Dodaj do ulubionych

Dwie matki

IP: *.* 26.01.03, 15:17
Wczoraj złamałam swoją zasadę i obejrzałam film o tym właśnie tytule. Rzecz jest o kobiecie, która nie mogąc zajść w ciążę, znajduje matkę zastępczą i prosi ją o urodzenie dziecka. Matka ta oczywiście, po porodzie musiałaby zrzec się praw do maleństwa i oddać je swoim "zleceniodawcom". Obudziły się we mnie spore emocje. Jestem w stanie zrozumieć jedną i drugą stronę. Ale wiem, że ja swojego maleństwa nie mogłabym oddać. Nawet gdyby jajeczko nie pochodziło ode mnie, nawet gdyby w żadnej cząsteczce dzieciątko nie należało do nikogo z mojej rodziny. Zastanawiam się, skąd te kobiety czerpią siłę? Jak mogą sobie dać radę? (to już abstrachując od filmu, bowiem tam fabuła była zgoła inna). No i jeszcze jedna kwestia - w takim razie, jak dalece miłość do dziecka zależy od jajeczka i plemnika? A jak bardzo od świadomości, że nosi się je pod sercem? Czuje ruchy...No i kolejna głupia myśl (czasem przychodzą nam takowe z mężem...) - co by było, gdyby nagle ktoś powiedział, że Krzyś nie jest nasz, że został podmieniony po porodzie, że jest dzieckiem kogoś tam...Więc jak się buduje więź pomiędzy matką a dzieckiem? Kiedy jest najsilniejsza? Gdy jest świadomość, czy gdy jej nie ma...Czy istnieje coś takiego jak miłość genów. Kochanie bezwarunkowe, bo dziecko jest moje. Ale czy na pewno?Ciekawa jestem Waszego zdania. Pozdrawiam Gosia
Obserwuj wątek
    • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 15:57
      Gosiu,miałabym te same dylematy co Ty.Nigdy nie chciałabym stanąć w takiej sytuacji, bo chyba każda z tych kobiet to matka.W razie konfliktu to tylko Salomon musiałby ponownie zstąpić na ziemię, bo ja inaczej pewnie bym nie odpuściła.:sol: A.Ps Dlatego też raczej nie oglądam takich filmów
    • Gość: Aluc Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 17:04
      Gosiu :)nie wierzę w miłość genów, nie wierzę w żadną magiczną więź powstającą li tylko na poziomie materiału genetycznegomatką jest ta, która wychowuje, a nie ta, która daje jajeczko czy macicę, tak samo jak ojcem nie jest dawca nasieniamoje dziecko jest moje, nie dlatego, że je spłodziłam i urodziłam, ale dlatego, że chciałam je miećto, o czym mówisz, to raczej nie do końca uświadomione motywacje
      • Gość: maria_rosa Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 17:17
        Dziewczyny, po urodzeniu synka tzn. natychmiast po porodzie jak idiotka zaczęłam mu się przyglądać i starałam sie zapamiętać dokładnie jak wygląda.I właśnie myślałam tylko o tym aby mi go nie podmienili. No, nie żeby celowo. Pielęgniarki przy mnie zakładały maluchowi opaskę na rączce...Ale ja się tak bałam.Nawiązując do tematu postu...nie wobrażam sobie tego.Nie lubię takich filmów, chociaż z uporem maniaka je oglądam.Dlaczego matki zachodzą w ciążę " dla kogoś"? Może dla pieniędzy...Gorzej dla przyszłych rodziców jeżeli po porodzie biologiczna mama się rozmyśli...Poniekąd tragedia dla ludzi, którzy tak pragnęli dziecka.Ja nie wyobrażam sobie oddania własnego dziecka.pozdrawiam,maria rosa
      • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 19:05
        No dobrze, jeśli nie sprawa genów, tylko pragnienie dziecka - to dlaczego kobieta najpierw rozpaczliwie, czasem mnóstwo lat, czasem kosztem mnóstwa pieniędzy, zdrowia, nerwów, poniżenia, huśtawki emocjonalnej, mnóstwa wyrzeczeń, bólu walczy do ostatniej kropli krwi o SWOJE WŁASNE dziecko? To, z JEJ WŁASNEJ macicy, jajeczka? Czemu w takim razie ludziom nie jest obojętne, z czyjego ciała "wyszło" dziecko? Dlaczego najpierw walczą o własne, a dopiero potem, na samym końcu decydują się na adopcję? Bo jeżeli jest to kwestia pragnienia miłości w ogóle do dziecka, to przecież nic nie powinno się aż tak liczyć - tylko samo dziecko. A tak nie jest. Moim zdaniem ogromną rolę spełnia tu właśnie ta świadomość - MOJE dziecko. Moja krew, ciało. Z mojego ciała. Paznokietki jak mojej babci. Włosy po mnie, oczy po teściowej. I nawet jakby tego nie było, nawet jakby w ogólnym rozliczeniu nie był mój - to jednak przez te wszystkie lata uważałam, że jest mój i dlatego ta miłość jest taka szalona, bo bezwarunkowa, bo nie nauczona - jest spontaniczna. Miłości do dziecka adoptowanego (wydaje mi się) trzeba sie nauczyć. Do niej trzeba się przygotowywać całymi latami. Nauczyć się zapachu takiego dziecka, bo przecież nie czuje się go od dnia zapłodnienia...I tak sobie myślę, że dużą, naprawdę olbrzymią rolę spełnia tu sam fakt noszenia dziecka przez 9 miesięcy pod sercem. Komunikowanie się z nim, obserwowanie rosnącego brzucha, odbieranie tych jedynych w swoim rodzaju sygnałów - i wtedy niekoniecznie ważne są geny. Doszłam do wniosku, że gdyby tak ktoś umieścił w moim brzuchu zupełnie obce mi dziecko, to te 9 miesięcy działało by na mnie jak oswajanie. Poznawanie się nawzajem. A potem poród, o którym wszystkie mamy wiedzą, jak wpływa na wzajemne relacje. To wszystko byłoby jak przygotowywanie się do adopcji. Ale co czułabym wiedząc, że w maleństwie nie ma ani jednej kropelki mojej krwi? Czy uczucie więzi powstałe podczas ciąży wystarczyłoby do takiej ogromnej, wszechogarniającej miłości, jaką dzisiaj czuję do mojego synka? Czy też czułabym rozczulenie do tego dziecka, takie jak czuję do mojego synka, gdy widzę, jak bardzo jest podobny do swojego taty?Strasznie Wam tu nagmatwałam. Neguje samą siebie w niektórych momentach, ale to są moje uczucia. Straszny mętlik. Spróbujcie wejść w swój umysł głęboko, i powiedzcie mi, czy czujecie tak samo?GosiaP.S. Jednak stawiam na świadomość. Ona sama wystarczy do tego, aby dziecko pokochać bez ograniczeń, do zatracenia. Świadomość, że jest moje. Dlatego ta miłość jest tak bezwarunkowa, taka bezkresna, spontaniczna. Jeśli zdarzy się, że "rodzone" rodzicielstwo nie jest możliwe, to miłości do konkretnego dziecka trzeba się nauczyć. Tak mi się wydaje. Przydałaby mi się tu wypowiedź mamy adopcyjnej. Bo o tym nie mam zielonego pojęcia, więc chyba nie bardzo mam prawo wypowiadać się w tej kwestii. Aha, uwaga na początku - nie biorę pod uwagę żadnych patologicznych sytuacji. To, że są mamy, które nie kochają dzieci nie tylko swoich własnych, ale i żadnych - wiemy o tym wszystkie. I tego nie trzeba przytaczać. Biorę pod uwagę tylko "normalne" sytuacje, kiedy miłość rodzi się sama z siebie.
        • Gość: Aluc Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 19:56
          poczekaj, Gosia, poczekaj :) ale namieszałaś, fakt :grin:pisząc, że nie wierzę w magiczną miłość genów, miałam na myśli, że nie wierzę w miłość uwarunkowaną wyłącznie genetycznieja też walczyłam o dziecko z mojej krwi i moich kości :) ale nie sądzę, żeby to była owa czysta genetyczna miłość, raczej miłość, której również te geny, ta krew i tak dalej, były składnikiemchilli jeśli absolutnie nie chciałabym mieć dziecka, to bym go nie pokochała tylko dlatego, że wykłuło się ;) z mojego jajeczkajak już napisałam - wszystko jest kwestią motywacji, jeśli chce się mieć dziecko - to znaczy nie albo nie tylko chodzić w ciąży i urodzić, ale mieć, wychowywać, patrzeć jak rośnie - to w pewnym momencie przestaje chyba być ważne, czyje genetycznie to dziecko jest, zwłaszcza, jeśli nie ma się wyboru - własne tak zupełnie czy własne tylko trochęa pytanie zrozumiałam jako postawione z drugiej strony - jak można nosić pod sercem, urodzić i nie chcieć - ano chyba można, tylko jak mówię - wydaje mi się, że kobieta, która decyduje się na bycie zastępczą matką, może mieć nie do końca uświadomioną motywację, może nie robić tego wyłącznie z powodów finansowych albo altruistycznych, tylko dlatego, że chce być w jeszcze raz ciąży albo chce urodzić jeszcze jedno dziecko, choć z tych czy innych powodów nie może sobie na to pozwolić w ramach własnej rodzinyta historia z podmienionymi bliźniaczkami - a nie uważacie, że koszmarem zaczęło to być dopiero od momentu, kiedy wszyscy się o tym dowiedzieli? przecież matki tych zamienionych nie wspominały, że kochały nie tak, mniej, albo w ogóle nie kochały, gdyby nie przypadek, to nic by się nie zmieniło, dalej funkcjonowałyby dwie normalne rodziny, w tym jedna z nie do końca podobnymi bliźniaczkammi :) co jakoś moją wiarę, a raczej brak tej wiary w czystą genetyczną miłość, mimowolnie potwierdza ;)Aluc :grin: która podobnie jak każde chyba dziecko przechodziła etap zwątpienia w biologiczne pochodzenie od swoich rodziców, która nie jest podobna ani do starych, ani do własnej siostry, dla ktorej wreszcie znaleziono do pary jakąś prapraprababkę, która podobno też miała duży biust, duże oczy i duży nos :lol:
        • Gość: Aluc Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 19:58
          poczekaj, Gosia, poczekaj :) ale namieszałaś, fakt :grin:pisząc, że nie wierzę w magiczną miłość genów, miałam na myśli, że nie wierzę w miłość uwarunkowaną wyłącznie genetycznieja też walczyłam o dziecko z mojej krwi i moich kości :) ale nie sądzę, żeby to była owa czysta genetyczna miłość, raczej miłość, której również te geny, ta krew i tak dalej, były składnikiemchilli jeśli absolutnie nie chciałabym mieć dziecka, to bym go nie pokochała tylko dlatego, że wykłuło się ;) z mojego jajeczkajak już napisałam - wszystko jest kwestią motywacji, jeśli chce się mieć dziecko - to znaczy nie albo nie tylko chodzić w ciąży i urodzić, ale mieć, wychowywać, patrzeć jak rośnie - to w pewnym momencie przestaje chyba być ważne, czyje genetycznie to dziecko jest, zwłaszcza, jeśli nie ma się wyboru - własne tak zupełnie czy własne tylko trochęa pytanie zrozumiałam jako postawione z drugiej strony - jak można nosić pod sercem, urodzić i nie chcieć - ano chyba można, tylko jak mówię - wydaje mi się, że kobieta, która decyduje się na bycie zastępczą matką, może mieć nie do końca uświadomioną motywację, może nie robić tego wyłącznie z powodów finansowych albo altruistycznych, tylko dlatego, że chce być w jeszcze raz ciąży albo chce urodzić jeszcze jedno dziecko, choć z tych czy innych powodów nie może sobie na to pozwolić w ramach własnej rodzinyta historia z podmienionymi bliźniaczkami - a nie uważacie, że koszmarem zaczęło to być dopiero od momentu, kiedy wszyscy się o tym dowiedzieli? przecież matki tych zamienionych nie wspominały, że kochały nie tak, mniej, albo w ogóle nie kochały, gdyby nie przypadek, to nic by się nie zmieniło, dalej funkcjonowałyby dwie normalne rodziny, w tym jedna z nie do końca podobnymi bliźniaczkammi :) co jakoś moją wiarę, a raczej brak tej wiary w czystą genetyczną miłość, mimowolnie potwierdza ;)Aluc :grin: która podobnie jak każde chyba dziecko przechodziła etap zwątpienia w biologiczne pochodzenie od swoich rodziców, która nie jest podobna ani do starych, ani do własnej siostry, dla ktorej wreszcie znaleziono do pary jakąś prapraprababkę, która podobno też miała duży biust, duże oczy i duży nos :lol:
          • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 21:28
            Ha, Aluc, no i znowu namieszam. :-) Jak mnie czasem cos najdzie, to końca nie można znaleźć. :sol:Bo widzisz, jakbym nie chciała mieć dziecka, to gdybym nie zaszła w ciążę, to żadna siła by mnie raczej nie zmusiła do przyjęcia cudzego dziecka pod swój dach (nie rozpatruję sytuacji ekstremalnych!). Natomiast gdyby zdarzyła mi się jednak wpadka, co przecież jest udziałem naprawdę mnóstwa kobiet, to przecież sama wiesz, że jednak dużo nie decyduje się na aborcję, a potem, jak już urodzą swoje dzieci nagle coś się zmienia - co ja piszę, nie coś: zmienia się cały świat! I pojawia się taka miłość, że potem taka mama zastanawia się, jak mogła myśleć nawet o tym, że nie chce i nie pokocha tego dziecka...Czyli Aluc, geny? A może jednak świadomość, geny i instynkt razem wzięte?Gosia :jap:
            • Gość: Aluc Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 23:14
              Gosia, bo taka decyzja to dla mnie właśnie to coś poza genami li tylko, same geny do takiej miłości nie wystarczą, wiele razy już to powtarzałam - jak kobieta absolutnie nie chce mieć dziecka, to zrobi wszystko, żeby go nie mieć, jeśli jakakolwiek cząsteczka kobiety tego dziecka pragnie z jakichśtam - niekoniecznie zrozumiałych - przyczyn, to już rozum wysiada i instynkt czy jak się to nazwie robi resztę :)te kobiety, o którch mówisz, chyba jednak decydują się zatrzymać swoje dzieci z innych powodów niż czysta biologia - choćby z samotności, z pragnienia posiadania kogoś do kochania, przytulania i tak dalej, skoro faceta już nie stało, dlatego nie mam nic przeciwko korzystaniu przez samotne kobiety z banków nasienia, "robieniu" sobie dziecka dla siebie, i tak samo bardzo jestem przeciwna przymusowemu robieniu z biologicznych ojców takich dzieci tatusiów - ale to już zupełnie inna historia ;)a zastępcza matka? ja nawet nie zastanawiam się, czy oddałabym urodzone przeze mnie dziecko, ja przede wszystkim za nic nie zdecydowałabym się być zastępczą matką, z czysto egoistycznych powodów - tak daleko moje poświęcenie komukolwiek nie jest w stanie sięgnąć. Czy oddałabym jajeczko? ano jeszcze parę miesięcy temu powiedziałabym, że tak, ale po tym, jak dowiedziałam się, że procedura pozyskania jest analogiczna do tej przy in vitro - chilli końska stymulacja hormonalna - to już nie, znów mój egoizm nisko się kłania :jap: może, dla siostry - ale to zupełnie teoretycznie, bo siostra z czym jak z czym ale z zachodzeniem w ciążę to problemów nie ma :lol:pragnienie biologicznie swojego dziecka to chyba połączenie atawizmów (reprodukcja materiału genetycznego) z (jednak) społeczną presją - lepsze swoje niż nie swoje, nawet rodzina zwykle bardziej wspiera długotrwałe, kosztowne i nieprzyjemne leczenie niż adopcjęrozsypane mam te myśli :)
    • Gość: agnieszka25 Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 17:15
      Myślę, że nie ma odpowiedzi na takie pytania.Aluc, piszesz, że nie wierzysz w magiczną moc genów. Zgadzam się z tym, że gdybym dowiedziała się, że Marta nie jest "biologicznie" moim dzieckiem (jak to w ogóle brzmi..) to nie przestałabym jej kochać , bo i tak uważałabym ją za moje dziecko. Ale myślę, że gdyby był to skutek zamiany w szpitalu, to jednak czułabym też więź z tym "moim biologicznie" dzieckiem, które wychowuje się w innej rodzinie i chyba chciałabym się z nim conajmniej spotkać, a nie wiem,czy nie nawet odzyskać-sytuacja absurdalna, wiem, ale chyba nie mogłabym zapomnieć o tym dziecku, nie chyba, ale na pewno. Najgorsze jest to, że takie sytuacje zdarzają się naprawdę, nie wiem czy słyszałyście o zamianie dzieci w szpitalu-dwie dziewczynki, z których jedna miała siostrę bliźniaczkę. Dziewczynki się spotkały mając po 18 lat dzięki temu, że były po protu identyczne. Koszmar dla obu rodzin.Pozdrawiam, Agnieszka
      • Gość: Hermiona Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 17:32
        Ale nie zawsze musi być koszmarnie. Jakiś czas temu oglądałam film(czy reportaż) o dwóch rodzinach z Afryki Poł., którym właśnie w szpitalu zamieniono dzieci - chłopców. Nie pamiętam już, w jaki sposób obie rodziny doszły do tego, że to nie ich "rodzone" dzieci - tak czy owak spotkali się i.... po początkowej euforii i planach ponownej zamiany ( a chłopcy mieli już po kilkanaście chyba lat) obie matki poszły po rozum do głowy i zostało po staremu. Obie rodziny bardzo się zaprzyjaźniły i poświęcały sobie dużo czasu, ale matkami w dalszym ciągu były te, które dzieci wychowały.Nie wiem, co kobieta po urodzeniu dziecka czuje bardziej - już miłość, czy jeszcze "tylko" instynkt macierzyński. Wyobrażam sobie, że gdyby ktoś (nawet za moją zgodą) zabrał mi dziecko zaraz po urodzeniu, to właśnie instynkt, nie miłość, kazałby mi za nim wyć, nawet gdyby rozum mówił jednocześnie, że to dla mojego (czy dziecka) dobra.:hello: Monika
    • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 26.01.03, 21:03
      Gosiu,ja tez nie wyobrazam sobie oddania dziecka. Spotkalam natomiast na jednej liscie kobiete,ktora,majac juz dwoje dzieci, postanowila urodzic dziecko dla przyjaciolki,ktorej usunieto macice. Nawet w takiej sytuacji nie zdobylabym sie na to co ona. Natomiast naszla mnie jeszcze jedna refleksja. OK,skoro kobieta jest w stanie...gdzies tam para gejow wynajmuje kobiete by im urodzila dziecko, gdzies indziej para mieszana robi to samo, procedura coraz bardziej popularna jednym slowem... i oto czytam taka historie. Panstwo X `zatrudniaja` pania Y ,spisuja umowe itd. Pani Y wstrzykuje sobie czy jej wstrzykuja,sperme pana X,zachodzi w ciaze i...bliznieta. No i panstwo X maja problem.:gun:. Zamawiali.:ouch: bowiem tylko jedno dziecko. Dwoje????? Absolutnie odpada. Pania Y o swoim dylemacie poinformowali w 13tym tyg ciazy ,podczas gdy w umowie bylo jak wol,ze aborcja na zyczenie panstwa X wchodzi w rachube jedynie przed uplywem 12go tyg.No i zaczyna sie proces no bo czyje jest to drugie z blizniat,skoro panstwo X zamawiali tylko jednego noworodka.I ,jak nic, pcha mi sie na usta jedno zasadnicze pytanie...z punktu widzenia tych dzieci...bez wzgledu na wyrok......czy ktos wogole pofatygowal sie choc przez moment by pomyslec o tych dzieciach przede wszystkim???!!Ano pewnie nie za bardzo!!!Co by nie zdecydowano i tak bedzie kiszka. Chyba,ze zostana oddane razem do adopcji jakiejs kochajacej je parze.Zarowno dla panstwa X jak i dla pani Y jest to jedynie towar.:ouch: przetargowy.I teraz zastanawia mnie gdzie lezy granica jesli juz takie sytuacje maja racje bytu. Czy rzeczywiscie z moralnego punktu widzenia ktos kto jest zdesperowany by miec dziecko,ale z kolei juz dwoje to za duzo...,czy taka para rzeczywiscie jest zdesperowana w pelnym tego slowa znaczeniu czy tez traktuja to dziecko jako dodatek do image.:eek:I jeszcze wiele innych mysli klebi mi sie we lbie,ale tej sytuacji akurat przetrawic nie moge wyjatkowo.:cry:OK. Tu jest link do tego artykulu:http://beta.kpix.com/news/local/2001/08/09/Surrogate_Mom_Sues_to_Avoid_Abortion.html
      • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do Bogusi IP: *.* 26.01.03, 21:38
        Bogusiu, jeszcze całkiem niedawno była ostra dyskusja na "Samodzielnej" o banku spermy i zapładnianiu kobiet na życzenie, samotnych kobiet (bardzo to uprościłam, ale mniej więcej sens był taki). I ja tam byłam przeciwna temu procederowi. Bo dziecko - jak to ujęłaś - to nie przedmiot targów, ani rzecz godna pożądania, ale istota ludzka zasługująca na szacunek. Jednak pomimo tego, że fakt urodzenia maleństwa przez jedną kobietę, dla drugiej, ten fakt świadczący o wielkim heroizmie, o ogromnym poświęceniu, nawet to może zostać splugawione. Jak wszystko w naszym świecie. Sama nie wiem, gdzie jest granica. Posiadając wątpliwości moralne, umiem się jednocześnie wczuć w rolę jednej i drugiej kobiety. I nigdy nie chciałabym być postawiona przed taką decyzją. Ale z drugiej strony, jak pisałam właśnie w tamtym wątku, jeśli zacznie się myśleć nie o sobie, ale o dziecku, pewne wątpliwości zostają rozwiane. Nie sądzisz Bogusiu?Gosia :-)
        • Gość: guest Re: Dwie matki do Gosi1 IP: *.* 29.01.03, 22:27
          mama Ani i Krzysia napisała/ł:> Bogusiu, jeszcze całkiem niedawno była ostra dyskusja na "Samodzielnej" o banku spermy i zapładnianiu kobiet na życzenie, samotnych kobiet (bardzo to uprościłam, ale mniej więcej sens był taki).Tak Gosiu, sledzilam ten watek akurat w koncowce.Temat mi wyjatkowo bliski,aczkolwiek nie bezposrednio i z tego wlasnie powodu nie czulam,ze mam prawo wyrazania w nim swojej opinii,wiec tylko dorzucilam ten przyslowiowy kamyczek,ale refleksja pozostala. I musze tu powiedziec,ze co do joty zgadzam sie z Twoja opinia.Wiem,ze kazda sytuacja wymaga indywidualnego podejscia,ale wiem tez przez co przeszedl moj maz. Jak fakt,ze od pewnego momentu wychowywal sie bez ojca zawazyl na jego poczuciu wlasnej wartosci, poczuciu bezpieczenstwa itd itd. Jak to wszystko wracalo i nadal wraca w jego wspomnieniach. Oczywiscie jest wspanialy jako czlowiek, maz i ojciec,ah,co ja bede Wam mowic,ale to nie zmienia faktu,ze jednak wiele bym dala by mu pomoc wyrzucic,wymazac...no nie wiem... caly ten bol malego chlopca.Jeszcze bardziej zamotane jest zycie jego siostry. Nie ukrywam,ze nie malo w tym udzialu (zeby nie powiedziec `winy` tesciowej),ktora miotajac sie miedzy samotnoscia a proba wychowania i /ustrzezenia przed pomylkami wlasnych dzieci, obdarzyla je dodatkowo pewnymi ulomnosciami.OK,rozpisalam sie troche nie na temat.Moze kiedys skrobne na priv jesli pozwolisz bo wiesz jak jest....o wielu rzeczach latwiej rozmawiac kameralnie.Jednak ta konkretna sytuacja wiele mi uswiadomila jesli chodzi o zasieg naszej wolnosci.Nie ma wolnosci bez odpowiedzialnosci. Tak mysle. A ta odpowiedzialnosc to rowniez umiejetnosc spojrzenia na swiat oczami drugiego czlowieka- w tym przypadku malego czlowieka-z wszelkimi tego faktu niuansami.>Posiadając wątpliwości moralne, umiem się jednocześnie wczuć w rolę jednej i drugiej kobiety. I nigdy nie chciałabym być postawiona przed taką decyzją. > Ale z drugiej strony, jak pisałam właśnie w tamtym wątku, jeśli zacznie się myśleć nie o sobie, ale o dziecku, pewne wątpliwości zostają rozwiane. Nie sądzisz Bogusiu? Gosiu, ja bylam w nieco zblizonej sytuacji.Moja swego czasu bliska znajoma bedac juz blisko 40-ki,pomimo wielu wysilkow nie byla w stanie zajsc w ciaze. Dodatkowa tragedia bylo to,ze swego czasu usunela niechciana ciaze o czym jej obecny maz nie wiedzial bo to bylo dawno temu.Czyli wiedziala,ze ta nieplodnosc potencjalnie moze byc skutkiem aborcji.Jej pierwszy plan to bylo skorzystanie z banku jajeczek.Przy czym jej szalenie zalezalo na jednym aspekcie:skoro to dziecko nie moze byc czescia jej samej to zeby przynajmniej bylo do niej choc troche podobne. Poniewaz wielu naszych wspolnych znajomych twierdzilo,ze jestesmy bardzo podobne,zdecydowala sie mnie poprosic.Nie zgodzilam sie. Z wielu powodow,ale przede wszystkim dlatego,ze osobiscie nie jestem w stanie zaakceptowac mysli,ze czastka mnie istnialaby tam polaczona z czastka jakiegos obcego faceta (nie mojego meza w kazdym razie),ze nasze dzieci sa owocem naszej milosci(a nie jakiejs mechanicznej manipulacji 2 niemajacych z soba nic wspolnego elementow) i dla mnie rowniez dlatego sa unikalne.Z czasem okazalo sie,ze owa znajoma moze miec(aczkolwiek nie koniecznie) rowniez nikle szanse na donoszenie ciazy i w tej sytuacji wpadla na kolejny pomysl(poparty jakims " proroczym snem".:ouch:),ze to ja jej urodze dziecko. Nie pomagalo moje tlumaczenie,ze to absolutnie nie wchodzi w rachube itd. Odlozyla na bok wszelkie starania, inne mozliwosci i tylko tej jednej mysli sie kurczowo trzymala. I trzyma sie chyba dotad choc uznalam za zdrowsze dla nas obu calkowite zerwanie z nia kontaktu (by nie dawac jej niepotrzebnie nadziei)Przyznaje tez,ze uwazalam to zachowanie za co najmniej niezdrowe, jesli nie zaawansowanie obsesyjne.Powinnam dodac,ze w jej mniemaniu adopcja,nawet malenkiego dziecka zdecydowanie byla nie do przyjecia.Mysle,ze ona za wszelka cene pragnela dac mezowi jego wlasne dziecko, ktore jednoczesnie byloby i czescia jej samej(chocby przez podobienstwo.:what:).Ze byla to jej recepta na uciszenie wyrzutow sumienia, strach przed utrata milosci meza czy tez wszystko razem wziete. Tak czy inaczej-skoncentrowane na niej samej a nie na dziecku wlasnie. Czyli co? Czyzby jednak zabawka? Przedmiotowe traktowanie?No co??
          • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do Bogusi IP: *.* 30.01.03, 11:58
            Bogusiu, nie tylko skrobnij do mnie ale napisz wręcz epopeję :-). Będzie mi straszniaście miło! Pozdrawiam Gosia
    • Gość: Magda72 Re: Dwie matki IP: *.* 27.01.03, 08:04
      Kiedyś mieszkałam przez kilka m-cy we Francji i tam poznałam małżeństwo już nienajmłodszych Francuzów, którzy nagle odkryli, że chcą mieć dziecko. Mieli dorosłe dzieci z piewszych zwiazków, które własnie zakładały swoje rodziny. Ciąża nie wchodziła w rachubę, bo kobieta miała 45 lat i się bała. Dlatego zdecydowali się właśnie na takie rozwiazanie. Znaleźli Hinduskę, która za sowitą opłatą zgodziła się urodzić im dziecko. Z nasienia tego mężczyzny. Po porodzie oddała chłopczyka, zrzekła się praw na rzecz tej Francuzki i spokojnie zainkasowała resztę pieniędzy. Podobno obyło się bez żadnych sentymentów ze strony tej Hiduski. A francuskie małżeństwo szczęśliwie rozkoszowało się ciemnoskórym maluszkiem. Mną to wstrząsnęło, ale taki proceder tam podobno nie dziwi. Najwyraźniej pieniądze niektórym chłodzą głowy i rodzenie dzieci na zamówienie moze być dobrym biznesem. Nie jestem w stanie tego pojąć. Ale takie rzeczy widać mają miejsce. Pozdrawiam.Kalpa
    • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 27.01.03, 08:30
      Ja chyba rozumiem obie matki: te co chca i te co rodza.Jezeli kobieta chce dziecka a nie moze, z wielu powodow, to czasami jest zdecydowana na wszystko. Nawet na zastepcza matke. Dlaczego nie adopcja? Mysle ze nie chodzi tu tylko o sprawy genetyczne, typu "moja krew". Procedura adopcji jest dluga i trudna. I czesto dzieci nie sa "noworodkami". Kobiety boja sie ze czas spedzony przez te dzieci w domu dziecka etc mogl je "uszkodzic" emocjonalnie. A tego tak latwo sie nie nadrobi.Jakie powody ma matka ktora rodzi? Jezeli przypomnimy sobie artykuly z ostatnich lat: sa one rozne, od czysto finansowych po emocjonalne.Czy to jest handel? Nie wiem. Dla mnie jest wazne ze dzieci trafiaja do rodzin ktore je naprawde chca ( sa oczywiscie wyjatki). I to jest dla mnie szacunek dla dziecka.Co mnie bardziej bulwersuje to sytuacje typu: mam 20 lat, wlasnie z drugim dzieckiem w ciazy, studiuje, maz nie pracuje, mieszkamy u rodzicow... Czy to jest szacunek dla dziecka? Moim zdaniem, nie. Reakcje typu: wszystko sie ulozy itp zachecaja raczej do kolejniej bezmyslnosciDanuska
      • Gość: ruda Re: Dwie matki IP: *.* 27.01.03, 10:07
        Ja tylko tyle: z filmów tego typu oglądałam kiedyś, jak matka rodziła dziecko swojej córce, która nie miała macicy. A ostatnie dziecko tej babci/matki zmarło w niemowlęctwie prawie rozbijając małżeństwo (poczucie winy).Ja jakoś ciągle jestem za adopcją, jeśli nie można mieć w sposób naturalny dzieci. Ale może nigdy nie czułam instynktu? Może nigdy - to co opisuje Gosia1 o paznokietkach i radości z bycia w ciąży i o tym, że ciąża z dzieckiem hmm... nie chcianym, cudzym, nieplanowanym to okres na oswojenie. Ja w ciązy czułam się źle, nie lubię tego stanu, nie mam żadnej fobii, ale powaznie myślę, czy następnego dziecka nie adoptować. No i gdzie ten instynkt? I podobnie jak Aluc, komuś nie urodziłabym, bo ten stan mnie napawa niechęcią (ale nie odrazą). A poza tym jako osba wierząca nie mogę zapomnieć o tym, że coś Bóg miał do powiedzenia dając ludziom taki problem lub ułomność (np brak macicy). Ale oczywiście jak się powie, że Boga nie ma albo na pewno nie chciał, abyśmy ciepieli, to ten argument się nie ostanie, we mnie jednak jest dośc mocny.kasia
        • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do rudej IP: *.* 27.01.03, 11:47
          Powiem Ci Kasiu, że aspekt religijny tkwi we mnie równie mocno, co instynkt macierzyński. Gdyby nie on, nie podołałabym pewnej informacji 2,5 roku temu. A tak, pomyślałam sobie: widocznie jakiś cel musiał mieć Ten na górze...Pozdrówka Gosia
      • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do Danuski IP: *.* 27.01.03, 11:26
        Czyli jednak w jakimś stopniu potwierdza się moje przypuszczenie, że dziecko własne kocha się od samego początku, za sam fakt zaistnienia (jeszcze raz podkreślę - nie biorę pod uwagę sytuacji patologicznych). Natomiast jeśli chce się dziecko adoptować i też kochać najmocniej na świecie, to jednak najczęściej szuka się dziecka maleńkiego, noworodka najlepiej - takie maleństwo najłatwiej jest pokochać, natomiast już na większe dziecko patrzy się pod kątem: jakie jest. I wtedy najpierw trzeba się z Nim oswoić, przyzwyczaić, poznać Je, dopiero zacząć kochać, za to jakie jest, no i na końcu nauczyć (tak, nauczyć) kochać za to, że jest. Oczywiście jest dużo kobiet, które kochają bo tak są skonstruowane, kochają sam fakt istnienia wszystkich dzieci, tworzą domy rodzinne. Ale moim zdaniem aby tak żyć, trzeba być człowiekiem wyjątkowym. Przed takimi ludźmi czuję niesamowitą pokorę i olbrzymi szacunek. Ale to są wyjątki właśnie. Pozdrawiam Gosia
    • Gość: eBeata Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 10:48
      Jaka matka zastępcza, gdy nie ma komórki jajowej od innej kobiety??!!! To normalna matka. Ciąża jak każda inna. Moje jajeczko plus udział ojca ;-).A potem adopcja.Dla mnie pojęcie 100% matki zastępczej jest wtedy gdy jajeczko i plemnik pochodzą od innych osób. Trudno na coś takiego się zdobyć. Przez 9 miesiecy takie dziecko rośnie w kobiecie, oj można się wtedy z takim człowieczkiem związać ;-) .Ale gdyby ciąża u człowieka trwała 2 dni, dziecko rodziłoby się łatwo i przyjemnie, miałoby wielkość gumisia i potem "dojrzewałoby" w kołysce już w domu rodzinnym.Czy wtedy łatwiej zrobić coś takiego dla bliskiej osoby???Albo za duże pieniądze? Które pozwoliłyby na operację innego chorego dziecka??? A gdyby taka matka przeznaczyła pieniądze na cele charytatywne, uspokoi sumienie?Dwa dni. Byłoby łatwiej niż w przypadku 9-miesięcznej ciąży??? Gdzie jest granica??? Czas, czy ruchy dziecka???
      • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do eBeaty IP: *.* 28.01.03, 11:47
        Beata, Ty "straszny" filozofie!!!!! ;) Co Ty jeszcze wymyślisz?? :lol: :lol: Ja zwariuję kiedyś przez Ciebie...:lol: Gosia lekko :crazy:
        • Gość: guest Re: Dwie matki do eBeaty IP: *.* 28.01.03, 15:09
          Gosiu Ty nie wariuj ja proszę, bo z kim będę się sprzeczała ;-) i gadała i w ogóle :-) .Sama temat rozpoczęłaś :-) . A ja tylko zaczęłam się zastanawiać jak bym postąpiła.Na dzień dzisiejszy na pewno nie.Ale gdyby moje dziecko było zagrożone. Jedynym ratunkiem byłaby cholernie droga operacja, drogie długotrwałe leczenie... A środków sponsorskich mało....Zaczęłam się zastanawiać co mnie powstrzymuje przed taką decyzją.Próbowałam oddzielić moralność, względy etyczne od emocji.I czy gdybym nie mogła urodzić dziecka zdecydowałabym się na zatrudnienie matki zastępczej? Adopcja - dziecko obcej kobiety, dziecko które w obcej kobiecie rosło.A tak moje i męża dziecko które w obcej kobiecie rosło.A gdyby to nie była kobieta tylko sztuczna macica /w końcu technika do przodu kroczy/ ????Też pokręcona jestem.Pociesza mnie, że nie tylko ja ;-) .Mądrzejsi się nad tym głowią.Panie Boże jak ja Ci dziekuję za mojego synka.
      • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 14:00
        A ja poważnie odpowiem na wywody Beaty. Chyba nie ma takiej granicy. Wszystko zależy od konkretnej kobiety. Każda przeciez jest inna, każda inaczej odbiera samo pojawienie się fasolki, inaczej pierwsze ruchy, inaczej poród i pierwsze spotkanie maluszka. Nie może istniec taka granica. Jeśli chodzi o uczucia to tej granicy nie ma. Mówi się "miłość bezgraniczna". Coś w tym chyba jest. No i jeszcze sprawa tych wielkich pieniędzy. Nieważne na jaki cel byłyby przeznaczone - zawsze będzie to handel. Jak w każdej pracy robisz coś, dajesz z siebie coś, dostajesz za to pieniądze, które później przeznaczysz na jakiś cel. A dlaczego ktoś mógłby coś takiego zrobić? Żeby mieć rzeczywiście SWOJE dziecko, Z WŁŁASNEJ KOMÓRKI, z KAWAŁKA SIEBIE? Dlaczego? Przeciez to dziecko i tak będzie rosło w brzuchu innej kobiety. To ona będzie domem i stołówką przez całe długie 9 miesięcy. To ona będzie karmiła je SWOJĄ krwią, SWOIMI przeciwciałami, SOBĄ. Czyli nie będzie już należało do tej, co dała jajeczko, chociaz był to, nieładnie mówiąc materiał bazowy. Może kobiety robiąc to myślą, że łatwiej jest pokochac dziecko, o którym się wie, że zawieraja naszą cząstke. Może jest to łatwiejsze dla psychiki. Bo trudno jest pokochac zupełnie obce dziecko, a im starsze jest tym stokroc trudniej. Może to ma pomóc w narodzinach miłości macierzyńskiej?
        • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 14:31
          No i jeszcze rodzi sie pytanie - kiedy komórka przestaje byc komórka i zaczyna byc człowiekiem? I co czuje dziecko? Przecież tak naprawdę dziecko zna tylko matkę, która nosiła je pod sercem i urodziła - zna jej zapach, jej bicie serca (podobno jest w stanie odróżnić bicie serca matki od bicia serca obcej kobiety).Gosiu, masz chyba za duzo czasu i mieszasz nam w głowach ;) Czytam sobie i czytam no i nie wytrzymałam i napisałam. I tak zamiast porządków w domu myślę o tym wszystkim i o całym swiecie zapominam ;)
          • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 15:24
            Eeee tam, za dużo to nie. Ale mam za "myślącą" głowę. ;) Wystarczy maleńki bodziec, a ja nie potrafię sobie poradzić dopóty, dopóki nie przemyślę "problemu" z każdej strony. To się nazywa wałkownie...A to oznacza, że myślę: odkurzając, gotując, rozmawiając, śmiejąc się, płacząc, myjąc naczynia, szorując wannę, prasując...no w każdym momencie dnia i prawie każdym nocy (bo, jak temat jest świeży, to potrafię się budzić co chwilkę i myśleć, myśleć, myśleć...). Dlatego też, już kiedyś pisałam o tym, zazwyczaj nie oglądam niczego, co mogłoby mi podarować pożywkę. :) Oczywiście chodzi o "rzeczy" oparte na faktach, nie fikcję - to zupełnie inna sprawa, choć po co ciekawszym filmie też miałam coś jakieś 2 miesiące wyjęte z życiorysu...:lol: Ale jak nie chcecie, to nie będę Wam więcej truć...;)Gosia :jap:
            • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 29.01.03, 10:44
              Gosiu, nie przestawaj!!! Truj ile wlezie. To pytanie było czysto retoryczne i nieco żartobliwe. Tak tylko zapytałam, bo mi zabiłaś ćwieka w głowę.Pozdrawiam serdecznie Dorka
        • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 15:32
          >Nie może istniec taka granica. Jeśli chodzi o uczucia to tej granicy nie ma. Mówi się "miłość bezgraniczna". Coś w tym chyba jest. Dorotka, może ja jakaś bezuczuciowa jestem, może czegoś takiego nie przeżyłam ale wydaje mi się, że gdybym dowiedziała się, że jestem w ciąży i następnego dnia krwotok, to ... nie wiem ale chyba nie kochałabym tego dziecka tak jak swojego Miśka.Na pewno istniałoby na zawsze w mojej pamięci ale czy mogłabym mówić o miłości? A gdyby to była ciąża niechciana, z gwałtu, czy nie odczułabym równocześnie ulgi? Nie wiem nigdy na szczęście w takich sytuacjach nie byłam, ale ta granica chyba jednak gdzieś jest. >Przeciez to dziecko i tak będzie rosło w brzuchu innej kobiety. To ona będzie domem i stołówką przez całe długie 9 miesięcy. To ona będzie karmiła je SWOJĄ krwią, SWOIMI przeciwciałami, SOBĄ. Czyli nie będzie już należało do tej, co dała jajeczko, chociaz był to, nieładnie mówiąc materiał bazowy. Co w takim razie z mamkami, tak kiedyś popularnymi? Co z karmieniem mlekiem innej kobiety? Bo to i przeciwciała i związki mineralne... Co z transfuzjami?Jak czuje się ojciec, który daje wyłącznie "materiał bazowy"?
          • Gość: guest Re: .... dam wam inny temat do myślenia - 2 ojców IP: *.* 28.01.03, 17:02
            prześledziłam waszą dyskusję i nasuwa mi się taka refleksja... po pierwsze chyba żadna z was (i daj Boże) nie miała kłopotów z niepłodnością czy bezpłodnością, zarówno po stronie swojej jak i męża .... możecie więc snuć mniej lub bardziej teoretyczne wywody, zastanawiać sie i przemyśliwać ...ale to jednak co innego niż realna sytuacja w której się ludzie znajdują. każda sytuacja innej nierówna...myślę że nie można nikogo oceniać, naprawdę, zdesperowana kobieta, małżeństwo, pragnące mieć dziecko może mieć naprawdę bardzo różne reakcje... adopcja nie zawsze jest możliwa, poza tym dziecko urodzone przez inną kobietę jest dzieckiem jej, ale i ojca-męża przyszłej matki, a dziecko adoptowane jest dzieckiem całkiem obcym, nie dojdziecie drogie myślicielki kto bardziej kocha ... kto jest bardziej czyj .... ja jednak chciałam wam podać inny przykład do przemyśleń jeśli chcecie - DWÓCH OJCÓW - kobieta z problemami z zajściem w ciążę jest żoną mężczyzny bezpłodnego? prawie bezpłodnego ? do końca nie wiadomo, badania nasienia wykazują że jest całkiem źle, ale na badania może mieć wpływ czynnik stresu itd, po wieloletnich staraniach kobiety, małżeństwa, para ta już niemłoda, decyduje się na sztuczną inseminację nasieniem anonimowego dawcy znanego lekarzowi - tak, tak, w Polsce coś takiego jest możliwe! oczywiście za pieniądze i po cichu - ... tonący chwyta się przysłowiowej brzytwy - za pierwszym razem się nie udaje.... para kochających się ludzi jest na skraju rozstania, bo mężczyzna który zaakceptował ten fakt, który zdobył się na heroiczny gest wobec swojej żony, którą bardzo kocha a która bardzo bardzo chciała mieć dziecko, nie akceptuje go, w końcu przecież to nie jego dziecko, więc chce rozwodu, miota się .... kobieta też się dziwnie czuje, w końcu mężą nie zdradziała, a dziecko ma z ... no właśnie, z innym mężczyzną?, z preparetem medycznym? ...drugi raz procedura bez rezultatu, kobieta przechodzi drobną operację ... w końcu za 3 razem inseminacja się udaje i jest w ciąży, dodam,że para współżyje ze sobą "w trakcie" zabiegów, tak na wszelki wypadek gdyby jednak.... nie da się opisać co przeszła ta kobieta przez lata starań o dziecko i tę końcówkę .... i okres ciąży (niby wymarzona ciąża, a ...).... i poród ... - czy musi stracić męża żeby zyskać dziecko??? tyle się modliła o dziecko, teraz modli się o utrzymanie rodziny ... nikt oczywiście z rodziny i przyjaciół nic nie wie .... rodzi się dziecko ... śliczne i podobne do ... taty, tak przynajmniej większość mówi .... gwoli epilogu dodam, że ojciec dziecka akceptuje je w pełni i bardzo kocha, ale uznał, chyba?!, że to jego dziecko ... tak przynajmniej się wydaje, świadomie lub podświadomie, trudno powiedzieć, na ten temat nigdy nie będzie rozmowy!!!, ani między rodzicami, ani matki z nikim, tematu nie ma, nie istnieje, tak jakby problemu też nie było, a matka .... do końca życia będzie żyć w pewnej niepewności .... gdzieś to w niej w środku siedzi, taka zadra z drewna, niby nie przedszkadza, ale .... pozdrawiam myślące głowy - anonim, z wiadomych powodów ... i w trzeciej osobie
            • Gość: Gosia1 Re: .... dam wam inny temat do myślenia - 2 ojców IP: *.* 28.01.03, 18:05
              Mój post wiodący to seria pytań i wątpliwości. I nie dlatego, że kusi mnie ocenianie "tych" kobiet, ale dlatego, że interesują mnie pobudki, interesuje mnie uczucie, siła, która popycha do tego czy innego czynu. Czysta teoria, naprawdę. Po prostu po obejrzanym filmie w mojej głowie zrodziły sie pytania, zaczęłam wyobrażać sobie raz jedną raz drugą sytuację i wtedy sięgałam głęboko w siebie i wczuwałam, co też dzieje się z moim sercem. No i niestety do niczego mnie to nie doprowadziło. To jedynie tylko czysta teoria, bo jak sama zauważyłaś - różne są sytuacje, różne aspekty, jak również bardzo różni ludzie. Przytoczyłaś życie. Stojąc z boku mogę powiedzieć, że sytuacja, którą opisałaś jest (w moim przekonaniu - 100%-go laika) i tak łatwiejsza. Odnoszę wrażenie, że mężczyźnie jest ciut lżej zaakceptować nie swoje dziecko. Ale to czyste domniemywanie. Bo nic nie wiem na ten temat. Ja głowiłam się (i nadal głowię) nad tym, co czuje kobieta - zastępcza matka, która wie, że musi oddać swoje-nie swoje dziecko...Dla jednych to tylko transakcja, dla innych - jak to pokazuje życie - ogromna tragedia. To, co opisałaś, jest mi o wiele łatwiej zrozumieć. Sądzę, że postąpiłabym tak samo. Też usiłowałabym przekonać męża do takiego rozwiązania. Rozmawiałam z moim mężem - powiedział mi, że zgodziłby się...Pozdrawiam GosiaP.S. Jeszcze taka dygresyjka - nie powinno się "nie rozmawiać". Pomimo unikania, "problem" jest. A przez to unikanie w końcu urośnie do rozmiarów drapacza chmur. Być może wtedy będzie już za późno na pokonanie go...
            • Gość: Aluc Re: .... dam wam inny temat do myślenia - 2 ojców IP: *.* 28.01.03, 23:08
              oj anonimie anonimie :)anonim napisała/ł:> prześledziłam waszą dyskusję i nasuwa mi się taka refleksja... po pierwsze chyba żadna z was (i daj Boże) nie miała kłopotów z niepłodnością czy bezpłodnością, zarówno po stronie swojej jak i męża .... możecie więc snuć mniej lub bardziej teoretyczne wywody, zastanawiać sie i przemyśliwać ...ale to jednak co innego niż realna sytuacja w której się ludzie znajdują. ano mamy kłopoty i to i po jednej i po drugiej stronie, jak wiele razy już opowiadałam, Maksio począł się bez żadnej pomocy (poza jakąś wyższą siłą :jap:) trzy miesiące po diagnozie, że może mikromanipulacja na jesieni, bo do zwykłego in vitro to państwo się nie kwalifikują :( wszystkie możliwości braliśmy pod uwagę, ponieważ ja od biedy i na lekach produkowałam od czasu do czasu jakieś jajko, inseminację nasieniem z banku też rozważaliśmy... i adopcję tyż... myśmy nawet nie mieli czasu połudzić się nadzieją, popróbować bez stresu, od razu wyszło szydło z worka ;) w dodatku od razu na wstępie poczęstowano nas statystycznym odsetkiem poronień w pierwszym trymestrze przy moich problemach (tak koło 50% :gun:), dwie kreski na teście urwały nam co prawda te rozważania w pół drogi, ale potem jeszcze test potrójny wykazał dziesięciokrotnie większe niż średnie ryzyko zespołu Downa, potem pani doktor próbowała mnie pocieszać, że jeszcze nigdy u niej zły wynik tego testu się nie potwierdził, ale potem przyznała, że nie miała jeszcze tak wysokiego, potem kordocenteza i znów zapewnienia pana doktora, że u niego odsetek poronień to tylko 1%...wiesz, ja opowiadam o tych swoich dalekosiężnych planach dziecioróbczych ;) a w duchu boję się, czy uda nam się Maksiowi chocia jednego braciszka czy siostrzyczkę sprokurować :) i może do tych wszystkich rozważań kiedyś trzeba będzie wrócićAluc :D nieanonimowo, bo to żaden despekt :)
          • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 29.01.03, 11:17
            eBeata napisała/ł:> Dorotka, może ja jakaś bezuczuciowa jestem, może czegoś takiego nie przeżyłam ale wydaje mi się, że gdybym dowiedziała się, że jestem w ciąży i następnego dnia krwotok, to ... nie wiem ale chyba nie kochałabym tego dziecka tak jak swojego Miśka.Nie sądzę. To o czym piszesz jest czymś zupełnie innym. Ja pisałam w odniesieniu do CAŁEJ ciąży, bezproblemowej, niepatologicznej. > A gdyby to była ciąża niechciana, z gwałtu, czy nie odczułabym równocześnie ulgi? Jak wyżej. > >Przeciez to dziecko i tak będzie rosło w brzuchu innej kobiety. To ona będzie domem i stołówką przez całe długie 9 miesięcy. To ona będzie karmiła je SWOJĄ krwią, SWOIMI przeciwciałami, SOBĄ. Czyli nie będzie już należało do tej, co dała jajeczko, chociaz był to, nieładnie mówiąc materiał bazowy. > > Co w takim razie z mamkami, tak kiedyś popularnymi? Co z karmieniem mlekiem innej kobiety? Bo to i przeciwciała i związki mineralne... Co z transfuzjami?Wszystko, co napisałam dotyczyło okresu ciąży i samego porodu. Nie zastanawiałam się jeszcze nad czasem po porodzie. Pisząc karmiła miałam na myśli karmienie płodu, nie noworodka.> Jak czuje się ojciec, który daje wyłącznie "materiał bazowy"?A tego nie wiem. To znowu kolejny temat do przemyśleń, ale tutaj patrzymy na problem nie ze strony tej, która nosiła, ale tej, dla której nosiła. Prawda?DorkaAcha, moje przemyslenia są czysto indywidualne. Bazuję na własnym doświadczeniu życiowym. Chciałabym nigdy nie musieć przechodzić przez coś takiego, chociaż mój stan zdrowia właśnie przemawia za tym, żeby MOJE dziecko rosło w brzuchu INNEJ kobiety. Niestety. Chyba dlatego podeszłam do tematu tak bardzo emocjonalnie.Myślmy dalej :)
            • Gość: eBeata Re: Dwie matki - Dorka IP: *.* 29.01.03, 12:28
              Dorka, nie rozumiemy się. Zakwestionowałaś granicę miłości.Ja napisałam, że przy 2 dniowej ciąży byłoby łatwiej podjąć decyzję niż przy 9-miesięcznej. Czyli ta granica gdzieś chyba jest.Miłość jest tak różna, ma tyle odcieni.>Wszystko, co napisałam dotyczyło okresu ciąży i samego porodu. Nie zastanawiałam się jeszcze nad czasem po porodzie. Pisząc karmiła miałam na myśli karmienie płodu, nie noworodka.Ja też pisałam o ciąży. Inna kobieta daje schronienie w swoim ciele dziecku. Karmi je składnikami swojej krwi.Tak samo jak mamka. Jeżeli negujesz takie karmienie płodu to dlaczego nie przeszkadza mamka? To przecież ta sama zasada. Dajesz coś z siebie ze swojego ciała innej istocie. Aby mogła żyć. Co z przeszczepami narządów, z transfuzjami. To też część kogoś w innym ciele.Jeżeli jakaś kobieta tuż po porodzie zapada w śpiączkę /chodzi o to, że nie moze opiekować się dzieckiem/. Dziecko przechodzi pod skrzydła opiekunki. Jest noszone, całowane, kołysane. Starsze często w nosidełku. Opiekunka karmi piersią. Dziecko przyzwyczaja się do niej, do zapachu, głosu, bicia serca.Matka budzi się po 9 miesiącach.Czyje jest dziecko???Nie ma chyba wątpliwości?!Mama straciła jakiś okres z życia dziecka, piękny, ważny okres. Ale dziecko jest jej. I do niej powie mamo.Czy przypadkiem mamy zastępczej nie powinno się traktować jako wspaniałej, najlepszej opiekunki naszego dziecka.Ale Gosia dała temat :-). Na szczęście nie rozmawiamy w wątku o dziecku po porodzie i z pozycji takiego dziecka, bo już chyba byśmy z galimatiasu nie wyszły ;-) .>"Jak czuje się ojciec, który daje wyłącznie "materiał bazowy"? >A tego nie wiem. To też było pytanie na Twój post. Jak czuje się matka? Jest jej chyba trudniej niż ojcu, który i tak w ciąży by nie chodził a ją coś waznego omija. Gdyby dziecko adoptowała też by ją ominęło. Myślę że problem nie tyle w matce zastępczej ile w "braku" ciąży.>To znowu kolejny temat do przemyśleń, ale tutaj patrzymy na problem nie ze strony tej, która nosiła, ale tej, dla której nosiła. Prawda?Ja myślę z obu stron :-) . Bo obie strony są interesujące. Moje przemyslenia też są czysto indywidualne i czysto teoretyczne :-). Przeczytałam twój ostatni akapit.Przykro mi i współczuję ewentualnej potrzeby podejmowania takiej decyzji.PozdrawiamBeata
              • Gość: guest Re: Dwie matki - Dorka IP: *.* 29.01.03, 12:53
                A ja właśnie zawęziłam swoje przemyślenia, uprościłam sobie trochę (ładne mi trochę!) temat. Niemniej myślałam tylko i wyłącznie o sytuacji, w której kobieta nie mogąca urodzić dziecka decyduje się na matkę zastępczą przy założeniu, że ciąża przebiega bezproblemowo, trwa właśnie 9 miesięcy, a nie 2 dni. A jeśli chodzi o mamkę, to też uogólniając, ona karmi dziecko, zajmuje się nim, ale nie jest matką - mimo, że kocha to dziecko i darzy je uczuciem matczynym. To matka jest matką i do niej dziecko będzie się tak zwracało, mimo swojego przywiązania czy tez miłości do mamki. Wychodzi błędne koło. Myślę, że temat jest strasznie zawiły i skomplikowany i tak naprawdę możnaby doktorat napisać i nadal nie wszystkie aspekty będą rozpatrzone. Zawsze znajdzie się jakaś wątpliwość - czy to odnośnie matki, mamki, czy ojca - tylko którego ojca :what:Jest jeszcze sprawa adopcji - jak nauczyć się kochać dziecko adoptowane, jak sprawic, aby to dziecko pokochswoja nową rodzinę (noworodka łatwiej, ale co z dziecmi, które pamiętaja swoich prawdziwych rodziców?). Trudno teoretyzować. Bardzo trudno. Na razie uciekam z tej dyskusji, chociaż jak znajdę czas zajrzę i przynajmniej poczytam co inni myślą na ten intrygujący temat.Pozdrawiam Dorka
    • Gość: mamjuz Re: Dwie matki IP: *.* 28.01.03, 22:43
      Gosiu :)),Widzę że pracujemy nad tym samym problemem( szkoda ze nie można długaśno pogadać :(( )Ja już kiedyś podjęłam tę kwestię a propos wątku o ‘wrabianiu’ chłopaków w ojcostwo.I pewnie znów będę obok tematu...ale wciąż zastanawiam się nad tym. Kiedy stajemy się rodzicami ? W jakiej chwili?Mogę pisać tylko o swoim podwórku, starając się zbytnio nie popadać w banał i nie upraszczać sprawy.Kwestia genów najbardziej dręczy ojców. Bo jeśli prawdą jest słynna antropologiczna teza, że kobiety na ojców wybierają silniejszego samca, ( bardzo skracam i upraszczam wywód) to pokaźna część nowonarodzonych pochodzi z pozamałżeńskiego pożycia, co za tym idzie, miliony facetów na świecie wychowują „nieswoje” dzieci.Nie wiem czy tak jest, tak mówią badania i kurioza w postaci bliźniąt dwuojcych, jakoś się w ten pogląd wpisują.Ale ja nie o tym chciałam...W każdym razie nie o problemie domniemanego ojcostwa.Powiem szczerze: instynktu i świadomości macierzyńskiej w ciąży nie posiadałam. Zero. Nic. USG, łaskotanie motylka i czkawka mojego wnętrza nijak nie dawały mi wyobrażenia o tym ,że oto jestem ( nie byłam, nie czułam się jeszcze nią) matką i noszę pod sercem Dziecko. Kompletny brak imaginacji Tak gdzieś około 8 miesiąca stwierdziłam filozoficznie: a może ja naprawdę jestem w ciąży? :crazy:Jestem z tych, co jak nie zobaczą, to nie uwierzą.I pamiętam takie spotkanie, kiedy Janette zapytała nas: pierwsze skojarzenie związane z porodem? Powiedziałam wtedy: Wreszcie GO zobaczę. Jak się później okazało nie było mi to dane, bo zwyczajnie oślepłam :((W dniu ‘terminu’ ktoś mnie zapytał ( Janette?) : No jak tam, Mamuśka? Gotowa?Ha, ha, ha...dla mnie 9 miesięcy to strasznie za mało, żeby się przygotować. Ja potrzebuję co najmniej 20, żeby dotarło, co jest grane. Dykteryjkami ciążowymi to ja jeszcze mogę długo... :gun:Dla mnie matczyność, świadomość, miłość...to jakiś proces, nic tu automatyka i natura, hormony, instynkty. To pewnie jest, niewątpliwie. Ale taka prawdziwość i miłość przyszła później. Przyszła wtedy, kiedy się Klusce zaczęłam przyglądać. Wyobrażać sobie, ze oto ten Mały Pyzaty Jelcynek siedział sobie we mnie. Był. Do tej pory tak mam. Po prostu takiego jaki jest pomniejszam i wkładam go sobie do wnętrza. :crazy:Noooo, to teraz widzę, ze musiał tam być!!! I tak idę wstecz, wstecz, aż dochodzę do zawiązków nerwowych i dopiero widzę, ze były one zapowiedzią takiego oto Stworzenia. Dopiero kiedy Klusek się ode mnie ”oderwał” zaczęłam go postrzegać jako BYT jedyny, niepowtarzalny. Dopiero potem zrozumiałam że nie jest li tylko sumą połączeń genetycznych, jest ciągłością, kompilacją i historią iluś tam pokoleń...Ale czy kocham go dlatego, ze jest częścią mnie? Ze plumkał sobie we mnie przez 9 miesięcy? Że go urodziłam? Nie. Kocham go za to ze jest.A dopiero później mogę powiedzieć: jak fajnie ze się spotkaliśmy. Ja fajnie, ze to mnie sobie wybrałeś na mamę..:))Boje się Gosiu, takich uproszczeń: urodziłam Cię, więc cię kocham, urodziłam cię, więc kochaj mnie i pamiętaj o tym.Dla mnie macierzyństwo to najtrudniejsza droga jaką można iść. I choć się bronię przed tym banałem, to ...dla mnie jest najważniejszym w życiu egzaminem. Tylko z tego tak naprawdę chce być rozliczona.I w związku z powyższym, choć nigdy nie brałam pod uwagę takiej opcji, podmianka, nie miałaby dla mnie znaczenia. Myślę, ze mogła to by być tragedia dla wszystkich zainteresowanych, dla mnie nie. Przecież i tak bym wychowała Go najlepiej jak potrafię i nie tylko dlatego, ze on ci mój jest.Tak się zastanawiam, po Twoim poście, czy mogłabym być opakowaniem dla czyjegoś dziecka? Teoretycznie tak, bo moja ciąża, to stan unoszenia się pięć centymetrów nad ziemią... :)) Jeśli tak miało by być, to czemu nie ? :))Tylko jaka motywacja, Gosiu? Pieniądze, poświęcenie, idea? Nie dla mnie. Po pierwsze dlatego, ze jeszcze nie zrealizowałam swoich planów prokreacyjnych ( seven sonns.. :)) ), a po drugie, nie pojmuję pragnienia (za wszelka cenę...in vitro, zastępcza matka..) posiadania dziecka, kiedy tyle dzieci czeka na Rodziców. Ja wiem, ze to ze tyś z krwi i kości mojej...to ważne. Ale tez znam i wiem, ze chodzą po świecie kopie :)) niebilogiczne, ludzie którzy zostali wychowani i przeznaczeni na przedłużenie rodu innych, niekoniecznie biologicznych Rodziców.Czasem zaglądam na Adopcję i wiem ile tam dramatów i problemów, wiem. Ale, Gosiu, nie mogę pojąc motywacji ludzi, którzy latami się leczą, by potem z banku spermy wziąć nasionko i wszczepić je, dobierając odpowiedni „profil genetyczny ( zbliżony do przyszłych rodziców), tworzyć fałszywy byt i mit rodzicielstwa.Patrzę też na sprawę „technicznie”. A co jeśli dziecko urodzi się chore, upośledzone? A co jeśli umrze matka? Czy mamy prawo poświęcać jedno życie, by cieszyć się drugim? To wszystko czasem zbyt trudne dla człowieka. Znałam osobę, która przez lata leczyła się z niepłodności. Wiem jaki to kompleks i ból, poczucie niepełnowartościowości. I kiedy, cudem jakimś, ta osoba zaszła w ciąże... do końca życia nie zapomnę jej słów : Jestem, k... w ciąży!!! Nie zapomnę nienawiści do noszonego w sobie dziecka, nie zapomnę potem traktowania go. Niechęci, agresji, upokarzania.:(( :(( :((Dlatego czasem łatwiej mi jest zrozumiec ludzi, którzy mówią: nie chcemy dzieci, niż ludzi, którzy owładnięci są obsesją ich posiadania. Za wszelka cenę. Tej wszelkiej ceny, nie pojmuje.Niech moc będzie z Wami Monik :hello:
      • Gość: Gosia1 Re: Dwie matki do mamjuz IP: *.* 29.01.03, 11:14
        No i znowu "coś" przyszło mi do głowy. Już podałam ten przykład - ktoś przyłazi mi do domu i mówi (wrrrr), że mój Miś-Kobiś nie jest mój! No to odpowiadam - mam go w nosie, Kobiś jest mój, bo kocham Go ponad życie, ponad siebie i wszystko na tym świecie. Tak. Ale dzisiaj. A teraz wyobraźmy sobie sytuację, że jestem 1 minutkę po porodzie i przychodzi ktoś i mówi - dam Ci swojego synka, a Ty daj mi swojego. Albo nawet nie mówi, nie pyta o zgodę, tylko na moich oczach zabiera mi Go...(o wszyscy święci...). I co? Też geny nieważne? I krew nieważna? O ten mechanizm mi właśnie chodzi. Chciałabym aby ktoś nazwał go po imieniu i wytłumaczył mi, na czym to polega. Czy tylko na instynkcie? Bo przecież ja sobie zdaję sprawę, że miłość rodzi się sama z siebie, nie pytając ani o przynależność, ani kolor skóry, ani inne tam, takie...Ale ten pierwszy moment, ta chwila, kiedy moglibyśmy zadecydować, a nie robimy tego - ba, walczymy ze wszysktich sił, a na samą myśl, że mogłoby coś takiego mieć miejsce większość matek dostaje gęsią skórkę. Gosia
        • Gość: eBeata Re: Dwie matki do mamjuz IP: *.* 29.01.03, 12:46
          >Też geny nieważne? I krew nieważna? Myślę, że nie tyle geny i krew ile prawo własności ;-) i przyzwyczajenia ;-) .Teraz swoich dzieci nie oddamy /nawet gdyby były biologicznie nie nasze/.Gdyby zaraz po porodzie przyszła przełożona z innym dzieckiem, przepraszała i się kajała, bo praktykantka nawaliła i pomyliła łóżeczka i - to jest Pani synek, a ten obok pani to dziecko Krysi.Co wtedy?Bo ja wolałabym odzyskać swoje dziecko. Ja myślę, że kochamy te dzieci z którymi jesteśmy. Którymi się opiekujemy i wychowujemy.Byłam au pair. Dzieciaki, najmłodsze 2 lata. Kochana przylepka. Po 4 miesiącach doszedł braciszek. Spędzałam z nim najwięcej czasu. Z racji opieki nad maluchem dotykałam go częściej niż rodzeństwo /i częściej niż matka/. Przy mnie robił pierwsze kroki. Podobno niemowlęta wytwarzają jakąś dobrą energię i jeszcze ten zapach itp. Jest coś co bardzo wiąże z takim dzieckiem. Uwielbiałam wszystkie, bo naprawdę dały się lubić. Ale ten najmłodszy na zawsze pozostanie taki "mój". /ciekawe co by było gdyby pojawiło się kolejne? :-) niestety za późno przyjechałam ;-)/
          • Gość: guest Re: do Gosi1, Aluc i mamjuz.... IP: *.* 29.01.03, 13:57
            Gosiu,rozważamy bardzo poważne sprawy..... ja nie wiem co by było gdybym miała do wyboru nie mieć dziecka lub mieć urodzone przez jakąś inna kobietę przy udziale ?! jakim ?! mojego małżonka..... tylko że, ja tyle przeszłam, że te tematy zazwyczaj omijam z daleka i o pewnych rzeczach wolę nie myśleć, ani teoretycznie, ani praktycznie. ja już się swoje namyślałam, odchodziłam od zmysłów od tego myślenia, posiwiałam i miewam notoryczne migreny.... czasami udaje się włożyć przysłowiowego trupa na dno szafy, szafę zamknąć, klucz wyrzucić!co do mojego życia... mówisz, że rozmawiałaś z mężem i zgodziłby się ... powiedzieć to jedno, uczynić to drugie a zaakceptować swój czyn to jeszcze trzecie.... ja mam wielki szacunek i podziw dla mojego męża za to co uczynił. co do dygresyjki, problem, jeśli to jest problem, ale nie wiem jak to nazwać, jest we mnie, muszę nauczyć się z tym żyć, muszę oswoić to dzikie zwierzę, ale wiem, że nie mogę z nikim o tym rozmawiac, tzn. z nikim znajomym ... i tak się dziwię, że odważyłam się napisać o tym, mimo, że anonimowo, na forum... powinnam może porozmawiać z jakimś psychologiem (tak mi przyszło do głowy, że ludzie, którzy przechodzą coś takiego w życiu powinni być pod opieką psychologa lub psychiatry, ale w naszym kraju..., a ja zresztą nie mam ani czasu, ani pieniędzy), przeszłam piekło, niezmierzalne, i w miarę upływającego czasu wcale nie jest mi lepiej...owszem mam wymarzone dziecko, kochającego męża, ale ta niepewność co do poczęcia we mnie tkwi, włącznie z absurdalnym pytaniem o kwestię zdrady..... mimo, iż właściwie nie ma znaczenia, wszystko jest OK, eh, nie będę sie rozpisywać.bardzo ci dziekuję za odpowiedź na mój post Gosiu.Aluc,nie chciałam nikogo urazić, po prostu z tych teoretyzujących rozważań wynikało raczej, że piszące osoby mają dzieci i to nie w sposób najbardziej skomplikowany ... moje dziecko też nie będzie miało siostrzyczki czy braciszka, ale jest.... wielu jedynaków na świecie jest ... a anonim jest anonimowy bo to jednak chyba ?!dość kontrowersyjny (dla niektórych moralnie ??!) i odosobniony przypadek.... i nie ma anonim śmiałości ... Mamjuz - Monik,oczywiście każdy ma prawo mieć własne zdanie, wyrażać swoje poglądy, i ty i ja, jednak uważam, że trzeba ostrożniej formułować wypowiedzi, tak aby niepotrzebnie nie ranić ludzi... chodzi mi o twoje stwierdzenie :"nie mogę pojąć motywacji ludzi, którzy latami się leczą, by potem z banku spermy wziąć nasionko i wszczepić je, dobierając odpowiedni "Profil genetyczny" (zbliżony do przyszłych rodziców), tworzyć fałszywy byt i mit rodzicielstwa". - MOJE DZIECKO NIE JEST ŻADNYM FAŁSZYWYM BYTEM !!!!! I NIE TWORZĘ ŻADNEGO MITU RODZICIELSTWA !!!!!!!!!!!!! jestem normalną matką, a mój mąż zwykłym ojcem, i dobrze, że się nie widzimy, bo chyba bym była zdolna do rękoczynów... nie wybierałam żadnego profilu genetycznego, chciałam mieć dziecko, tak po prostu, jak miliony innych kobiet, i myślałam tylko o tym, obsesyjnie i chorobliwie jeśli wolisz."nie pojmuję pragnienia dziecka za wszelką cenę" - piszesz, a ja pojmuję, JA TO PRZEŻYŁAM, wyłam do księżyca modląc się i przeklinając na przemian .... krzycząc w samotności dlaczego? dlaczego inne mają po czworo, co ja mówię ośmioro, a ja nie mam żadnego ?????????? dlaczego Bóg mnie ukarał? za co? dlaczego jestem inna? ułomna? nie pojmujesz i dobrze Monik, że nie pojmujesz, nikomu, największemu wrogowi nie życzę .... nie życzę ci obsesji posiadania dzieci, wtedy kiedy posiadać ich nie możesz.... sama piszesz "kompleks i ból, poczucie niepełno-wartościowości...". Przytaczasz przykład negatywny tej kobiety co koniec końców nie chciała dziecka.... jedna jaskółka wiosny nie czyni, na wszystko można znaleźć jakiś negatywny przykład.... ja swoje dziecko kocham nad życie... i codziennie dziękuję Bogu, że jest. i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Co do adopcji to nie zawsze jest możliwa, z różnych przyczyn, nie tylko emocjonalnych, uczuciowych, także ze względu na wiek rodziców, warunki mieszkaniowe, materialne, rodzaj pracy i wiele, wiele innych, nasze małżeństwo się nie kwalifikowało, nawet gdybyśmy chcieli .... a co do ludzi, którzy nie chcą mieć dzieci, a przynajmniej tak mówią, to wszystkie małżeństwa bezdzietne jakie znam/znałam stają sie z czasem zdziwaczałe (są i tu oczywiście wyjątki)...w każdym razie pozdrawiam wszystkie myślicielki
            • Gość: guest Re: do Anonima, off topic IP: *.* 29.01.03, 14:54
              Anonimie, chyba rozumię Twoje odczucia. Podchodzisz do tematu bardzo emocjonalnie, zreszta trudno Ci się dziwić. Ja również bardzo pragne dziecka, nie ukrywam tego. Jednak jest to dla mnie jak na razie cel nieosiągalny. Oczywiście chciałabym, żeby było całkowicie MOJE, chciałabym sama je nosić pod sercem (uwielbiam być w ciąży). Jak na razie jest to nierealne i mój synek najprawdopodobniej również będzie jedynakmiem, co mnie martwi, bo sama mam 3 rodzeństwa. Zreszta, teorie teoriami a praktyka praktyką. Nikt nigdy nie może byc pewien, co zrobi w tak ekstremalnej sytuacji. Na pewno u każdego pozostanie niezatarta blizna po takim doświadczeniu. Każdemu, kto brał jakikolwiek w tym udział: nie tylko rodzice, matka zastępcza, ale również dziadkowie, znajomi.Anonimie, ja wycofałam się z dyskusji, ponieważ uważam, że nie jest ona dla mnie - zbyt osobiście do tego podchodzę. Jestem ciekawa co myślą inni na ten temat i będę śledziła wątek. Ale tak tylkoz czystej ciekawości.Pozdrawiam Dorka
            • Gość: Gosia1 Re: do anonima IP: *.* 29.01.03, 15:06
              Anonimie, to nie okrucieństwo, nie daj Boże - ale właśnie na takie spojrzenie z drugiej strony czekałam. Ciężko jest mi uporządkować pewne sprawy. Choć powoli zaczyna mi się klarować pewien obraz.Przede wszystkim mój mąż udzielił takiej a nie innej odpowiedzi, bo On musiał (?), chciał - słowem pokochał nieswoje dziecko...Było Mu o tyle ciężko, że kochając mnie musiał sobie poradzić z całkiem realnym faktem "zdrady". Ba, z jeszcze gorszym czymś - z tym, że dziecko to jest owocem miłości...I poradził sobie. Pokochał bardzo, adoptował i traktuje jak całkiem swoje. Do tego stopnia obydwoje się zaadoptowali, że zaczynają być do siebie coraz bardziej podobni. Ania ma te same ruchy, mimikę, przyzwyczajenia, co tatuś. Tatuś reaguje dziwnym skurczem twarzy na wzmiankę o jakimkolwiek chłopaku w życiu Jego ukochanej córuni...Pytanie o nasienie zadałam Mu po sporej analizie, tego co już nas spotkało. I ja sama również poddałam swój mózg dużemu "praniu". Po ciąży pozamacicznej i wcześniejszej jeszcze operacji jestem od ponad dwóch i pół roku bezpłodna. Ale mam dwoje dzieci...Z tym, że zaraz jak dowiedziałam się o tym fakcie nastąpił we mnie jakiś kryzys, bunt - rozpaczliwie usiłowałam udowodnić sobie, mężowi, całemu światu, że lekarze się mylą, że to nieprawda!!! Przez dwa lata, miesiąc w miesiąc łudziłam się nadzieją. Całe szczęście uczucie gorzkiej porażki staje się coraz słabsze, ustępując pola nie rezygnacji, nawet nie pogodzenia się z wyrokiem, ale jakiemuś takiemu spokojowi. Mam nadzieję, że mi to mija. Do czego dążę. Miałam przedsmak tego, co czuje kobieta kiedy nie może zajść w ciążę. Przybliżyłam się ciut do uczucia rozpaczy, bezsilności, tego wycia, o którym piszesz. Nie dotarłam do granicy, za którą jest już "wszystko mi jedno, byle by było"...Ale kto wie? Sądzę, że z moim charakterem poruszyłabym ziemię i niebo. Idąc dalej tym tropem. Gdybym tak nie miała swojej dwójeczki, gdyby tak mój Darek rozpaczliwie chciał mieć swoje dziecko...gdyby tak znalazła się matka zastępcza...i gdyby to była czysto chemiczna sprawa, zapłodnienie laboratoryjne...Ale jak sobie potem poradzić, że inna kobieta mówiła do "mojego" dziecka? Że inna głaskała brzuch? Że inna otworzyła mu drzwi na świat? Pewnie potem miłość przesłoniłaby mi wszystko, ale czy ta zadra faktycznie nie zostałaby we mnie do końca? Tylko że ja, anonimie, chyba jednak chciałabym rozmawiać. Czasem popłakać, wykrzyczeć swoje wątpliwości, swój ból, i - co najważniejsze - znaleźć potwierdzenie, że to co czuję, jest najzupełniej normalne, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze. Tak myślę. Masz swój Skarb. Wyczekany, wymodlony, noszony pod Twoim sercem. Nie zatruwaj Go swoim lękiem i bólem. Bo już całkiem niedługo dorośnie, pójdzie w świat i będzie smutno, że nie cieszyłaś się tak w 100% z każdej sekundki. Ja przepraszam, że pewnie non stop neguję samą siebie, ale to właśnie jest ta moja burza mózgów. Raz czuję jedno, bo bardziej się wczuwam w jedną stronę, za chwilkę czuję coś diametralnie innego, bo przychylam się w drugą stronę. Wychodzi mi na to, że jest to prawda stara jak świat - co człowiek to jakieś życie, jakiś los, jakieś pobudki, przyczyny...Nie nam to dociekać, a przede wszystkim osądzać. Można tylko próbować zrozumieć i starać się wczuwać. A trzeba zawsze szanować. Pozdrawiam GosiaP.S. Anonimie, napisałam do Ciebie na skrzynkę, którą masz w tym profilu, ale wróciło mi z informacją, że jest jakiś problem. Jeśli chcesz, napisz Ty do mnie. Szanuję Twoją prywatność i nie oczekuję, że się ujawnisz. Ale chciałabym jeszcze porozmawiać. Mam tak wiele do opowiedzenia...
            • Gość: mamjuz Re: Dwóch ojców- do Anonima IP: *.* 29.01.03, 15:50
              Anonimie :))Tak się parszywie składa, ze znam analogiczną sytuację tylko od strony ojca...Wiesz co mnie w tym przeraża ?! Wiesz dlaczego piszę o obsesji i podaję negatywny przykład?Ponieważ zastanawiam się gdzie w tym wszystkim jest Dziecko ? Gdzie ono?!!!Wiesz jak jest tam ? Po latach leczenia sie,walki,kobieta się "poświęca" i zachodzi w ciążę ( in vitro). Rodzi się dziecko. I co? I nie ma juz małżeństwa, nie ma dwójki ludzi, jest jakiś koszmar. A są ze sobą tylko dlatego że łączy ich TAJEMNICA!!!! I nikt nigdy nie moze się dowiedziec jak "powstało" dziecko.Dlaczego?! Co na starcie mu się daje?!! Co???Wiesz napisałam o tym fałszywym bycie i micie, bo tak widzę. Oszukiwanie samych siebie, rodziny, znajomych, bliskich, "wciskanie", że dziecko jest podobne do Ojca...Udawanie, w każdej chwili i momencie. Dobieranie wzoru genetycznego, żeby oczy były podobne, eliminacja pewnych cech... Prosze nie mów, ze to nie jest programowanie. Tylko po co ? Po co ta mistyfikacja???!!!Dlaczego Ty się boisz prawdy?Potrafię sobie wyobrazić Twóje cierpienie i Twoją obsesję, taki ból już kiedyś z kimś przeżyłam.Sama wiele lat czekałam na Dziecko. I przyszło, widać tak miało być...Wiedziałam też, że zawsze dziecko wychowywać będę. Niekoniecznie swoje.Mój negatywny przykład miał tylko pokazać, że w tej obsesji wcale nie chodzi o Dziecko. Tylko o komplesksy, cierpienie niepełnowartościowości. Nie mogę mieć dziecka, więc jestem zerem.I tak naprawde nie chodzi o Nie, tylko ( upraszczam) o poprawę mojego samopoczucia, nadanie sensu mojemu zyciu, bo przeciez jestem nieszczęsliwy.Anonimie, ja sobie to pytanie zadaję od lat: dlaczego Ci co chcą nie mogą, a ci co nie chcą, mają?Anonimie, bardzo mi przykro jeśli poczułaś sie urażona..Pisze co wiem i co widzę. A widzę, ze taka obsesja potrafi zniszczyć nie tylko dwoje dorosłych ludzi, że rozpadają się małżeństwa, nie wytrzymują lat leczenia... Nie. Taka obsesja niszczy przede wszystkim Dziecko. Teraz czy poźniej.To, o czym napisała Gosia. Swoje pzreszłaś, więć ciesz się Dzieckiem, nie obarczaj go swoimi wyrzutami.. Tak, anonimie, ale dopóki oszukujesz siebie, dopóki próbujesz przechytzryć samą siebie..., swiat, innych, męża..Dopóki milczysz...nie wiem czy można się z tym uporać.Czy to taka tajemnica po grób? Nigdy nie powiesz dziecku skąd się wzięło?Poradzicie sobie z mężem? Dacie radę jako rodzina? Rozmawiacie ?Anonimie, chciałabym z Toba porozmawiać, zapytać, bo nie rozumiem tak wielu rzeczy. ..Ale może dobrze że jesteś Anonimem, świat jest mały.Życzę Ci spokoju.Monik
              • Gość: guest Re: do mamjuz- kończę ... IP: *.* 29.01.03, 16:51
                Mamjuz, Monik,coraz mniej rozumiem o co ci chodzi, pytasz gdzie dziecko? ano na swoim miejscu, jako owoc miłości małżeńskiej - matki i ojca (nie koniecznie biologicznego, ale decyzja o banku nasienia jest dla mnie wielkim dowodem miłości do żony i wolą wychowywania dziecka. piszesz.. po latach leczenia kobieta poświęca się rodzi z in vitro.... i nie ma już małżeństwa, jest koszmar? może w opisywanym przez ciebie przypadku jest koszmar, ale może byłby też gdyby mieli dziecko zwyczajnie.... ja u siebie koszmaru nie widzę, stanowimy zwyczajną, kochającą sie trójkę, nie łączy nas żadna "tajemnica" łączy nas miłość, przyjaźń, jak w normalnym małżeństwie, łączą nas codziennie kłopoty i radości, brak pieniędzy i inne przyziemne sprawy. nie mam poczucia zaprogramowania, ani mistyfikacji, niczego nie dobierałam, ani koloru oczu, ani genów, a że nie ogłaszam całemu światu, że moje dziecko może nie być męża ... po pierwsze po co??? po drugie bo nie wiem tak naprawdę, a może się udało i jest jego? nie boję się prawdy, jak górnolotnie piszesz, po prostu w tym przypadku nie da się dojść prawdy ... chodziło mi tylko o to, że nigdy się nie dowiem jak naprawdę było, pan Bóg wie.... tylko to, nie mam żadnego innego problemu, a dziecku broń Boże nie zamierzam nigdy mącić w głowie na ten temat, ani z kimkolwiek z bliskich rozmawiać... po co? jak czułabyś się gdyby nadgle twoja matka ci powiedziała "wiesz, nie wiem czy jesteś dzieckiem ojca czy ...." to byłoby największe okrucieństwo jakie przychodzi mi do głowy!. tak, owszem jest to tajemnica po grób i taką zostanie!. a z mężem nie mamy sobie co nie poradzić, z czym mamy sobie radzić? między nami nie ma żadnego problemu, kochamy się bardzo, nie mamy niedomówień, kłamstw, złosliwości i gdyby nie finanse to bylibyśmy najszczęśliwszym małżeństwem pod słońcem, i chcę się zestarzeć u jego boku, no i mamy wspaniałe dziecko i za tych dwoje dałabym się pokroić na kawałki, tak jak i on za nas .... tworzymy zwykłą rodzinę - nie ma żadnych mistyfikacji... może niepotrzebnie wtrąciłam się do tej dyskusji, w każdym razie przestaszyła mnie twoja wypowiedź, że świat jest mały i kończę ten wątek ..... nie musisz życzyć mi spokoju, ja mam spokój, jestem szczęśliwa, naprawdę .... chodziło mi tylko o podzielenie się takimi myślami jakie mnie od czasu do czasu nachodzą, taka refleksja, że czasami czegoś się nigdy nie dowiemy....
                • Gość: mamjuz Re: do mamjuz- kończę ... szkoda i nie.. IP: *.* 29.01.03, 17:11
                  Baaaaardzo mnie zainteresowało robienie pot- pourri z tch suszonych cudów. Czy mogę prosić o bliższe informacje? :jap: wdzięczna bym była...Kasia
                • Gość: mamjuz Re: do mamjuz- kończę ... szkoda i nie.. IP: *.* 29.01.03, 17:44
                  Hej, Anonimie, nie bój się! Po prostu świat JEST mały. Nie bój się że któregoś dnia zapuka do drzwi pan ( może ) ojciec..Właśnie między innymi o tym pisałam. O demonach, które gonią. Ale to chyba nie dotyczy Ciebie. Właściwie to ja nie rozumiem. Szkoda że kończysz, bo tak naprawdę ( nasze jak nam zarzuciłaś, teoretyzowanie) pozbawione zostało odpowiedzi na te nieproste pytania.Jesteś szczęśliwa, masz czego pragnęłaś, tworzycie udaną rodzinę..Tylko Ty wiesz (?), co naprawdę czuje Twój mąż. W opisywanym przeze mnie przypadku, pozory są dokładnie takie jak u Ciebie. To jest szczęśliwa, wspaniała rodzina. Tylko to co się dzieje z tym facetem...Nikt nie podejrzewa nawet, że dziecko może nie być jego, że cos jest nie tak...W tym przypadku obsesja dziecka zaprowadziła ich do kompletnego rozkładu, choc pozory wciąz są zachowywane.Nie chcę tego opisywać.Tak naprawdę masz rację. Co to kogo obchodzi czyje jest dziecko?Twoje, wasze..?Wiele kobiet nie ma pojęcia z kim ma swoje dzieci, wiele nieswoich dzieci wychowują ( nieśiadomie) ojcowie.Nie wiem co chciałaś powiedzieć, może po prostu tego nie rozumiem. Czy masz dylemat kobiety sypiającej jednocześnie z dwoma facetami i nie mającej pojecia z kim jest w ciązy? Czy tak naprawdę chciałabyś wiedzieć, tylko się boisz ? Wystarczą testy, przecież wiesz.Wiesz co bym czuła gdyby mi matka powiedziała : tak naprawdę to nie wiem czyim jesteś dzieckiem Heńka czy Ojca?Miałabym chociaż cień szansy na zdecydowanie o prawdzie i wybranie jej lub nie. Mogłabym zdecydować. Ty tego wyboru nie dasz.Bo uważasz że to najstraszniejsze co może zrobic matka, poddając w wątpliwość ojcostwo. Ja tak nie uważam.Nie pzryjmuje do wiadomości kłamstwa dla mojego dobra. Po prostu nie zgadzam sie z nim. Bo to oznacza że się nikt ze mna nie liczy.Nie obchodzę moich rodziców jako człowiek, odbieraja mi prawo do tożsamości i do decydowania, wiedzy.. Mówisz że to górnolotnie, taaak, tak.Prawda... pewnie ze nikt się nie dowie, nie bój się.Dużo pzreszłaś i życzenia spokoju i siły, pewnie nie są Ci potrzebne.Niemniej jednak, Anonimie, życzę Ci spokoju.Jeśli kiedykolwiek Ci go zabraknie, napisz.Monik
                  • Gość: guest Re: do mamjuz- odpowiem ostatni raz. IP: *.* 30.01.03, 11:55
                    Mamjuz, Monik,miałam nie odpowiadać, ale nie chcę cię zostawiać z tyloma pytaniami.... nie boje się, że "pan ojciec" zapuka do drzwi, pan ojciec mieszka ze mną i nie musi pukać... nie wiem czy rozumiesz.... po pierwsze identyfikacja ewentualna jest totalnie niemożliwa!!!, tylko lekarz wie kto to był i napewno nie ujawni...., po drugie obie strony przyjmują że niczego nigdy nie było, nie wiem jak ci to wytłumaczyć, ostatnio wiele osób zwłaszcza młodych dąży, przynajmniej w deklaracjach, za wszelką cenę do prawdy, szuka tożsamości, samostanowienia, wiedzy o wszystkim, też za wszelką cenę!, prawa do decydowania, i słyszy się: dzieciom adoptowanym mówić,że są adoptowane, choremu że jest chory, dziecku, że jest od sąsiada.... niech ma prawo wyboru! niech sobą pokieruje jak chce! niech decyduje sam, wzniosłe - tak, piekne- może i też, ale..... no, własnie jest ale, dla mnie w niektórych przypadkach przynajmniej jest to całkiem niepotrzebne okrucieństwo, po pierwsze istnieje chęć zapomnienia o czymś (tu akurat o wiadomym fakcie), wymazania z pamięci, z życia, niby było, ale uznajemy, że nie było (tak własnie zrobił mój mąż, wyrzucił to ze świadomości, tak jak wymazuje się z pamięci operację, przykre wydarzenia, ... przynajmniej niektórzy tak reagują. prawda nie zawsze jest taka wspaniała, prawda może zranić bardzo głęboko, czasami leipiej ją schowac na dno szuflady, ja uznaję kłamstwo dla czyjegoś dobra, dla czyjegoś spokoju... co da dziecku, kiedy się nagle, po kilku?, kilkunastu?, kilkudziesięciu? latach życia dowie, że być może jest od dawcy nasienia: moim zdaniem jedynie rozpacz, ból, zagubienie, słowem wiele całkiem niepotrzebnego cierpienia, na świecie jest mnóstwo cierpienia, nie potrzeba go dorabiać, widzisz mnie nawet przez myśl nie przeszło aby cokolwiek ujawniać dziecku!!!! NIGDY, PRZENIGDY, PO CO??? Zresztą, nie o dziecko tu chodzi, dziecko niech dorasta szczęśliwie w błogiej nieświadomości .... i uwierz mi, bardzo mnie ono obchodzi, jako człowiek, i właśnie dlatego, że mnie obchodzi nigdy niczego się nie dowie, z miłości .... powiesz, że nie daję mu prawa wyboru, prawdy, itd. - może i nie, ale nie będę go świadomie unieszczęśliwiać, tak, nie boję sie tego powiedzieć. wystarczajaco dużo wycierpiałam ja, po co ma cierpieć ono? nie mam dylematu kobiety sypiającej z dwoma facetami.... nigdy nie zdradziłam mojego męża i nie zrobię tego. Chciałabym wiedzieć ? - chyba tak, tak z ciekawości, dla siebie, tak po prostu; czy się boję - dowiedzenia się napewno nie, bo albo tak, albo tak. A żadne testy nie wchodzą w grę, niewiadoma pozostanie. Po prostu muszę to do końca zaakceptować.... zaakceptować fakt, że nie będę nigdy miała pewności. I po prostu miałam potrzebę podzielenia się tym wydarzeniem z kimś, oswojenia jego poprzez wypowiedzenie, tak jak wiele z nas dzieli się swoimi kłopotami, przemyśleniami za pośrednictwem forum...piszesz o wiadomej tobie rodzinie, piszesz nikt nie podejrzewa, że coś może być nie tak.... co ma być nie tak? u nas wszystko jest tak, codziennie mówimy sobie słowami i gestami, że się kochamy, że kochamy NASZE dziecko, że stanowimy RODZINĘ, nie zachowujemy żadnych pozorów ... idziemy do sklepu trzymając się za ręce jak nastolatki ....nie wiem jakiego jeszcze użyć przykładu czy dowodu. przykro mi, że tamta rodzina jest w rozkładzie...i nie wiem co dokładnie stanowi przyczynę tego rozkładu...już wiecej naprawdę nie będę pisać, a wiesz, ta wymiana postów uświadomiła mi,że muszę koniecznie schować ten mój rodzaj "dylemaciku" w najgłębszy kąt szuflady z nieużywanymi rzeczami i dokładnie ją zamknąć, a klucz wrzucić do rzeki - wierzę, że mi się uda.... tak, z cała pewnością zamknąć temat, zamknąć przeszłość i przejść do przodu, ku przyszłości... wiem, że pewnie się nie zgadzasz ze mną, ale trudno, chowam temat ..... pozdrawiam serdecznie - właściwie to ci dziękuję - szczęśliwy gallus anonimus
                    • Gość: mamjuz Re: Dwie matki, dwóch ojców - do anonima, ja dziękuje IP: *.* 30.01.03, 13:25
                      Nie będe udawać że mnie to nie poruszyło. Ruszyło, bardzo.Myślałam i myślałam , teraz ta Twoja odpowiedź...Pewnie masz rację, SWOJĄ rację, rację sytuacji w jakiej jesteś..Widzisz te deklaracje o prawdzie...może stąd że przez lata żyliśmy w jakiejś fikcji, w ciągłym udawaniu, przemilczaniu.Dzieciom adoptowanym mówic, chorym mówić. Tak, ja wiem lekarz ci powie: Nie mówię, bo pacjent nie chce prawdy, do końca się samooszukuje, chwyta nadziei..jasne. Ja chciałabym wiedzieć. Niekoniecznie za wszelka cenę. Po prostu chcę wiedzieć skąd jestem, kim jestem , dlaczego jestem. Wiedzieć, by oswoić rzeczy z którymi się nie zgadzam, wiedziec by nie popełniać błędów, by wychować Własne Dziecko bez balastu kłamstw, niedomówień, kompleksów, by nie przenosić na Nie własnych strachów...Oczywiście że rozumiem, Anonimie...pomyślałam tylko że Twój strach ( świat jest mały..)może wynikac z jakiegos poczucia, że można Cię zidentyfikować, że może ( ja?) znam lekarza lub, paradoksalnie, dawcę, etc. I rozumiem ten strach w tym względzie, że ktoś może spróbować zniszczyć Waszą rodzinę, napiętnować...bo jak sama pisałaś, to konterowersyjne, niemoralne, co zrobiłaś.. Myślałam o tym. Bo to przecież katolicki kraj i z tego co wiem, powinnaś się pogodzić z wyrokiem boskim..i przyjąć go z pokorą. Nie oskarżam Ciebie, nie wiem czy jesteś praktykującym katolikiem. Wiem, że wielu ( katolików) poddaje się in vitro, w ogóle manipulacjom w tym względzie... Ich sumienia, ich sprawa.Widzisz, Anonimie, ta dyskusja (?) pokazuje dwie ( tylko?) opcje. Ty mówisz: przenigdy prawda, bo to okrucieństwo...bo Ty wycierpiałaś za Was, wystarczyJa mówię : prawda. Ponieważ wiem jak jej ukrywanie potrafi zatruć i zniszczyć życie, niejednego człowieka. Ukrywanie, bo wydaje się że mamy prawo decydowac o tym co jest dobre i właściwe dla drugiego człowieka. Nie piszę tu o Twoim konkretnym przypadku. Nie wiem teraz czy raztrząsanie czyje jest dziecko ma sens,byc może ( jest to tak dwuznaczna sytuacja, że naprawdę mi trudno..)nie. Anonimie : dylemat kobiety sypiającej...przecież nie chodzi o Twoją zdradę!!! Chodzi o dylemat. Myślisz że nie ma takich ? I nie jest w nim ważne czy ktoś zdradzał...chodzi o to że nie wie czyje jest dziecko. Ma domniemanie. Rozumiesz? W takich przypadkach ( dzieci urodzone w małżeństwie, automatycznie uznawane są za dzieci męża)kobiety postępuja dokładnie tak jak TY. Nie chcą wiedzieć,wyrzucają z pamięci świadomość dwóch opcji. Ze strachu, wygody, dla dobra dziecka...To są straszne dylematy, ja nie pisałam o tym ze to proste. Trudno mi zgodzić się lub nie z Tobą. To nie ma znaczenia. To Twoje życie, Twój wybór.Ja piszę tylko o tym że to się mści, to wraca...bo taką stronę "prawdy" znam, przykro mi.Ty piszesz, że Bóg zna prawdę i jemu to pozostawiasz,Ciebie tylko korci ...mąż to wyzrucił ze świadomości. Kazdy sposób jest dobry, zeby oswoić demonka...Uczestnicząc w tej dyskusji pokazujesz tylko jakiś wariant w tym wszystkim, Twoją osobistą opcję, Twój wybór. Ja go nie potępiam, choć mogłaś to tak odebrać. Mam inne zdanie, inaczej bym się zachowała, inną drogą poszła.Przede wszystkim dlatego, iż uważam ze zbyt wiele dzieci czeka na choć skrawek tej miłości, którą Ty chciałaś dziecko obdażyc.I że można się spełnić jako Rodzic w ten właśnie sposób.Podziwiam Ciebie za to znalażłaś mężczyznę, z którym to wszystko możesz i potrafisz przejść. I jeśli znajdujesz w nim siłę i oparcie, to wspaniale. Życzę Ci wszystkiego dobregoMonik
                    • Gość: guest Re: Dwie matki - do anonima IP: *.* 31.01.03, 11:18
                      W części zgadzam się z Tobą, po co dziecku przysparzać cierpienia, po co odbierać choremu nadzieję, nadzieja pomaga wyleczyć. Ale czy zastanowiłaś się nad tym, że Twoje dziecko dorośnie, będzie nastolatkiem i może mieć kryzys osobowości? Wiele nastolatków w pewnym okresie "odrzuca rodziców", szuka potwierdzenia, że nie jest adoptowane. Coś takiego może się wydać w najmniej odpowiednim momencie, może mieć niezgodną grupę krwi, np. będzie potrzebna transfuzja, czy coś podobnego (oby nigdy nic takiego się nie zdarzyło :)). Ktoś, kto wie o tym, może pisać pamiętnik i Twoje Dziecko przypadkiem go znajdzie... nieprawdopodobne przykłady można mnożyć.... nigdy wszystkiego nie przewidzisz. Tajemnica, o której wiedzą 2 osoby przestaje być tajemnicą. Dla dziecka w przyszłości to będzie o wiele większy szok, jak się o tym dowie od innych.Mąż odciął się, jak mówisz, ale może w duszy też tym się gryzie. Jakby to zostało wyjaśnione, to wszystkim byłoby łatwiej zaakceptować tą sytuacje.Dla Ciebie to chyba by też było lepiej, gdybyś zrobiła testy na ustalenie ojcostwa, można kupić przez internet i załatwić to korespondencyjnie i bezproblemowo (stronę ktoś podawał tu na forum). I wtedy albo się uspokoisz i nie będzie sprawy, albo wobec już faktu, że Twój mąż nie jest biologicznym ojcem przemyślisz, czy mówić dziecku o tym, że ma nieznanego biologicznego ojca, czy zakopać naprawdę głęboko i odciąć się od tego. Niestety dzieci bardzo dobrze wyczuwają nastroje i tematy TABU. Czy możesz zapewnić, że nigdy niebędziesz z NIKIM, nawet mężem rozmawiać na ten temat? Dzieci mają gumowe uszy i wychwycą nagłą ciszę.Jeżeli nie masz zamiaru o tym mówić, to przenigdy z nikim nie poruszaj tego tematu, a na tematy typu jak powstaje człowiek, in vitro, inseminacja rozmawiaj spokojnie (oczywiście w zależności od wieku dziecka). I powodzenia!!! Bo jak będziesz nieustannie o tym myśleć to popadniesz w końcu w paranoję! Mąż odciął się, jak mówisz, ale może w duszy też tym się gryzie. Jakby to zostało wyjaśnione, to wszystkim byłoby łatwiej zaakceptować tą sytuacje.Pozdrawiam i życzę dużo siły i odwagi. Pamiętaj!!! Ty NIC ZŁEGO NIE ZROBIŁAŚ! Jestem z Tobą!Aga
                      • Gość: guest Re: Dwie matki - do anonima IP: *.* 31.01.03, 16:52
                        Czytam te posty i caly czas sie tutaj przewija, dobro dziecka, ze ono powinno wiedziec itd. A gdzie w tym wszystkim dobro ojca? Jezeli on czuje sie w 100% ojcem tego dziecka i dla niego nie istnieje zaden dylemat w tej kwesti. Czy wyobrazacie sobie jego uczucia jak pewnego dnia Anonim przy obiedzie powie do dziecka. Wiesz jestes juz wystarczajaca duza/y to Ci powiem, ze Twoj ojciec byc moze nie jest Twoim ojcem. Jakie pieklo moze taka "prawda" wprowadzic w jego zycie.Ja na pewno nie chcialabym byc postawiona w takiej sytuacji. Z tego co zaobserwowalam to mezczyzni mysla inaczej o tych sparwach. Oni nawet jak wiedza na 100%, ze nie sa biologicznymi ojcami, a jednak podjeli sie tej roli, to w pewnym momencie staja sie nimi na 100%. I nich im ktos sprobuje wtedy powiedziec, ze tak nie jest. Gosiu1 nieprawdaz?:hello:
            • Gość: guest Re: do Gosi1, Aluc i mamjuz....- zmiana tematu IP: *.* 30.01.03, 08:49
              Litości !!!Nie zmieniajcie w ten sposób tematu postu. Zostawcie chociaż początek. Mam subskrypcję i jeśli temat kest zmieniony w ten sposób, to ni cholery, nie wiem do jakiego jest wątku.Zresztą na ten temat było już kilka postówPozdrawiam,Ludek
              • Gość: eBeata Re: dwie mamy do Ludka...- zmiana tematu IP: *.* 30.01.03, 12:00
                Przyganiał kocioł garnkowi ... ;-)
                • Gość: guest Re: dwie mamy do Ludka...- zmiana tematu IP: *.* 30.01.03, 14:01
                  Podpięłam się pod post ze zmianą zostawiając początek. Aczkolwiek przyznaje, że lepiej byłoby podpiąć się bezpośrednio pod "dwie mamy".Pozdrawiam,Ludek
    • Gość: guest Re: Dwie matki IP: *.* 30.01.03, 10:37
      Będzie baaaardzo długie... Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto wytrzyma do końca. :hello:Ostatnio jestem raczej biernym uczestnikiem forum, ale śledzę całą dyskusję i muszę się odezwać. Zetknęłam się z problemem braku możliwości posiadania dziecka. Moja siostra z mężem mieli ten problem. Na początku o tym nic nie mówili, a ja dziwiłam się, czemu 5 lat po ślubie jeszcze nie mają dzieci (moja siostra uwielbia dzieci, skończyła studia pedagogiczne, od liceum pracowała jako przedszkolanka, teraz w gimnazjum i zawsze mówiła, że po ślubie zaraz będzie mieć dzieci przynajmniej dwójkę). Zauważyłam tylko, że ich małżeńswto zaczęło się psuć, o byle co awantury, docinki. Kiedyś wreszcie siostra wszystko mi opowiedziała. Oboje mieli trudności, mąż większe, tak że nawet in vitro nie wchodziło w grę (próbowali bez skutku). Zdecydowali się na adopcję. Adoptowali 1,5 rocznego chłopca, nie wybierali, to było pierwsze dziecko, które im pokazano i od pierwszego wejżenia im się spodobał. Potem były gorsze i lepsze chwile, ale się "dotarli". Teraz wszyscy (tzn dalsza rodzina i znajomi, którzy nie wiedzą, że chłopak jest adoptowany) mówią, że jest kropka w kropkę jak ojciec :lol:. Dziecko się upodabnia do "rodziców". Chłopczyk wie (teraz ma 6 lat) że urodziła go inna pani, nikt przed nim tego nie urywa i sytuacja jest jasna.Tyle wstępu, który odbiegł od tematu. Teraz moje wnioski:1. Żona może mieć dzieci, mąż nie. Mężczyźni mają chyba o wiele silniejsze poczucie posiadania potomka z własnej krwi (syna-dziedzica) i o wiele ciężej akceptują zdradę kobiety. Świadomość, że to jest JEJ WŁASNE dziecko, ale NIE MOJE kojarzy się ze zdradą żony, nawet przy skorzystaniu z banku spermy. Mężczyzna o wiele dłużej dojrzewa do tej decyzji niż kobieta.2. Zona nie może, mąż tak. Tu pojawia się możliwość skorzystania z matki zastępczej. Facet ma WŁASNE dziecko, a kobieta (chyba o tym wspominała Beata) ma wrażenie, że JEJ dzieckiem po prostu w tej chwili się ktoś opiekuje, a przyjdzie czas, że będzie je mogła wziąć na ręce i przytulić (tak jak wcześniaka, który leży w inkubatorze). Tylko że w tej sytuacji niestety może się zdażyć, że mężczyzna za bardzo się będzie "opiekował" matką zastępczą (instynkt ojcowski??? zapewnić wszystko co najlepsze matce mojego dziecka?). Filmów na ten temat było...(podobno z życia wzięte), z autopsji nie znam.3. Żona nie może i mąż nie może. Jedyne wyjście - adopcja. "gotowego" dziecka, lub zlecenie urodzenia innej kobiecie. Nie wiem, czy takie przypadki miały miejsce w Polsce, ale dla mnie jest to niewyobrażalne. Jak bardzo musiałaby być zdesperowana (lub wyrachowana) ta kobieta, żeby z pełną świadomością zajść w ciążę , przechodzić 9 miesięcy, urodzić i oddać to dziecko. Często młoda kobieta nie zdaje sobie z tego sprawy, podpisze umowę i zaczyna się dramat, jak zaczyna kochać to dziecko.Oczywiście to są wielkie uogólnienia, każdy zachowuje się inaczej, niech nikt nie bieże tego konkretnie do siebie (bo niestety tak się często zdaża na tym forum).Po co wspominałam o siostrze trochę nie na temat?był czas, kiedy brałyśmy pod uwagę możliwość pozyskania jajeczka ode mnie, lub żebym była matką zastępczą, w zależności od tego co było nie tak z moją siostrą - czy od strony "materiałowej", czy "technicznej". W żadnym wypadku nie zgodziłabym się na jedno i drugie naraz (moje jajeczko i matka zastępcza), bo nikt by mnie nie przekonał, że to nie MOJE dziecko. Wczuwałam się w sytuację bycia "inkubatorem" dla dziecka mojej siostry i zgodziłabym się na to tylko dlatego, że to moja siostra, czyli najbliższa rodzina i zawsze będę widzieć, przytulać i kochać jej dziecko, będę ciocią, matką chrzestną i w ogóle blisko dziecka. To były jednak tylko rozmyślania i fantazje, bo jak się okazało szfagier też nie mógł, a w sytuacji, że tak powiem brutalnie "obce jajeczko, obcy plemnik, obca macica" o wiele mniej stresującym wyjściem była adopcja bez stwarzania pozorów.Chyba zamiast coś wyjaśnić zagmatwałam..... :crazy:
    • Gość: goskax Re: Dwie matki IP: *.* 30.01.03, 22:17
      Dziewczyny..drogie emamy (nie chce nikogo urazić :-) ) czytam, czytam i przypomniała mi się pewna bajka ... otóz kilku medrców próbowało opisać słonia. Ten który dotknął brzucha opisał go jako wielką kule, ten który dotknął ucha jako wielki liśc, ten który dotknął trąby ... i tak jest z nami :-) i dlatego łatwo zranić... Pamiętam pewną wizytę u pediatry, gdy usłyszałam pytanie: czy pani go juz kocha ???? Wracałam do domu i strasznie płakałam.Nie dlatego,że ktos podważył moja miłość do mojego synka (adoptowanego - przypis autora :-) ) ale dlatego że ktos pomyślał,że mozna Go nie kochać. Bolało.. kochałam juz samą mysl o nim, gdy na niego czekałam ... Gosiu, powiesz zapewne,że łatwiej pokochać maluszka ..być może..ale znam też osoby, które zaadoptowały starsze dzieci i kochaja je bezgranicznie. Bo warto chyba(? ) zacytowac w tym miejscu Fromma,ze "kochanie kogos to nie tylko sprawa silnego uczucia, to równiez DECYZJA, osąd, OBIETNICA" Teraz czekamy na drugie dziecko... i wiesz, co boli.. nie to,że moje maleństwo nie będzie miało koloru oczu czy spojrzenia mojego męża itp. (gdy patrze na mojego synka widzę jak jest doskonały :-) po nas taki by nie był :-) ) ale to,że moje maleństwo byc może juz jest,a mnie nie ma przy nim Zatytułowałaś ten watek "dwie matki" Własnie teraz moje mysli skupiają się przy tej "drugiej" Tak bardzo boje się,co może ona czuć, bo to czuje moje dziecko ... Nie chce aby moje dziecko "oddychało" odrzuceniem , niechecią ,a z drugiej strony gdybym pragnęła teraz miłości dla niego, co czułaby ta kobieta,gdyby podpisywała zrzeczenie ... Widzisz ..to jest cząstka moich myśli... myśli matki adopcyjnej. Jesli interesuje Cie ten temat goraco polecam dwie ksiązki pani Kotowskiej "Jeż" i przede wszystkim "Wieżę z klocków" Pozdrawiam cieplutko ...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka