Gość: Gosia1
IP: *.*
26.01.03, 15:17
Wczoraj złamałam swoją zasadę i obejrzałam film o tym właśnie tytule. Rzecz jest o kobiecie, która nie mogąc zajść w ciążę, znajduje matkę zastępczą i prosi ją o urodzenie dziecka. Matka ta oczywiście, po porodzie musiałaby zrzec się praw do maleństwa i oddać je swoim "zleceniodawcom". Obudziły się we mnie spore emocje. Jestem w stanie zrozumieć jedną i drugą stronę. Ale wiem, że ja swojego maleństwa nie mogłabym oddać. Nawet gdyby jajeczko nie pochodziło ode mnie, nawet gdyby w żadnej cząsteczce dzieciątko nie należało do nikogo z mojej rodziny. Zastanawiam się, skąd te kobiety czerpią siłę? Jak mogą sobie dać radę? (to już abstrachując od filmu, bowiem tam fabuła była zgoła inna). No i jeszcze jedna kwestia - w takim razie, jak dalece miłość do dziecka zależy od jajeczka i plemnika? A jak bardzo od świadomości, że nosi się je pod sercem? Czuje ruchy...No i kolejna głupia myśl (czasem przychodzą nam takowe z mężem...) - co by było, gdyby nagle ktoś powiedział, że Krzyś nie jest nasz, że został podmieniony po porodzie, że jest dzieckiem kogoś tam...Więc jak się buduje więź pomiędzy matką a dzieckiem? Kiedy jest najsilniejsza? Gdy jest świadomość, czy gdy jej nie ma...Czy istnieje coś takiego jak miłość genów. Kochanie bezwarunkowe, bo dziecko jest moje. Ale czy na pewno?Ciekawa jestem Waszego zdania. Pozdrawiam Gosia