aga77ta
12.09.13, 12:02
Kiedy przytuliłam maleńką istotkę, a miała 4 dni - wiedziałam, że dam radę. Miłość od pierwszego wejrzenia. Wyczucie każdym nerwem. Bez znaczenia kto urodził. Ja wiedziałam, że od zawsze była moja. I śliczna. Była bez przerwy chora, nie spała, nie siadała, nie chodziła, nie chciała jeść, ani wydalać. Nie miała woli życia. Potem kleiła się do obcych ludzi i śmiała z błyskiem w oku z cudzego nieszczęścia. Tłumaczyliśmy, wspólnie oglądaliśmy filmy i czytaliśmy ksiązki. Gadała i gadała, więc rozmawialiśmy godzinami. W jej życiu najczęściej wymawiane słowo – NIE. Ktoś mnie zapytał, kiedy jest szczęśliwa... odpowiedziałam spontanicznie - kiedy nic nie musi i nie powinna. Kiedy może się zawiesić. Ale w Polsce trzeba iść do przedszkola, nawiązać kontakty z rówieśnikami, iść do szkoły, myśleć o przyszłości. Lekarze, rehabilitacje, baseny, leki i każda myśl o niej, dla niej. To także kosztuje - spieniężaliśmy, co się dało. Całe nasze życie „pod nią”, pod naszą ukochaną córeczkę – pękną, zdolną, zgrabną, coraz zdrowszą, coraz mądrzejszą, ale także krnąbrną, niechętną, kłótliwą i wiecznie niezadowoloną.
Pokazaliśmy jej niemal całą Polskę, pokazaliśmy teatry, muzea, skanseny, cudne lasy i góry i morze. Jeździła bez radości, oglądała bez chęci. Wolała jeść frytki i utkwić w nich wzrok, niż podziwiać cokolwiek. Często było nam przykro. Próbowała codzienne wywoływać awantury o najzwyklejsze sprawy, buntowaliśmy się, nie mogąc znieść paskudnej atmosfery. Awanturka dawała jej odprężenie. Rano „brałam to na siebie”, żeby klasówka dobrze poszła, bo jednak gdy dostała niespodziankę w śniadaniu, gdy dzień przeszedł, dostawałam pogodnego esemesa z uśmiechniętą buźką. Myślałam sobie – to wszystko przejdzie, idziemy do przodu. Ważne, że mamy kontakt. Myślałam – przecież nie różni się od innych dzieci. One też bywają nieznośne, popełniają błędy i hormony w nich buzują przy dorastaniu. Kłamała, oszukiwała i kradła. Żaden psycholog nie widział zagrożenia, problemu, nie kierowano nas na terapię rodzinną. Owijała psychologów dookoła palca. Potrafiła szpital postawić na nogi, świetnie udawała. Inteligentna była od zawsze.
Cieszyliśmy się, że choć mało w niej empatii, choć jest trudna w codzienności, jednak jakoś zalicza kolejne klasy, ktoś ją lubi, ma przyjaciółkę, pięknie mówi, ma dobrą pamięć i łatwość nauki języków. Nie chcieliśmy zarządzać jej życiem, więc godzinami wiedliśmy dyskusje, żeby wiedziała czego potrzebuje. Sama wymyśliła sobie drogę – LO, AWF. Sama radość.
Co prawda naukę zaliczała ostatnio w szóstej szkole. Z każdej odchodziła w złej atmosferze. Nie chciałam walczyć z całym światem, może to mój błąd. Zmęczona byłam. Gdy ktoś bił i sekował moje dziecko, stawałam po jej stronie. Nie była lubiana przez nauczycieli. Miała inny sposób siedzenia, śmiechu, ruchu i kłamała. Cóż, myślałam, nie jest pokorna, ale nie musi być uległa. Usprawiedliwiałam, chociaż burczałam w domu, że kolejną szkołę sama sobie znajdzie. Ostatnią – prywatną - znalazłyśmy obie, bo szkolni narkomani pobili ją do wymiotów i siniaków. Do dziś dokładnie nie wiem o co poszło. Na policję nie mogłam zgłosić, bo nie dostałabym ochrony, a zmienić miejsca życia, nie mam siły. Szkoła bała się interwencji - „bo mamy własne dzieci”... Cieszyła się więc nową klasą, kameralną atmosferą, nauką. Sukcesy, radość, dostała większe kieszonkowe, więcej swobody. Patrzyliśmy na piękną, mądrą panienkę. Dumni byliśmy z niej, w przedmaturalnej klasie. Uratowaliśmy od śmierci takie dziecko!!! To nic, że bałaganiła, nic nie chciała robić w domu – niby zwracałam uwagę, egzekwowałam, kłóciłam się czasem, ale myślałam – stresy, dojazdy, trudy miną, dorośnie... Zazdrościłam trochę, że inne dzieci są „przylepne”, a moja córka nie lubiła głaskania, przytulania i nie była dla nas miła. Raczej pasożytniczo nastawiona. Mąż krytykował, ale ja – ciągła optymistka, żyłam nadzieją, że lata lecą, rozumu przybywa, nie każdy musi być wylewny.
Zbliżały się 18-te urodziny. Planowałyśmy „obchody”, wczasy, wakacje, ale ona jakoś niechętnie. Skąd mogłam wiedzieć, że moja córeńka jest w ciąży? Nie powiedziała. Była ospała, zdenerwowana, ale jak to ja – co tobie dziecko? Może pośpij, a może pojedz, a może do lekarza. Złościła się na moją troskę.
I nagle nie wróciła na noc. Szaleliśmy. Szukaliśmy nocą. Policja. Itaka. Jakiś jej kolega, znany nam krótko „dowodził poszukiwaniami” przez telefon – plątał adresy, kłamał. Byliśmy przerażeni i samotni. Idzie noc, nikt nie pomoże, zapełniona skrzynka telefonu córki, esemesy nie wchodzą... Nie wiemy co się stało.
Znalazła się po trzech dniach u 17-to latka w domu, po poronieniu. Jego matka przerażona, jego ojciec pijany. Nasza córka?... nie chce wrócić do domu! Tam zostaje. Do szkoły nie wróci. Tam zostaje!!! Pięc dorosłych osób tłumaczyło dziewczynie, że z rozdawania ulotek się nie wyżyje, że „koło już wynaleziono”, że ma szanse... przecież miała plany, ambicje... Szok poporodowy myślę sobie, więc lekarz itd., ale ona właśnie skończyła 18 lat.
I to jest ta ściana!!!
NIC już nie mogę zrobić. Mogę tylko czekać.
Nie wróciła na noce jeszcze kilka razy, szukaliśmy jej i znowu nie chciała wrócić do domu. Tym razem od innego chłopaka. W cudzych wyrkach, w cudzych ciuchach.... Nie zgodziłam się, by jakiś facet nocował u nas w domu. Poszła za nim. Ufarbowała włosy na czarno, kolczyki wbiła w usta, obrożę ma na szyi, czarne pazury. Ukradli jej dowód i komórkę. Nie wiadomo za co żyje i gdzie właściwie mieszka.. Faceta szybko zmieniła na innego.
Miała drugie życie i taką inteligentną, wspaniałą własność manipulowania zakochanymi, naiwnymi rodzicami. Składam te puzzle wspomnień w całość. Fakt – spóźniała się nieco, bywało opuszczała szkołę, ale się tłumaczyła, kradła pieniądze, ale rozmawiałyśmy i żałowała, przepraszała. W każdej godzinie myślę, gdzie popełniliśmy błąd??? Kochaliśmy za mocno? daliśmy za dużo?
Ludzie mówią – nie!
Byliście normalni – ona ma GENY. Jej dobrze u kloszardów w pustostanie. Jest szczęśliwa, nic nie musi. Rzuciła szkołę z pięknymi stopniami, nie zdała, do innej się nie wybiera. Że ciuchy śmierdzą? Że zima idzie? Ale jest seks i blanty. Ona myśli tylko „na dziś”. Ludzie tak mówią...
Staram się ukryć, że zwariuję, że nie mogę żyć. Udaję, że jestem, bo mam męża.. Jednak wiem, że jest wpływowa, rozkazowa, sama różnych rzeczy nie wymyśli... Nie wymyśli jak się podnieść, a ma te cholerne 18 lat...
Z kolejnym chłopakiem, chorym psychicznie, jeździła po Polsce bez biletu i dokumentów. Teraz chyba jest następny – cała twarz w kolczykach. Od czerwca widziałam ją 2 razy. Raz przyszła po pieniądze, choć o nich nie mówiła wprost, była pokorna, zgodna, ale nie dotrzymała żadnego słowa – kontakty się urwały. Policja ją zatrzymała, żądała potwierdzenia tożsamości. – To już jest dziwna, obca kobieta, zbuntowana, rozzłoszczona. „Odejdźcie, nie mów do mnie, daj mi spokój, nie będę rozmawiała, co cię to obchodzi... mam prawo do swojego życia!!!”. Odwróciła się i odeszła... Skreśliła nas?
A mnie serce pęka, codziennie, w każdej minucie. Skróciłabym sobie życie, gdybym mogła ją uratować. Gdybym mogła przestać pytać, DLACZEGO? Za co?
Ludzie mówią – mróz przyjdzie, w pustostanie nie da się mieszkać. Czy mogłam przewidzieć, że z czyściutkiego pokoiku ze zdjęciami na ścianie, z serwetek i pantofelków, moje dziecko pójdzie w brud i szpetotę? W beznadzieję?
Jesteśmy starzy i samotni. Straciłam z nerwów wzrok na kilka godzin, na szczęście to nie wylew... Wiem, że ona wie o mojej chorobie, przez wolontariuszkę na Fb. I cisza, zero reakcji. Wolontariuszce jakaś zakolczykowana koleżanka córki na Fb odpisała, że ona żyje, normalnie mieszka. I tyle.
Pusty środek? Te „geny”?