...skoro nijak nie mogę się na szacunek ów zdobyć...?
Napisała kobieta uwagę w dzienniczku dziecia. Że łazi po klasie w czasie
lekcji. Nic więcej, tylko tyle. Punkty minusowe mu przyznała, pięć. Pomyślałam
sobie, że skoro łazi i przeszkadza, to słusznie mu wpisała uwagę, i prawie ją
podpisałam, kiedy sobie, tak z ciekawości, w kontrakt o zachowaniu zerknęłam.
A tam, jak byk, stoi - za niewłaściwy stosunek do nauczyciela - minus pięć
punktów. Za przeszkadzanie w prowadzeniu lekcji - minus dwa. No kurka...
Łażenie po klasie to raczej przeszkadzanie? Pytam smarka, czy nie odpyskował,
nie zrobił czegoś głupiego, ale przysiągł mi, że nie. Coś tam chciał się
zapytać kolegi, wyszedł z ławki, jak mu kobieta kazała dać dzienniczek, to
przeprosił i błagał, żeby uwagi nie wpisywała. Ona twardo, że ma być uwaga,
więc trudno, dał dzienniczek. No to zamiast podpisać i dać spokój, poprosiłam
nauczycielkę o wyjaśnienie kryterium przyznania większej ilości punktów. Tak
się wydaje, punkcik tu, punkcik tam, nauczyciele sobie nic nie robią z
kontraktu, a potem, jak podliczą punkty, to dzieciakowi obniżą ocenę z
zachowania. A ja nie chcę, bo to szósta klasa, zależy mi, noo...
Prawie pewna byłam tego, co mi odpisze. Nie pomyliłam się... Stwierdziła, że
młody chodził po klasie bez jej zgody (-2 pkt), a jak mu zwróciła uwagę i
kazała dać dzienniczek, to dyskutował, i nie chciał dać. Że przeprosił,
owszem, ale sam uwagi nie chciał sobie wpisać, więc ona uważa, że -5 to i tak
za mało. I prawie bym się zgodziła, ale...
Gdyby faktycznie odezwał się nieładnie, z pewnością napisałaby to od razu.
Skoro zwróciłam uwagę, że punkty niesprawiedliwe, musiała coś wymyślić.
Najwygodniej było wykombinować sobie, że uczeń bezczelny.
Na końcu notatki zamazała coś korektorem i zakleiła kawałkiem kartki.
Popatrzyłam pod światło, a tam widać słowa takie:
"Poza tym, trudno, żebym pisała takie elaboraty do Pani". Chyba zdała sobie
sprawę, że się zagalopowała.
Najgorsze jest jednak to, że w dziesięciu linijkach tekstu (szerokie pismo)
zrobiła... cztery błędy ortograficzne, dwa stylowe, dwa interpunkcyjne. I z
błędem napisała imię syna.
To ja się pytam grzecznie: jak, do cholery ciężkiej, mam odpisać kobiecie,
której tłumaczenie jest mętne, pozbawione sensu, sprawiające wrażenie
krętactwa, i do tego z bykami? Musi być kulturalnie, ale stanowczo, a przyznam
się, że aż mnie trzęsie, żeby jej tę smutną prawdę w nos wywalić. Że jest
niedouczoną, kłamliwą babą, ot, co.
To tak a propos tego, że dużo by opowiadać...

A tekst na czasie, bo notatka
w dzienniczku z dzisiejszą datą wróciła... I na jutro coś muszę napisać.
Takiego, żeby zrozumiała, że przyznając się do błędnego wpisania punktów nie
straciłaby autorytetu tak bardzo, jak straciła tym tłumaczeniem...