katarzyna11
10.06.05, 22:55
Jestem mamą dwulatka i mam to (nie)szczęście, że mieszkam u teściów. Teściowa
jest tradycjonalistką i co niedzielę musi być na obiad rosół. Ja nie bardzo
lubię, ale z grzeczności jem. Mój syn natomiast rok temu dawał się skusić na
parę łyżek. Niestety, dostawał potem wysypki. Lekarz dermatolog stwierdził,
że najprawdopodobniej chodzi o żółty barwnik zawarty w vegecie, którą
teściowa dodaje do rosołu. Próbowaliśmy jakoś to wytłumaczyć w domu, ale kto
to widział, żeby rosół szkodził, przecież to taka pyszna i pożywna zupa. Na
szczęście problem sam się rozwiązał, bo Młody zaczął reagować na wrzaskiem na
widok zup choćby tylko podobnych do rosołu. Niestety, w tym roku zmienił
kulinarne gusta i zajada aż mu się uszy trzęsą. Dziadkowie są szczęśliwi, ale
my nietety nie, bo wysypka pojawia się regularnie w każdy poniedziałek. Ledwo
ją wyleczę i znów jest niedziela i "pyszny rosołek". Zalazaliśmy z mężem,
tłumaczyliśmy dlaczego. Teściowa obraziła się na nas i albo głośno
komentuje: "babcia by ci dała, ale mama nie pozwala", albo daje ukradkiem.
Wiem, że daje, bo Młody ma momentalnie wysypkę. Czasem "uciekamy" z domu w
niedzielę, więc kochany wnusio dostaje rosołek w poniedziałek. I co mam
zrobić???