wisienka78
28.03.06, 18:07
Muszę się podzielić z kimś tą wiadomością. Dziś do mnie zadzwoniła szefowa hotelu i pyta się, czy zgodzę się na pracę kelnerki (starałam się o stanowisko recepcjonistki). A że w ogóle nie spodziewałam, się, że mnie przyjmą, szczególnie, że mam małe dzieci(3 i 4 latka) to byłam i tak mile zaskoczona.
Jeszcze nasłuchałam się od niej komplementów, że bardzo się jej spodobałam i wywarłam na niej pozytywne wrażenie, że przypadłam do gustu itd.
Dowiedziawszy się jakie są zarobki, a latem pewnie i jakieś napiwki zgodziłam się. Bo spokojnie starczy mi na opiekunkę i na dojazdy do tej pracy a i zostanie suma dla mnie wystarczająca.
Dziewczyny, boję się i denerwuję. Nie pracowałam od 5 lat, wiem, że to praca ciężka i nie mam pojęcia jak zdołam pogodzić obowiązki domowe z zawodowymi.
Czy dam rade?
Czeka mnie wstawanie o 5 rano, jazda rowerem do pracy, potem noszenie posiłków dla Niemców (pewnie cały dzień na nogach). Powrót o 14 do domu rowerem i obowiązki domowe, zabawa z dziećmi. Na drugi dzień zmiana popołudniowa, spacerek piechotą 4 km do pracy i powrót taksówką o 12 w nocy. (niestety nie jeżdżą tam autobusy, a samochodu nie mam).
Nie ma wolnych sobót i niedziel.
Ale i tak strasznie się cieszę!
Pewnie niektóre z was powiedziałyby, że szkoda zachodu, też się zastanawiam, czy dobrze robię, ale szczerze powiem, już ta rutyna doprowadzała mnie do szału, ten ciągły brak pieniędzy, ta niepewność jutra, niepewność czy dziecko będzie miało w tym roku buty, czy nie, czy będzie co zrobić na obiad
czy znowu same ziemniaki (bo i tak bywało). Czy ja będę miała się w co ubrac?
No i tak sobie siedze i myślę, czy ja nie zwariowałam przypadkiem, eh, niech się dzieje co chce, ja idę do tej pracy, od czegoś trzeba zacząc..
Pozrawiam
Marta