szara.sowa
20.08.08, 22:46
Jako, że żona coraz bardziej mi dokucza w końcu nie wytrzymałem i postanowiłem nie iść do pracy, lecz zająć się dziećmi dając żonie szansę (bo to ja ją przecież najbardziej ograniczam) na zajęcie się zarabianiem pieniędzy.
Zacznę może od podsumowania. Nawet nie myślałem, że pozbawione trosk o byt zajmowanie się dziećmi jest tak fantastycznym zajęciem. Może to kwestia tego, że dzieci są dość duże (4,6,8 lat) gwarantuje, że zajmowanie się nimi to sama przyjemność. W sumie zapowiadało się nieciekawie, bo z młodszą córką trzeba było pójść na ekstrakcję mleczaka. To bardzo wrażliwe dziecko i bardzo przeżyła zabieg mimo znieczulenia. Płaczu było dużo, ale daliśmy radę. Piszę daliśmy bo rodzeństwo może na siebie liczyć i starsza siostra przyszła z pomocą i współczuciem. Po drodze załatwiliśmy jeszcze o dziwo masę spraw związanych z domem, a dzieci o ile nie pomagały to przynajmniej nie przeszkadzały.
Potem była wizyta ze starszą córką u lekarza. Zasadniczo nie wiem po co przyjechała żona, chyba by mi oddać po wizycie najmłodsze i udać się do koleżanek. W każdym razie potem całą trójką mieliśmy sporo dobrej zabawy, a pytania o mamę padały zadziwiająco rzadko. Niestety mama nie poinformowała ani mnie, ani dzieci gdzie i na jak długo się udaje więc dzieci miały w sobie sporo niepokoju przed zaśnięciem.
Niepokój pogłębił się rano, niestety nie bardzo mogłem go rozproszyć bo dowiedziałem się jedynie z majla że mama na noc nie wróci.
Za to rano przeżyłem szok. Najmłodszy sam się ubrał umył ładnie zjadł śniadanko i myk razem do przedszkola. Starszym zapowiedziałem, że czeka je mała wyprawa i mają się ubrać i najeść przed wyjazdem.
Gdy wróciłem z przedszkola dzieci stały gotowe w przedpokoju do wyjścia i oznajmiły mi że nawet posprzątały po śniadaniu! Znowu załatwiliśmy razem parę spraw (np. jakimś cudem bez większego problemu załatwiłem wizytę u ortopedy - zauważyłem że średnia trochę jakby kuleje) zaliczyliśmy plac zabaw i przyszła pora odebrać najmłodsze. Jako że okazało się że mama będzie po południu zajęta zabrałem wszystkich na kolejną wyprawę.
Oczywiście, że były chwile płaczu, złości itp. Ale ogólnie było niesamowicie.
Prawdę mówiąc to Wam - mamy - zazdroszczę. Takie dwa dni bez martwienia się o pieniądze (o co się martwić skoro ich nie ma), o wredotę kontrahentów, urzędy i inne pierdoły to niesamowity relaks. A dzieci doskonale działały jako środek pomagający o tym wszystkim co złe zapomnieć.
Bardzo łatwo jest namówić je do współpracy, wzajemnej pomocy. Ja np. uczę najstarszą, najstarsza młodszą i wszystko gra. Co więcej dzieci bardzo chętnie pomagają w pracach domowych. Sprzątanie po sobie jest dla nich nieomal czymś naturalnym i myślę że bez trudu dałoby się je namówić na pomoc przy typowych zajęciach domowych.
Wymyślamy razem różne zabawy. Dzieci mają niesamowitą fantazję czasem wystarczy je tylko lekko do czegoś zachęcić.
Przez te dwa dni, ani razu nie było sytuacji o których opowiada mi żona nieomal codziennie, że jakieś histerie, amoki, totalne nieposłuszeństwo.
Może ja mam jakiś ojcowski talent, ale zasadniczo zawsze działa myślenie z wyprzedzeniem o potencjalnie stresogennych sytuacjach. Zanim coś takiego nastąpi (np dłuższy niż parę minut przejazd samochodem, albo oczekiwanie aż coś załatwię) informuje je o tym co nastąpi i jednocześnie sygnalizuję, że potem będzie nagroda (np. pójdziemy na plac zabaw, albo kogoś odwiedzimy, albo coś fajnego będziemy robić). Pierwotnie nagrodą były lody (za dzielność u dentysty), ale szybko musiałem zacząć wymyślać coś bardziej sensownego, bo raz że kasa się skończyła, a dwa lody raz dziennie to aż nadto. Generalnie pomaga też wyluzowanie. W miejscach bezpiecznych, można dzieciom trochę odpuścić i reagować tylko w sytuacjach gdy ich zachowanie może być dla innych osób niemiłe. Przed powrotem robiliśmy zakupy w hipermarkecie i też spokojnie dało się to przejść bez stresu. Potem była apteka i tu niespodzianka. Starsze rozbrykane nie zauważyły jak wszedłem do apteki i się okazało że miały stres, a przy okazji nauczkę by się jednak trochę rozglądać za ojcem.
Szkoda tylko, że "odkryłem" to wszystko w takich okolicznościach, być może u progu rozpadu związku. Oczywiście nie pierwszy raz zostałem na dłużej z dziećmi. Sęk w tym, że wcześniej jakoś nie mogłem się pozbyć tego myślenia o firmie, zapewnieniu bytu rodzinie, a tym samym jakoś nie potrafiłem zaangażować się bardziej w relacje z dziećmi gdy z nimi przebywałem.
Pozdrawiam
Pan Sowa.