Leżę sobie na patologii ciąży w uniwersyteckim szpitalu w dużym mieście. Już kilka dni. Wiem, że nie ma się co spodziewać cudów po szpitalnym jedzeniu, ale to jest jakiś dziki koszmar.
1. Na śniadanie codziennie jest biały chleb (2 małe kromki), niezbyt świeży, ale taki spulchniony, że daje się go ugnieść w kulkę średnicy 1.5 cm + 1 cm^3 masła + pasztet/twaróg/ser topiony/parówka/jajo na twardo dawno j długo gotowane - codziennie jeden z tych dodatków. Masła nie wystarczy na posmarowanie kanapek, za to np. serka jest tyle, że 3/4 oddaję z talerzem. Reszty nie jadłam, bo wyglądało tak okropnie, że od patrzenia robiło mi się słabo albo było z mięsem, albo nie mogłam danego dnia jeść że względu na potencjalne zabiegi. Jak było mięso to jadłam tylko chleb mazniety nieco masłem.
2. obiad do tej pory przysługiwał mi 1. Najpierw 7:45 mnie przyjęli - w dzień przyjęcia dostaje się tylko kolację. W pozostałe dni ze względu na zabiegi nie mogłam jeść. Na ten jeden obiad była zupa z wyjętymi kawałkami mięsa (nie wszystkimi) - miałam możliwość wczesniej zgłoszenia diety wegetariańskiej i to zrobiłam. Do tego tadam - ryż z jabłkiem - 1 łyżka ryżu - posklejane go i rozgotowanego tak, że nie dało się rozróżnić pojedynczych ziarenek - polana brązową breja (mi to wyglądało jak gulasz), w smaku mega turbo słodkie

idealne dla kobiet w ciąży, mega nie do przełknięcia
3. Kolacja o 16:30 - powtórka że śniadania. Do 8:30 nic więcej. Herbaty/kawy nie ma - jest czajnik, trzeba mieć swoje.
Do tego w szpitalu zakaz odwiedzin, więc zdobycie jakiegoś sensownego jedzenia niezbyt łatwe

na miejscu tylko automaty z batonikami.
Ja to jeszcze jakiś przeżyje, ale tu ludzie kwitną miesiącami

zero szans na zjedzenie czegoś zdrowego, warzyw albo owoców. Czytałam, że stawka żywieniowa to 5 zł - dla mnie jakiś kosmos.
Co więcej - 80% tego jedzenia jest oddawane w stanie prawie nienaruszonym, wszystko się marnuje.
Jak chcecie fotki to porobię.
Macie może jakieś lepsze doświadczenia? Dajcie nadzieję, że nie wszędzie tak jest.