fruzia80
27.05.05, 12:08
Witam
Dwa tygodnie temu moja córeczka poparzyła się gorącą herbatą. W obecności
mojej i babci. Szklanka stała w miejscu, w którym mała teoretycznie nie miała
prawa jej sięgnąć. Na chwilę się odwróciłam, a córka wspięła się,
przytrzymała rączką, żeby wyżej sięgnąć i doszło do nieszczęścia. Od razu
wsadziliśmy ją pod zimną wodę i zaraz potem pojechaliśmy do szpitala. No i tu
się zaczęło. Najpierw sanitariusz zamiast od razu zabrać się za córeczkę
rzucił w moją stronę kilka uwag, jak to przez nieodpowiedzialną matkę teraz
dziecko cierpi itp. Mała dostała środek przeciwbólowy, zrobiono jej opatrunek
i lekarz zadecydował, że małą trzeba przewieźć do szpitala wojewódzkiego.
Zawieziono nas tam karetką na sygnale. Boże, jak to sobie teraz przypominam,
znowu ryczę. Naprawdę nie życzę żadnej z mam czegoś takiego. W szpitalu
pierwsze pytanie lekarza, który nas przyjmował brzmialo: "kto tego dziecka
pilnował", jakby to było w tej chwili najważniejsze. Kiedy dowiedział się, że
ja wtedy się zaczęło. Wyprosił mnie z sali, bo stwierdził, że już dziś
wystarczająco dla tego dziecka zrobiłam i robiono jej nowy opatrunek.
Słyszałam przez drzwi, jak moja córeńka w niebogłosy się wydzierała, wołała
MAMO!!!, a ja nie mogłam tam wejść. Cierpiałam w tej chwili bardziej od niej
i nie mogłam jej pomóc. Przecież czułaby się bezpieczniej, gdybym przy niej
była. Potem przyniesiono mi moje maleństwo i wskazano salę, na której
miałyśmy zostać. Leżałyśmy w tym szpitalu przez 11 dni. Cały ten czas, to
jeden wielki horror. Nikt o niczym nie chciał mnie informować, o wszystko
musiała się sama dowiadywać, biegałam jak głupia za tymi lekarzami i każdy
mnie zbywał. na każdym kroku słyszałam docinki "trzeba było wcześniej o tym
myśleć, zanim pani poparzyła dziecko". Takie było podejście całego personelu,
od salowej, do ordynatora. Nie zmieniło się nic nawet po telefonach innych
lekarzy, którzy dowiadywali się o moją córeczkę. W rodzinie mam kilku
lekarzy, wśród znajomych też. Nie wypisałam małej tylko dlatego, że oparzenie
naprawdę jest dość poważne, objęło 30%powiezrchni ciała, nie można wykluczyć
przeszczepu, a lekarz, który moją córkę prowadził ma opinię znakomitego
specjalisty. Przy czym dla mnie jest mega chamem i podejścia do dzieci nie ma
absolutnie żadnego. Od znajomych lekarzy dowiedziałam się z czasem, ze taki
podejście personelu do matek dzieci poparzonych jest normalne w większości
szpitali. Ludzie, szok!!! Czy naprawdę zbyt małą karą dla matki są wyrzuty
sumienia do końca życia, każdego dnia w szpitali patrzeć jak dziecko cierpi i
nie można mu pomóc, jak dostaje kroplówki, zastrzyki, czopki itp. Jakoś
musiała się trzymać, bo jestem w 10 tyg. ciąży i musiałam troszczyć sie
również o moje drugie dzieciątko, ale moja 15-miesięczna córeczka tak bardzo
cierpiała, a ja jeszcze musiała wysłuchiwać uwag tych potworów. Pewnie
pomyślicie, dlaczego nie zrobiłam im awantury. A więc od czasu do czasu jakoś
się im odcięłam, ale nie zrobiłam awantury, bo bałam się o moją córeckę. na
niektóre zabiegi zabierali ją samą i bałam sie, że mogą ją jeszcze gorzej
potraktować. Wiem, co piszę, naprawdę uprzedzili mnie o tym znajomi lekarze.
Najgorsze jest to, że to odbywa się za jakimś ogólnym przyzwoleniem.
Większość lekarzy o tym wie i nikt nic z tym nie robi. Wyszłam ze szpitala po
11 dniach. Od dwóch dni jesteśmy w domu. Moja córka w końcu zaczęła się
uśmiechać, jeść obiadki - w szpitalu nie zjadła żadnego obiadu przez cały ten
czas, potrafiła przez cały dzień zjeść pół parówki i kilka chrupków. Piła za
2-3 bobofruty dziennie. Bała się innych ludzi, uciekała od dzieci, chociaż do
tej pory w grupie dzieci to ona zawsze rządziła. Jeszcze jakiś czas minie,
zanim dojdzie do siebie, mam nadzieję, że z czasem mała zapomni o tym
strasznym doświadczeniu.
Dodam jeszcze, że odział był cały obwieszony plakatami "Szpiatl z
sercem" "Oddział przyjazny dziecku" i poprostu śmiać mi sie chciało jak to
czytałam.
Wiecie, jak do tej pory myślałam, że takie wypadki zdarzają się tylko tam,
gdzie dzieci nikt nie pilnuje, gdzie są nieodpowiedzialni rodzice, ale ja
naprawdę zawsze miałam świra na punkcie bezpieczeństwa dziecka. W domu na
schodach pozakładaliśmy barierki, na szufladach blokady, pochowane lekarstwa,
bezpieczny firmowy fotelik samochodowy, mała zawsze zapięta zarówno w
foteliku, jak i wózeczku itd. Naprawdę odstawiłam tę szklankę w bezpieczne -
wydawałoby się miejsce.
Teraz dojeżdżamy na zmiany opatrunków, byliśmy na konsultacji u innego
specjalisty. Nadal nie wykluczony jest przeszczep, okaże się to za kilka dni.
Modlę się ze wszystkich sił, żeby rana się ładnie wygoiła i żeby udało się
uniknąć przeszczepu.