koleandra
15.02.05, 14:40
Znowu Wam pozawracam ....
Dawno temu matka mojego męża (wtedy sie jeszcze nie znalismy) przepisała na
niego mieszkanie, a że pracował on w innym mieście to mieszkanie zajmowała
jego siostra z rodziną a on sam sobie wynajmował gdzieś tam. Mojemu mężowi
nieszczęśliwie udało się zaciągnąć dług w pewnej instytucji, kwota spora...
mieszkanko do zlicytowania. Wzięlismy wtedy ślub, pomysleliśmy - szkoda
mieszkania (kwota do spłacenia była mniejsza niz wartość nieruchomości).
Dostałam od swojej mamy kasę - takie jak to się mówi "wiano" (tak to sie
nazywa?) za którą to szybko spłacilismy mężowy dług i wprowadzilismy się
do "naszego mieszkania" bo akurat jego siostra kupiła sobie własne i się
wyprowadziła.
Rodzina się nam powiększyła i postanowilismy sprzedać je bo ciut przy małe
(kawalerka). Mimochodem wspomnielismy o tym mamie mojego męża, a ona na
to "mieszkanie jest moje, nie wolno wam sprzedać!" a do mojego męża "przecież
wiesz dlaczego je przepisałam, ono nie jest twoje".
Poczułam się wtedy jakby mi ktoś wymierzył policzek. Mąż sie nic nie odezwał,
wsiedlismy do samochodu i odjechaliśmy. Potem przyznał - "tak, mama
zastrzegała sobie prawo do mieszkania wtedy gdy je na mnie przepisywała".
Znów zrobiło mi się słabo, jeszcze teraz trzęsą mi się ręce z nerwów.
W tej chwili nie mieszkamy już tam, mieszkają za to moi rodzice, którzy nie
bardzo mają się gdzie podziać (inna to historia).
Chcemy teraz kupic mieszkanie, większe dla nas i moich rodziców (jest to dla
nas bardzo korzystne rozwiązanie).
Musimy wziąść kredyt ale nie muszę chyba pisać, że byłaby to o połowę
mniejsza kwota gdybysmy tamto mieszkanie mogli sprzedać. No ale jego mama nie
pozwala choć sama ma gdzie mieszkać.
Ja się czuję w tym przypadku bardzo pokrzywdzona. Na cho...rę ratowałam
mieszkanie, wpłacałam kupę kasy? przeciez gdybym wiedziała, że mieszkanie nie
będzie do końca nasze to bym olała i pozwoliła żeby je sobie bank czy tam sąd
zabrał. Wychodzi na to, że zostałam przez własnego męża oszukana (?). Teraz
zarządałam od niego żeby potraktował mnie jak tamtą instytucję - anuluję dług
ale zabiaram mieszkanie, jest moje bo za nie zapłaciłam! Ale on nie może
zrobić sobie wroga z własnej matki też (bo tak będzie jak sprzedamy
mieszkanie).
Rany! i co ja powinnam teraz zrobic? oddać mieszkanie bez walki, pogodzić się
ze stratą tylu pieniędzy? czy robic swoje, przekabacic męża, sprzedac
mieszkanie i wywołać wielką burzę? skłócic się z jego rodziną?