Pani z parku, gdy tylko widzi mnie z całym moim "inwentarzem" (synek
w wózku, pies i ja plus zakupy), nie ceregieli się zanadto i kiwając
mi z daleka, niemal natychmiast przyłącza się do wspólnego spaceru
ze swoim pieskiem "ras wielu". Dzięki tym codziennym pogawędkom,
niedługo życie pani z parku będzie mi znane bardziej niz moje
własne

Otóz, piesek pani z parku wzięty z potrzeby serca ze
schroniska "musiał bardzo wiele przejść" bo boi się ludzi i innych
psów. Rybka (bojownik?) córek pani z parku zginęła na nieznną
chorobę, w efekcie czego żałoba trwała wieki całe i nastała zaraz po
uroczystym pogrzebie. Królik należący do pani z parku (równiez
świętej pamięci) zmarł na chorobę genetyczną podniebienia - udusił
sie biedaczek w Noc Wigilijną, ot co. To były najsmutniejsze Święta,
jakie pani z parku przezyła. Rodzina pani z parku zawsze baaardzo
przezywa śmierć swoich zwierząt - od teściowej po najmłodszą córkę
pani z parku, która ma 17 lat. Pani z parku opowiadając o swoich
przezyciach ze zwierzętami, zawsze jest pełna emocji. Dziś, w
odróznieniu od wcześniejszych pogawędek zdominowanych tematyką
zwierzęco-chorobową, pani z parku wyznała, że wybiera się na
wywiadówkę do córki, nie omieszkała także wspomnieć jakie jej córki
są i jak ta młodsza napyskowała, w skutek czego DOSTAŁA LANIE a
potem "znów napyskowała pomimo tego, ze dostała". Pani z parku mowi
o tym bez emocji, tak jakby to było cos normalnego, jakby zdawała
relację z bieżaych zakupów w spożywczaku za rogiem. Nie przyjdzie
jej do głowy, że to może byc dla kogoś bulwersujące. Ja siedzę i
słucham. Pozwalam sobie na konentarz w rodzaju "napyskowała znowu BO
dostała, agresja rodzi agresję", co pani z parku potwierdza. Wyraz
twarzy zmienia mi się z pewnością w tempie zastraszającym, zaczynam
żałowac że nie mam lustra i siebie nie widzę. W głowie mam tysiące
mysli - JAK reagowac, CZY reagować? Wiem, ze nie chcę zmieniac
całego świata i "uszczęsliwiać" swoimi przekonaniami tych, którzy i
tak nie przyjmą tych przekonań, a jedynie spowodują wrogie
nastawienie. Nie zmienię mentalności akurat tej konkretnej 50-
letniej pani z parku - to nie ten typ. Nie zmienię funkcjonowania
jej rodziny. Teoretycznie powinnam zgłosic przypadek na policję, do
prokuratury - to przestepstwo ścigane z urzędu. Jednoczesnie wiem,
że to małe miasteczko, do którego przeprowadziłam się rok temu z
wielkiego miasta, inaczej funkcjonują tu miejscowe układy, wykonanie
litery prawa jest żadne (w sąsiedniej kamienicy ciagle są
interwencje policyjne w jednej z patologicznych rodzin, praca
kuratora i nic sie nie zmienia, leją się ciagle tak samo).
Wracam do domu z kacem moralnym, że cos należy zrobić, że może
powinnam była tupnąć nogą, ochrzanić tę panią (jaki sens? Jestem
młodą mamą, "nie wiem jak się dzieci chowa")i z przekonaniem, że i
tak nic się nie da zrobić. Czy ja mam tę panią "oświecać" w kwestii
szkodliwości przemocy? Pani z parku odpowie, że "starsza była bita
a "skończyła magistra" (czytaj: wyszła na ludzi). Pani z parku nie
będzie zainteresowana takimi słowami jak "wyparcie" czy "mechanizmy
obronne". Bo to nie taka pani. Z drugiej strony mam wrażenie, że nie
specjalnie wyraźnie wyraziłam swoją dezaprobatę wobec takich
zachowań - uznałam, ze choćby taka moja postawa byłaby jakąś formą
przekazu społecznego, że to metody, które nie są aprobowane w
cywilizowanym świecie.
Park jest pełen niespodzianek. Któregos razu jeden pan zwany
potocznie "żulem" straszył swojego małego synka, który go zaczepiał,
że "zaraz dostanie". Stałam w odległości kilku metrów i przeszywałam
owego pana wzrokiem i pilnując psa. Pan chyba wystraszył się mojego
parszywego spojrzenia i odpuścił (na jak długo?). Żałowałam, że mam
wyżła, a nie rottweilera.
Innym razem, wychodząc z supermarketu, patrzę na scene, gdzie
mamuśka leje po pupie i szarpie małego chłopca. Stosuje tę samą
metodę "spojrzenia bazyliszka", pani odpuszcza. Znów wracam do domu
z kacem, że może nalezało wezwać policję. I znów z wątpliwością, "co
by to dało"?
Wiem teoretycznie, jak nalezy reagować. Policja, prokuratura, opieka
społeczna itd. Wiem, ze policja przyjedzie, spisze protokół, wrzuci
do swoich papierów, wejdzie kurator, prokuratura lub sąd umoży
sprawę bo "przeciez siniaków nie było", "to tylko klaps"
albo "szarpanie". Ja jednocześnie "spalę się energetycznie" za cenę
czystego sumienia. A ci ludzie nadal będą bić swoje dzieci, bo choc
prawo niby jest dobrze skonstruowane, to jego wykonalność - żenująca.
Jutro znów z pewnością spotkam panią z parku. Pewnie dowiem się, jak
to jej biedny piesek był bity, jaki tragiczny los zgotowali mu
ludzie, że musiał wylądować w schronisku a potem - "szczęściarz?"
trafił w jej "dobre?" ręce. A może powinnam zmienić park albo
godziny wychodzenia na spacer...