aknel
20.11.05, 23:46
Juz nie mam sily...
Zawsze chcialam zeby moja corka wychowywala sie w szczesliwej rodzinie, ale
chyba nic z tego nie bedzie. Mam problemy i z mama, i z tesciowa. Na
szczescie, trzyma mnie maz, bo inaczej juz dawno bym zwariowala... Moja mala
ledwo skonczyla rok, a dla mnie to rok szczescia i terroru zarazem.
Oboje z mezem mielismy ciezkie dziecinstwa. Nie chce wchodzic w szczegoly,
napisze w skrocie. Jego rodzice sa bardzo oziebli, wszystkowiedzacy. Moi
rodzice dzieci miec nigdy nie powinni. Smutna prawda. Pamietam krzyki, slady
po biciu, ze az sie wstydzilam w szkole na wf chodzic. Oboje bylismy bardzo
samotni, nierozumiani. Zawsze sobie obiecywalismy, ze nasze dzieci nie beda
mialy takich wspomnien.
Dziadkowie sa dla corki dobrzy. Dla nas nadal nie. Nie wiem, co mamy robic.
Czy pozwolic miec dziecku dziadkow naszym kosztem?
W oczach mojej mamy jestem zla matka. Na kazdym kroku daje mi to odczuc,
ciagle krytykuje, wymysla jakies rzeczy... Odkad mala sie urodzila zawsze
robilam cos zle: zle ja karmilam i karmie nadal piersia; zle ja trzymam; zle
jej gotuje; zle z nia rozmawiam, mama to lepiej by zrobila, tamto rowniez...
To drobnostki. Ale potrafie tez uslyszec, ze moja mama mi ja zabierze, bo ona
ja lepiej wychowa... Tych uwag jest mnostwo, ciagle, co chwile badawcze
spojrzenie mojej mamy. Mna sie nie interesowala gdy bylam mala, teraz
przesadza... To przechodzi juz w terroryzm. Mieszkamy z moimi rodzicami w ich
wielkim domu, bo musimy. Nie damy rady teraz wyprowadzic sie, chociaz marze o
tym od dawna. Corka ma tu swietne warunki, naprawde cudownie sie rozwija. Ja
umieram. Ale i wyprowadzka nie rozwiaze problemu: beda wakacje u dziadkow, na
ktore nie puszcze dziecka ze strachu. Moj ojciec (z ktorym wlasciwie nie mam
zadnego kontaktu, nawet go nie szanuje) ma ciezka reke, bije mocno. Ja mojego
dziecka nie uderze, nikomu na to nie pozwole. Na wakacje do dziadkow beze
mnie pojedzie, ja tam jechac tez nie chce... Zerwac stosunki? Moja corka
kocha babcie, cieszy sie na jej widok (bo dziadek nie lubi dzieci, jest
obojetny).
Moi tescie... Zimni, swietnie wyksztalceni ludzie. Dlatego nie lubili mnie
jeszcze zanim mnie poznali, nie chceli zebym zostala zona ich syna... bo nie
skonczylam studiow (wyprowadzilam sie z domu, w ktorym zawsze bylo mi zle,
poszlam do pracy). Na kazdym kroku przez te 6 lat daja mi odczuc, ze jestem
nikim. Wlasciwie ze mna nie rozmawiaja, na kazdym kroku robia ze mnie glupia.
Mojego meza uwazaja za siodmy cud swiata, ale tez nigdy nie pochwala, nie
przytula. Z moja corcia bawia sie, rozmawiaja, ciekawia sie... raz w miesiacu
przez godzine, gdy im ja przywieziemy. Tak naprawde wcale jej nie znaja, ale
wiedza wszystko lepiej. Bo ja nie powinnam sie odzywac, bo przeciez co ja
moge wiedziec. Zreszta, nie odzywam sie - i tak nikt nie slucha.
Pomylone to moje zycie. Czasami zastanawiam sie dlaczego jeszcze nie
zwariowalam. Mam cudownego meza, dobrego czlowieka. Mam niesamowita coreczke.
Ale nie mam juz innej rodziny. Najchetniej zapomnialabym, ze kiedykolwiek
mialam.
Tylko czy pozwolic mojej corci na to? Czy moge z nia uciec? Czy powinna miec
dziadkow za wszelka cene? Czy ona bedzie szczeliwa, gdy ja nie bede? A jesli
Ci ludzie ja tez skrzywdza?
Ona jest jeszcze mala, ufnie podchodzi do wszystkich. Ja nie ufam niemal
nikomu.