Dodaj do ulubionych

Policja kradnie

06.01.03, 12:58
Stróże bezprawia wwww.superexpress.pl
Trzon grupy stanowiło 10 osób: pięciu policjantów, trzech ochroniarzy.
Dariusz P., szef, to były oficer Wojska Polskiego. Dokonywali napadów
rabunkowych na konwoje w całym kraju. Pełny profesjonalizm: przed każdym
skokiem obserwowali firmę, zwyczaje pracowników. Wiedzieli, kiedy mogą liczyć
na największy łup, jak silna jest ochrona, którędy jedzie konwój. Czasami
przeprowadzali przed napadem ćwiczenia. Jak w wojsku.


Opole, Koszalin
Opolska Prokuratura Okręgowa skierowała w piątek do sądu, po wielu miesiącach
pracy, akt oskarżenia przeciwko 23 osobom. To tak nietypowa grupa
przestępcza, że postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się jej działalności.

- To nie byli jacyś chłopcy z podwórka, którzy skrzyknęli się i rabowali
kasę, ale doskonale zorganizowana, zbrojna grupa przestępcza - mówią
policjanci.

Pełne zabezpieczenia: rozpoznanie i przygotowanie drogi ucieczki, radiostacja
i sprzęt policyjny.

- W skład grupy wchodzili m.in. policjanci, zarówno emerytowani, jak i w
czynnej służbie. Pełnili rolę "żołnierzy". Ich głównym zadaniem było
zabezpieczanie terenu podczas napadów - tłumaczy Włodzimierz Ostrowski,
zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Opolu.

Ilu dokonali napadów? W Bolkowie zrabowali 229 tys. zł, w Legnicy 36 tys., a
w Koszalinie 138 tys. zł. Dwukrotnie próbowali napaść ochroniarzy w
Koszalinie i zrabować najpierw 5 milionów, później 300 tys. zł. Działali
głównie w woj. zachodniopomorskim. Ale mieli i gościnne występy. Jeden z nich
ich zgubił.

Napad za napadem

Rok 1998, Wybrzeże, Bolków k. Połczyna Zdroju. Konwojowi wiozącemu utarg ze
stacji benzynowych drogę zajeżdżają dwa samochody. Bandyci z ostrej amunicji
strzelają w stronę samochodu. Wyciągają z niego ochroniarza, przystawiają mu
pistolet do głowy. Uciekają z 200 tys. zł.

Napad w Legnicy. Podobny scenariusz. Kolejne napady na Wybrzeżu.

11 września 1998 roku. Kędzierzyn-Koźle, woj. opolskie. O godz. 16 z jednej z
miejscowych hurtowni alkoholi wyjeżdża "maluch". W nim ochroniarze wiozący
pieniądze do banku. Bandyci jadą dużym Fiatem, doprowadzają do stłuczki z
autem konwojentów. Z broni gazowej ostrzeliwują samochód. Jeden z mężczyzn
strzela do przestępcy. Ten wyciąga go z samochodu, kolbą pistoletu masakruje
twarz. Cała grupa ucieka z łupem (około 130 tys. zł). Po drodze ranny bandyta
wyrzuca zakrwawioną kurtkę. To ona doprowadzi policję do grupy. Badania
genetyczne plam krwi, wytypowanie ewentualnych podejrzanych.

W lecie 2001 roku pierwsze zatrzymania. Siedmiu podejrzanych: trzej z nich to
mieszkańcy Koszalina, dwóch pochodzi z okolic Bielska-Białej, dwóch z
Kędzierzyna-Koźla. Koniec stycznia 2002 roku. Policjanci z opolskiego
Centralnego Biura Śledczego znowu jadą do Koszalina. Zatrzymują cztery osoby:
Grzegorza K. (23 lata pracy w policji), Krzysztofa L. (12 lat pracy w
policji), Zbigniewa K. (to brat Grzegorza, emerytowany policjant) i jeszcze
jednego podejrzanego.

Styczeń 2003 - akt oskarżenia jest gotowy.

Dobrzy gliniarze

W Koszalinie konsternacja. Bo aresztowani, którzy wg prokuratury stanowili
trzon grupy, to ludzie w mieście znani. Nie tylko gliniarze: sportowcy,
nauczyciele.

Ryszard Kempisty, dowódca kompanii prewencji policji w Szczecinie, miejsce
pełnienia służby Koszalin: - Cztery lata temu miałem utworzyć w Koszalinie
kompanię prewencji. Przyjąłem 100 osób z cywila, młodych chłopaków. Taką
miałem koncepcję: nauczę ich otwartości, uczciwości, poszanowania panującej
biedy i tolerancji w stosunkach międzyludzkich. Potrzebny mi był także ktoś,
kto usprawni tych ludzi. Wtedy jeden z moich podwładnych wskazał Grzegorza K.
Policjanta z wieloletnim stażem, byłego boksera, członka kadry narodowej,
wysokiej klasy specjalistę w szkoleniu pałką "tonfa". W maju 2000 r. miałem
go u siebie, od roku siedzi w areszcie.

I dalej: - Inteligentny, oczytany, ostrożny w ocenie ludzi, koleżeński,
grzeczny. Profesjonalista. Chłopcy byli w niego wpatrzeni. Utworzył w
kompanii salę gimnastyczną, trenował z nimi. Dobry policjant. Kiedy szedł na
interwencję, zawsze próbował perswazją zakończyć sprawę. Nigdy bezzasadnie
nie używał siły. Opanowany.

Krzysztof L. pracował w I Komisariacie Policji. Dobry policjant. Nigdy nie
było na niego skarg.

Solidni fachowcy

Grzegorz K. to także były sportowiec, bokser. Był w kadrze młodzieżowej,
krótko boksował w I lidze, później w II i III. Kluby: Czarni Słupsk, wreszcie
Gwardia Koszalin. Ostatnio zajmował się trenowaniem młodych policjantów.
Zbigniew K., też bokser, skupił się na szkoleniu młodzieży. Krzysztof L.,
karateka, w ubiegłym roku zdobył I dan, czyli klasę mistrzowską. On też po
pracy pracował z dzieciakami, uczył je karate. Cała trójka miała
ustabilizowaną sytuację rodzinną.

Józef Wołoch, mistrz świata w kick boxingu: - Zbyszek był wychowawcą wielu
młodych bokserów. Uczyłem się u niego, później pomagał mi w treningu.
Spokojny facet. Grzegorz jako jedyny miał ode mnie pozwolenie wejścia na moją
salę i trenowania. Przychodził czasami, poćwiczył. W porządku gość. A z
Krzyśkiem znałem się od 20 lat. Uprawialiśmy razem karate.

- Krzysiek był spokojnym chłopcem. Nie pił, nie palił. Na wyjazdy sportowe
jeździł ze swoją dziewczyną, obecną żoną - wspominał Andrzej Kłujszo, szef
wych. fizycznego w koszalińskim Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej, po
pracy trener karate.

- Zbyszka zatrudniłem w klubie do pracy z młodzieżą, chciałem, żeby pokazał
dzieciakom trochę boksu. Człowiek? Nic złego powiedzieć o nim nie mogę.
Jeżeli chodzi o fachowość: super - dodał.

Niby spokojnie

Tyle oficjalnie. Nieoficjalnie w Koszalinie o sprawie rozmawiać nie chcą.
Dlaczego?

- Koszalin to tylko pozornie spokojne miasto. Mamy u siebie dwie rywalizujące
ze sobą grupy przestępcze. Jedną dowodził Dariusz P., pseudonim Pasza, były
karateka. To właśnie w niej "dorabiali" policjanci - mówi nasz informator.

"Pasza", też sportowiec, został aresztowany w czerwcu 2001 roku, jest byłym
oficerem Wojska Polskiego. On wprowadził w grupie wręcz wojskowy dryl.
Ćwiczenia, mapy, dokładne rozpoznanie terenu - to jego pomysły. Znajomi
mówią: niespokojny, nerwowy, nie usiedział na miejscu.

Dlaczego policjanci związali się z takim człowiekiem? Nikt nie potrafi
odpowiedzieć na to pytanie.

Ryszard Kempisty:

- Z moralnego, etycznego punktu widzenia Grzegorz K. miał bardzo wiele do
stracenia. To nie był jakiś szary obywatel Koszalina. On jest osobą w naszym
mieście powszechnie znaną i szanowaną.

Więc dlaczego? Kempisty bezradnie rozkłada ręce.

Krzysztof L. i Zbigniew K. też mieli poważanie w środowiskach, w których się
obracali.

Osoba znająca sprawę:

- Większość byłych sportowców ma propozycje od grup przestępczych. Są dobrymi
żołnierzami: opanowani, wysportowani, zawsze można na nich liczyć. Policjanci
zawsze byli w cenie. Więc czasami sprzedają się za kasę.



Dorota Kowalska
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka