Cześć,to ja, Dorka.W zeszłą środę wróciłam z trzytygodniowego "przymusowego" pobytu daleko od domciu. Pamiętacie, jak prosiłam o rady dotyczące podróży pociągiem z dziećmi?Bardzo mi się przydały.Moje główne spostrzeżenie: Im bardziej dwulatek oswojony z pociągiem, tym bardziej bryka.Moje podróżowanie składało się z trzech etapów:I pospieszny Szczecin - Gdańsk (5 i pół godz.), podmiejski Gdańsk - Pszczółki (30 min.), PKS Pszczółki - Sobowidz (30 min.). Przed Gdańskiem, we Wrzeszczu wsiadła Teściowa i pomogła mi w dalszej drodze. A miałam Sikorę (lat dwa i pół), Ślimaka (pół roku), wózek- spacerówka, wielki plecak, mały plecaczek i maleńki plecaczek Sikory.II Podróż do Poznania.Teściowa odprowadza mnie aż do Gdańska.Czekamy na autobus. Przyjeżdża prosto z Gdańska, ale kierowca mówi, że dalej nie jedzie, bo zlikwidowano linię o tej godzinie. Zgadza się podwieźdź nas do skrzyżowania, w pobliżu którego jest przystanek,z którego odjeżdżają autobusy do Gadańska. Akurat nadjeżdża - nasz kierowca daje koledze po fachu sygnał, żeby się zatrzymał. Na łeb na szyję wybiegamy z autobusu taszcząc dzieci i bagaże. Wsiadamy do drugiego i jedziemy. Sikora nie chce siedzieć. Wstaje, próbuje wyjść na "korytarzyk" pomiędzy rzędami siedzisk, nie jest posłuszna, wyrywa się. W Gdańsku wysiadka. Teściowa z maleńką na rękach stoi na chodniku, a ja po kolei wyciągam dobytek: Sikora, plecak... Został jeszcze wózek, a kierowca zamyka drzwi i odjeżdża. W ostatniej chwili wepchnęłam się pomiędzy drzwi i ryknęłam: "Jeszcze wózek!!". Wózek odzyskany.Przechodzimy podziemnym tunelem do dworca PKP. Zostawiam Teściową z maleńką i bagażami na peronie, a z Sikorą idę kupić bilety. Mała w kolejce zaczepia ludzi - szarpie pana za nogawki spodni, robi miny do pani, próbuje macnąć chłopczyka w podobnym do jej wieku.Peron. Sikora odchodzi za daleko, przywiązuję jej plecaczek do pasków wielkiego plecaka. Mała ściąga plecaczek i próbuje uciec.Przyjeżdża pociąg. Czekam, aż tłum wejdzie, żegnam się z Teściową i proszę przystojnego chłopaczka o wniesienie wózka i plecaka. Idę z dziećmi szukać wolnych miejsc. Są dwa. Proszę tego samego przystojniaka o przeniesienie bagażu do przedziału.Sadzam Sikorę, zdejmuję jej buty i uspokajam płaczącą Marcelinkę. Milknie dopiero przy piersi. Sikora rozpoczyna "taniec dzikusa": schodzi z siedziska, próbuje wyjść z przedziału. Na szczęście w drzwiach stoi złożony wózek. Poza tym siedząca naprzeciw mnie pani pilnuje, by mała nie przedostała sie szczeliną. Sikora w odwecie zabiera się za torebkę pani i manipuluje przy wymyślnym zamku. Pani to nie zraża, daje małej wafelka i jest 5 minut spokoju. Potem diabełek wspina się na torbę męża pani, szturcha młodą dziewczynę i robi do niej minki, łazi po przedziale trzymając się za kolana pasażerów. Marcelina zasnęła przy piersi. NIe mogę poskromić potwora. Spoglądam wzrokiem pełnym przeprosin na współpasażerów. Z pomocą przychodzi mi inna pani - matka dwóch pannic. Zachęca Sikorę, by przyszła do niej. I wiecie co? Poszła. Na kolana do jednej z dziewczyn. Przez godzinę nie miałam dziecka! Dziewczyny zachowywały się, jakby znały się od dawna. Potem Sikora się zmęczyła i poszła spać do mnie. Druga godzina spokoju. Podróż trwała 4 godz. 20 min.W Poznaniu moi współpasażerowie pomogli mi wynieść bagaże i śpiącą Sikorę. Pytali się z troską, czy sobie dam dalej radę. Podziękowałam serdecznie. III Trasa Poznań - Szczecin ( 3 i pół godz.)Zrażona tłokiem w wagonach kupiłam bilety na 1 klasę.Wymogłam na kierowniczce pociągu, by zaprowadziła mnie do w miarę wolnego przedziału. Mąż mojej kuzynki zaniósł bagaże, a ja wniosłam dzieciaczki.Jedziemy. Razem z nami dwaj podejrzanie wyglądający faceci. Sikora nie czeka na zaproszenie do brojenia. Kręci się na fotelu, wstaje, siada na stoliku pod oknem, a gdy na chwilę odwracam od niej wzrok, przekręca się tak, że nogi zwisają pomiędzy stolikami. Wolną ręką ściągam ją spowrotem na fotel. Wtedy ona schodzi z niego i pałęta się po przedziale. Co chwila proszę ją, by wróciła na miejce. Pokazuję widoczki za oknem, zagaduję. Często muszę jednak stanowczym gestem usadzić na miejscu. W połowie drogi panowie wysiadają. Przedział należy do nas. Tzn. do Sikory - włazi na wszystkie fotele pokolei, a gdy zbliżamy się do Dąbia szaleje, bo wie, że wsiądzie tatuś. Gdy wychodzę na korytarz dać Krzyśkowi sygnał, gdzie jesteśmy, mała ucieka z przedziału. Łapię ją i zaprowadzam na siedzisko. Sikora jeszcze kilka razy ponawia próby wydostania się z przedziału. W końcu przychodzi tatuś i mamusia może zwolnić terror.Wiecie, który etap wspominam najmilej?Pierwszy. Mimo, że był najdłuższy, był najprzyjemniejszy.Sikora pierwszy raz jechała pociągiem (nie liczę 40 minutowej podróży, gdy miała 18 miesięcy), czuła się niepewnie na obcym gruncie, widząc nieznajome twarze w zamkniętym pomieszczeniu. Przez pierwsze dwie godziny była spokojna, badała teren wzrokiem. Potem zaprzyjaźniła się z parą studentów i broiła z wdziękiem. Potem zasnęła. Poza tym jednym ze współpasażerów był niezwykły gość - gawędziarz, który uatrakcyjnił nam podróż ciekawą paplaniną. Szczególny wniosek - na temat kolei.Zgłaszałam, że jestem matką z dziećmi i sporym bagażem i proszę o pomoc w znalezieniu przedziału. Kierownicy pociągów mieli to w głębokim poważaniu. Pomagali mi pasażerowie, którzy przecież nie mieli takiego obowiązku.W każdym razie cała ta wyprawa była ciekawym doświadczeniem. Obiecałam sobie jednak, że póki młodsza z dziewczynek nie skończy trzech lat, nie wsiądę z nimi sama do pociągu.

Dorka

mama Eleonory i Marceliny