Chcę Wam opowiedzieć świeżą historyjkę z życia. Bylismy w niedzielę na rodzinnym spacerze na Rynku Staromiejskim - małżonek stanął sobie obok ratusza i oglądał zawody w siatkówce plażowej, a Miś krążył wokół bujanego samochodu, a ja z nim. Naszła mnie nieprzeparta ochota na papierosa, więc zaciągnęłam malucha do taty - zaciągnęłam, bo nie chciał iść. Oczywiście, kiedy odbierałam papierosa od męża i czekałam na ogień, nasz trzylatek wyrwał się i uciekł. Mężowi zatrzęsły się ręce - "goń go !", a ja byłam absolutnie spokojna, bo do najbliższych samochodów bardzo daleko, ludzi niewiele i można dziecko swobodnie śledzic wzrokiem, cel wyprawy malucha też znany i niedaleki. Znam moje dziecko, ja chodzę z nim na spacery i staram się poszerzać mu granice wolności - co prawda, jeszcze nigdy nie miałam odwagi sprawdzić, jak daleko pójdzie beze mnie, ale nie widze powodu, żeby w bezpiecznym miejscu musiał być w promieniu 4-5 metrów ode mnie. Zdziwiła mnie reakcja mojego męża, bo zachował się dosłownie jak kwoka, która trzęsie się nad pisklęciem. Fakt, że on woli posprzatać całe mieszkanie, niż wyjść z nim na dwór, więc właściwie nie zna zachowania Misia w plenerze, ale zawsze myślałam, że ma wiecej spokoju w sobie. Czy wobec tego ja jestem zbyt swobodna ? Ale chciałabym wychować syna na człowieka, który będzie umiał sam podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje; chciałabym, żeby był ciekawy świata - i jest, a ja staram się pozwalać mu na zaspokojenie tej ciekawości, pozwalam na rózne eksperymenty, asekuruję, ale staram się nie pomagać, kiedy wydaje mi się, że sobie poradzi. Wychodzę z założenia, że nic się dziecku nie stanie jak się przewróci i widzę, że takie podejście służy mojemu dziecku, bo rzadko upadek jest przyczyną płaczu, zazwyczaj tylko drobnym, niewartym uwagi opóźnieniem osiągniecia celu, nawet śmiesznym. Ponadto uważam, że dziecko jest po to, aby się wybrudziło, wyszargało, bo inaczej jak miałoby dokonywać prób i eksperymentów ?Ale moje swobodne podejście też ma swoje granice - jeżeli jednak dziecko płacze, to całuję, a jak widzę, że gruchnęło naprawdę mocno, to nawet sama podchodze i sprawwdzam, czy wszystko w porządku. Nie pozwalam jeść brudnymi łapkami na dworzu - albo idziemy do domu umyć rączki, albo czekamy z kosumpcją do powrotu.Czy lepiej mieć podejście kukułcze i pozwalac dziecku działac na własną rękę, czy kwocze i chronić je przed wszelkimi przykrosciami ? I czy ja jestem kukułką, czy normalną matką ? Tytuł mojego posta pochodzi z ksiązki Gertrud Teusen "Pierwsze dziecko zmienia wzystko", czytałam ją kiedys i chyba znowu przeczytam, bo to dobra lektura - którą i Wam polecamZ pozdrowieniami - Mika