Witajcie!Długo nie było mnie na forum, ale to osobna historia.Chciałam wam opisać jak Julia przestała chorować.Być może wyda wam się ten pomysł szarlatański, ale cóż zaryzykuję!

Moja córcia to chorowitek - taki klasyczny. Mieściłaby się w granicach normy ze swoim chorowaniem, gdyby nie to że ostatnie "nasze" infekcje kończyły się pobytami w szpitalach . Tragedia!!! Widok nieprzytomnego dziecka.... brrr. Muszę zaznaczyć że jestem raczej "panikarą" i przy pierwszych objawach choroby wzywam pediatrę. Mam ten luksus, że mój pediatra przejeżdża obok mego domu po pracy.Więc pomimo szybkich interwencji, kończyło się źle.Długo myślałam jak temu zaradzić, a że ostatnio jestem w dołku finansowym to nie stać nas na drogie sczepionki.Wymyśliłam - sięgnęłam po pomysł babci.... borsuczy łój!!!I wyobraźcie sobie że pomogło!!!!Gdyby chodziło o mnie to pomyślałabym, że to siła sugestii. Ale przecież Julia nie zdaje sobie sprawy czym ją "balsamuje".Już kilka razy Julię zaczynało rozbierać (katar, kaszel, temperatura) i lekarz twierdził, że jak do jutra nie przejdzie to antybiotyk!!! Natarłam, nasmarowałam a potem musiałam przecierać oczy żeby uwierzyć że Julii przeszło.Spytacie co na to lekarz? Powiedział, że jak pomogło to znaczy że działa i że trzeba zastosować następnym razem.Sytuacja powtórzyła się już wielokrotnie - więc pomyślałam że czas Was o tym powiadomić!Ciekawa jestem co o tym myślicie - czy któraś (yś) z was stosuje jeszcze takie niekonwencjonalne metody???Pozdrawiam was wszystkieSzczęśliwa - epaula