smutno, nam bardzo bo wrocilysmy z wakacji i zostalysmy same, bo maz wyjechal
do pracy na kontrakt i najblizsze trzy i pol miesiaca bedziemy oddzielnie

To jego kolejny wyjazd, powinnam byc juz zachartowana, a jednak za kazdym
razem, boli coraz mocniej, teraz tym bardziej nam ciezko bo jest z nami
przeciez mala. Zreszta ona bardzo to przezywa, tyle zmian w tak krotkim
czzasie (tj wyjazd na wspolne wakacje, zmiana otoczenia i juz nasz samotny
powrot do domu)dla niej spowodowalo, ze jest bardzo rozbita a przez to
nieznosna. Ja nie moge nic zrobic mala ciagle wisi na mnie, nie moge od niej
odejsc na krok, kazde moje oddalenie na odleglosc powyzej 20 cm to jej wielki
wrzask. Nie jestem w stanie nic zrobic, bo nawet jak za dlugo rozmawiam przez
telefon to ona zaczyna wrzeszczec, tak samo z kompem, jak tylko zauwazy ze
cos pisze to stara sie mi przeszkodzic. Dotychczas spala pieknie w lozeczku,
odkad wrocilysmy przesypia w nim tylko 2, 3 godziny i zaczyna w nim tak
plakac, ze ulegam jej i zabieram ja do siebie. Troche sie miotam, bo z jednej
strony milo mi jest jak tak sie do mnie w nocy przytula, bez meza smutno mi w
lozku, ale przeciez nie po to przez 9 miesiecy konsekwetnie odkladalam ja do
lozeczka, (co bylo dla mnie dosc meczace bo karmie piersia), zeby jej teraz
pozwalac na spanie ze mna. Mala w ogole byla samodzielna pieknie sie bawila
sama, a teraz owszem zabawki sa fajne, ale tylko z mamusia u boku. Ja nie
moge samodzielnie nic zrobic, ani isc pod prysznic, ani prania rozwiesic, ani
sie zalatwic, ciagle mnie zmusza do brania na rece, juz mam sciegna
ponadwyrezane i kregoslup mi wysiada. Staram sie ja poprzetrzymywac troche,
ale ona tak placze, ze jej ulegam, a przeciez dlugo tak nie pociagne,
przeciez od czasu do czasu musze posprzatac, ugotowac itd Owszem wieczorem
jak zasnie to mam czas dla siebie, ale pon takich dniach jak ostatnio, jestem
tak wypluta, ze na nic konstruktywnego nie mam sily.
Trudne to wszystko bo wiem ze mala przezywa rozstanie z tata, wszak ostatnie
piec miesiecy byl z nami non stop, wiec wydaje mi sie ze mala boi, sie ze jak
mnie straci z oczu, to znikne tak jak jej ukochany tata.
Najbardziej serducho mnie boli jak maz dzwoni, ja przelaczam tel na
glosnomowiacy, on do niej mowi, a mala wtedy rozkwita, usmiecha sie od ucha
do ucha, wpatruje sie w ten tel jak zacarowana, i trzesie sie z radosci i
emocji,skacze iwydaje niepowatrzalne dzwieki, lzy mi wtedy leca i tak mi
smutno...
A jak sobie pomysle, ze nie bedzie meza w jej pierwsze, tak wazne dla nas
urodziny, to serce mi peka.
W ogole smutno mi tu samej, nie znam tu nikogo, nie mam tu rodziny, jestesmy
tu zupelnie samiutkie, nawet sasiadow nie znam bo ich nie spotykam, nie mam
pomyslow na jakies fajne spedzanie dnia, nie znam tu nawet miejsca gdzie
chocby same moglybysmy wyskoczyc w jakis plener.
Koncze juz bo mala wlasnie wstala ze swoje polgodzinnej drzemki, i wtsajac
od razu mowi "tata tata ta"- dodam ze nigdy jeszcze nie powiedziala mama, a
tata juz dlugo mowi do niego
ach wszystklo jest do bani, a ja przez to wszystko chodze i poplakuje tylko
po katach...