Jak w tytule - po wszystkim.

Było mi bardzo ciężko. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. To po prostu siedzi we mnie - ten strach o dzieci. Wszystko leciało mi z rąk, co chwilę płakałam. Dobrze, że Ani nie było w domu - nocowała u babci. Jak wróciła miałam już lepszy nastrój i siłę do walki ze swoimi czarnymi wizjami. A skąd ją miałam? No właśnie. Do tej pory jak czytałam posty w stylu: "Dziękuję emamy za wsparcie" to niczego nie czułam - ot, słowa i tyle. Na własnej skórze się przekonałam co one oznaczają. Zostałam wręcz zasypana telefonami, smsami, mailami. Z każdym telefonem moja nadzieja na pomyślne zakończenie tego zabiegu rosła. Mój nastrój poprawiał się z każdym słowem - kochane moje jakże ja Wam mogę podziękować? Dzwoniła Gosia_wiecznie_młoda - u Niej wszystko dobrze.

Cierpi na brak eDziecka (podobno trzęsą się Jej ręce - typowy odwyk...

) - ale jakoś dorwała się do netu i przeczytała apel Wiesi. Wiele mam towarzyszyło mi też w szpitalu. Monikę czyli mamjuz obudziłam (o ja wredna...), tuż po tym jak zabrali Anulkę na blok operacyjny, bo musiałam sobie jeszcze poszlochać. A potem to się posypało - smsy, telefony, jeszcze nawet wczoraj. Czuję się taka ważna, że jest tyle na świecie osób, które myślą o mnie i moich dzieciach. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich emam, które dzwoniły - po prostu nie pamiętam

. Byłam tak zakręcona, że niewiele z tego dnia pamiętam w ogóle. Z kolejnego, tego, w którym zabieg się odbył również. A poza tym tyle Was dzwoniło, że musiałabym sobie chyba zapisywać, aby to spamiętać! I teraz w sumie żałuję, że tego nie zrobiłam - mogłabym imiennie podziękować. A skoro nie mogę tego zrobić - dziękuję anonimowo

WSZYSTKIM WAM DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA. W swoim imieniu, ale i w imieniu Anulki. Dla Niej to też było niezmiernie ważne. Po zabiegu razem czytałyśmy smsy które przychodziły. Moja córcia była bardzo szczęśliwa. Kochane, Ania ma usunięte 4 znamiona z plecków. Były duże, rokowały pewne niebezpieczeństwa...Lekarka powiedziała, że nie widziała żadnych zmian chorobowych. Ania ma jeszcze dwa pieprzyki do usunięcia - na brzuchu. Ale nie zdołali tego zrobić za jednym zamachem - Ania źle zniosła znieczulenie. Jakieś pół godziny po zabiegu zemdlała...Strasznie to przeżyłam. Miałam chwilkę załamania. Ale muszę Wam powiedzieć, że opieka na tym oddziale jest niesamowita! To nasz kielecki szpital przy ul. Kościuszki, oddział chirurgiczny. I Lekarze, i pan Profesror (ordynator) i Pielęgniarki, i Salowe - wszyscy są przemili, przekochani, pełni zapału, kompetentni. Uzyskałam pomoc i ja i moja córcia - nie tylko chirurgiczną. Ania traktowana była jak księżniczka - nawet pan Profesor siedział przy Niej i miło sobie gawędzili!

Jestem naprawdę zszokowana. Bo przecież tyle złego do tej pory doświadczyłyśmy w szpitalach...Powiedziałam Pielęgniarkom, że powinny pracować w szpitaliku dziecięcym...No i mam już komputer...Ale niestety straciłam WSZYSTKIE KONTAKTY!!!

Błagam - te moje kochane, które do mnie pisały, czekają na odpowiedź - błagam: napiszcie jeszcze raz! Tyle rzeczy sobie zostawiłam ku pamięci...i nie mam nic. Maile od joannybo, Hermiony, Asi (podaj jeszcze raz adres, proszę, odpiszę Ci na pewno - prosiłaś o radę w sprawie zazdrości dzieci, masz termin an luty...), Bebe, missy - Boże kochany, nie pamiętam z tych nerwów...Tyle kontaktów, tyle adresów, numerów telefonu...i moje kochane śpiewające konie i inne śmieszne historyjki, po które sobie sięgałam w chwilach smutkuPrzepraszam, że nie odpisuję, że i wcześniej musiałyście czekać...teraz to już całkiem będę milczeć, chyba że dacie znać!

Jeszcze raz dziękuję z całego serca!Gosia