Witam serdecznie.
Pisze, bo jest tak ogromnie mi przykro, zreszta juz nie pierwszy raz... I
sprawa nie dotyczy mojego meza, a moich rodzicow...
Mieszkamy razem, tzn. w jednym domu (jest to nowy dom 2-rodzinny) kazdy ma
swoja czesc, osobne wejscia, wiec pod tym wzgledem jest ok. Zreszta sami
rodzice zaproponowali nam taki uklad. Sprzedali swoje mieszkanie, my
mieszkanie, ktore dostalismy po babci meza, dobralisy kredyt i mieszkamy w
domu.
Ale teraz zaczynam tego zalowac. Moi rodzice uwaza mnie i meza za
nieudacznikow zyciowych. Jestesmy obydwoje lekarzami, ale caly czas slyszymy
jak malo zarabiamy, jak oni 'ladowali' pieniadze w moje studia, a teraz
zarabiam mniej niz oni miesiecznie wydawali na moje utrzymanie (jest to nie
prawda, ale ojcu nie mozna tego udowodnic).
Czasem wysmiewaja nas przy rodzinie, czy znajomych...
natomiast pod niebiosa wychwalaja brata i bratowa. Fakt, moj brat zarabia
kilkakrotnie wiecej od nas (jest menagerem duzego projektu), a bratowa
pracuje w TV, wiec to juz jest pole do wychwalania jej pod niebiosa.
Jest nam okropnie przykro, jak ciage slyszymy, ze nigdy sie niczego nie
dorobimy, ze tylko dzieki nim mamy dom itd.
Oczywiscie nasze specjalizacje im sie tez nie podobaja (ja anestezjolog, maz
kardiolog). ehhhh
Inna sprawa to taka, ze ja i brat mamy dzieci w podobnym wieku (coreczka 5
lat i synek 9 miesiecy). Oczywiscie, bedac jeszcze w ciazy mama powiedziala,
abym nie liczyla ze bedzie pilnowac mi dzieci, bo obiecala juz Uli (mojej
bratowej). Bylo mi przykro, ale nic sie nie odezwalam.
Moja tesciowa sama zaoferowala nam pomoc, pilnuje dzieci, a teraz slysze
ciagle od mojej mamy, jak to ona zle sie nimi opiekuje...
Oczywiscie dzieci brata sa najlepsze i najmadrzejsze na swiecie, moje nawet
im do piet nie dorastaja (to slowa mojego ojca).
Staramy sie z mezem tym nie przejmowac, nie chodzimy do nich, nie zapraszamy
ich do siebie, ale jednak ich slowa mnie rania

.
Obydwoje wyslalismy z mezem odpowiedzi na oferte pracy w szwajcarskim
szpitalu. Po rozmowach, ku naszemu zaskoczeniu dostalismy obydwoje propozycje
pracy. I teraz zaczyna sie straszny problem, bo rodzice buntuja sie jak tylko
slysza o wyjezdzie. Nazywaja mnie 'niewdziecznica', bo dom wybudowali dla
nas, a teraz my ich zostawiamy.
Ja wiem, co mam wybrac - maz i rodzina sa dla mnie najwazniejsi, ale boje sie
ze rodzice nam nie dadza spokoju i tak wmowili mi, ze powinnam byc im
wdzieczna za wszytsko, ze zaczynam czuc wyrzuty sumienia, ze chcemy z mezem
wyjechac. oczywiscie o tym ze sobie nie poradzimy itd. to slysze na okraglo!
Przepraszam za taki dlugi post, ale nawet nie mam sie komu wygadac. Zaczynam
sie zastanawiac, czy to ja jestem 'jakas trefna', czy moi rodzice TOKSYCZNI??W
Pewnie, ze mozemy wyjechac i urwac z nimi kontakt, ale to nie zmieni faktu,
ze tak naprawde cale zycie chcialam dorownac bratu (ktory ich zdaniem jest
najlepszy) i chyba dalej tak jest... No coz, ja potrzebuje ich akceptacji...
Przykre to i zastanawiam sie, co ja moge z tym zrobic...
Dziekuje z gory za odpowiedz.
Weronika