze mam nowotwor bardzo zlosliwegy (!). Dr A.pracuje w szpitalu, ustalilysmy termin operacji, podczas ktorej mial byc wyciety caly zaatakowany organ plus byc moze cos z sasiednich. BYloby to rownoznaczne z okaleczeniem mnie, ale bym przezyla. Oczywiscie potem chemioterapia itp. Dr A.poinformowala mnie, ze przezywalnosc jest okolo 60% przy tym nowotworze zlosliwym, radzila ustalic kwestie opieki nad dziecmi "gdyby cos". Co ja i rodzina przezylismy, to nasze.😟 Operacja u dr A. miala byc dopiero pod koniec marca. To bylo troche dlugo, wiec wybralam sie jeszcze w miedzyczasie do innego lekarza, nazwijmy go dr B., by sie skonsultowac. On, patrzac na tomografie komputerowa, stwierdzil, ze to przeciez lagodny guzek, zreszta bardzo rozpowszechniony. Udalo sie ustalic wczesniejszy termin zabiegu, w szpitalu, gdzie pracuje dr B. Guzka wycieto, nie musiano usuwac zadnego organu. To odbylo sie dzisiaj. Guz zostal wyslany do laboratorium, ale dr B., prowadzacy zabieg, mowi, ze on go widzial i to na pewno jest guz lagodny, jestem praktycznie zdrowa, nie ma mowy o chemioterapii, mam o wszystkim zapomniec, bo po wycieciu guzka juz nie ma problemu.. I ze on nie rozumie, jak inna lekarka, ta dr A. mogla tak lagodnego guzka pomylic ze zlosliwym nowotworem i jeszcze chciala mnie tak potwornie ciac.. Co robi emama? Dzihad u lekarki dr A.? Czy jej odpuscic, bo " czlowiek moze sie pomylic".?