agnostyk11
02.07.06, 12:42
Według "Trybuny":
Społeczeństwo * Przez pryzmat statystyki
Jak mocny powinien być katolicyzm w kraju, w którym rząd przeznacza 20 mln zł
na budowę Świątyni Opatrzności Bożej, liberalna opozycja forsuje projekt
ustawy, według której katolickie uczelnie dostaną 22,5 mln zł rocznie, w
którym co druga szkoła nosi imię Jana Pawła II, na każdym placu stoi jego
pomnik, a młodzież zyskała miano Pokolenia JP II?
Odpowiedź nasuwa się sama – powinien być „jak skała”, zwłaszcza, gdy stanowi
uzasadnienie dla wkraczania Kościoła w sferę władzy. Ale czy rzeczywiście,
jak chcieliby niektórzy, 99 proc. Polaków to katolicy, przedwojenne hasło
Polak-katolik obowiązuje także w IV RP, a Polska na powrót stała się
Chrystusem narodów – tyle, że tym razem bardziej w roli misjonarza niż
męczennika? Czy na dokładkę szumnie awizowane Pokolenie JP II wnosi do
polskiego społeczeństwa nową, religijną jakość?
* Nie sądzę. Mimo że polskie społeczeństwo nie jest laickie.
Zdecydowana większość Polaków deklaruje, że uważa się za katolików – to fakt
i dyskusja z nim jest bezprzedmiotowa. Według Instytutu Statystyki Kościoła
Katolickiego 93,7 proc. Polaków to katolicy – co oznacza tyle, że są
ochrzczeni. W badaniach CBOS, przeprowadzonych w tym roku, aż 96 proc.
ankietowanych zadeklarowało się jako katolicy (błąd statystyczny w tym
wypadku to 2 – 3 proc.). Tylko, że to nie wystarcza, aby uzasadnić nadawanie
Polsce rysów wyznaniowości. Równie ważne jest pytanie, jaka to religijność.
Czy głęboka i identyfikująca się z Kościołem, czy może raczej okazjonalna
i... antyklerykalna? Jeżeli przeważa ta druga, to mówienie, że religijność
tych ludzi jest „jak skała” i tłumaczenie nią zaangażowania państwa w
kościelne inwestycje, to gruba przesada. Także niemałe przekłamanie.
Jak już wspomniałem 96 proc. Polaków deklaruje przynależność do religii
katolickiej. Jednak gdy zapytamy o okeślenie (wyskalowanie) swojej
religijności, to odpowiedzi są już nieco inne. Osoby bardzo religijne to 21
proc., co trzeci Polak mówi, że jest obojętny religijnie lub niereligijny.
Pozostali są religijni, ale nie za bardzo. Widać to choćby po stosunku do
praktyk religijnych i ich częstotliwości. Niewiele ponad połowa Polaków (56
proc.) deklaruje, że w Kościele jest w każdą (lub prawie każdą) niedzielę.
Pozostali chodzą od przypadku do przypadku, czyli generalnie na Wielkanoc i
Boże Narodzenie. Niekiedy na chrzty, śluby i pogrzeby. Zdecydowana większość
z tych osób nie przywiązuje większej wagi do kościelnych nakazów i zakazów.
Nie darzy także zbytnią sympatią Kościoła instytucjonalnego. Nie można zatem
z prostej deklaracji przynależności do wyznania wyciągać wniosku, że
akceptują przenikanie się porządku świeckiego i kościelnego.
Niektórzy liczą, że wykreowana przez media fala – Pokolenie JP II – zmieni
charakter polskiej religijności. Liczą, że osoby zaliczane do tego pokolenia
wniosą do polskiego społeczeństwa religijność głęboką i przywiązaną do
Kościoła i kleru.
Może nawet tak by się stało, gdyby hasło Pokolenie JP II miało coś wspólnego
z rzeczywistością. Tyle tylko, że wśród młodych nie widać jakiejś wielkiej
zmiany w poziomie religijności. W sprawach wiary młodzież nie odbiega od
swoich rodziców. Statystki wskazują, że jest nawet nieco, z punktu widzenia
Kościoła, gorzej. Jeszcze w 2004 roku Instytut Statystyki Kościoła
Katolickiego przeprowadził w Warszawie badania, których wyniki ukazały się w
książce pt. „Młodzież Warszawy – pokolenie pontyfikatu Jana Pawła II”. Wyniki
tych badań zginęły jednak w medialnej fali JP II. A trochę szkoda, bo
pokazują one, że trudno mówić o religijnej odnowie w naszym kraju i
jakościowej zmianie polskiej religijności. Nie można także twierdzić, że
wzrósł poziom poparcia dla takich inicjatyw, jak choćby religia w szkołach i
na maturach.
* Badania te po części odpowiadają także na pytanie, dlaczego ludzi
praktykujących i liczących się ze zdaniem Kościoła jest w naszym kraju coraz
mniej.
87,3 proc. młodych warszawiaków (także przyjezdnych np. studentów) deklaruje
się jako katolicy, ale już tylko 41,7 proc. praktykuje w miarę regularnie.
Głęboko wierzący to zaledwie co 10. A niemal 60 proc. twierdzi, że wiarę
wzmacnia przede wszystkim tradycja i wychowanie (dla porównania – 7,2 proc.,
że działalność księży). A skoro tradycja i wychowanie, to Kościół często w
życiu tych ludzi znajduje się „bo tak trzeba”, „bo tak wypada” itd...
Ciekawie przedstawia się poziom akceptacji dla sztandarowych
haseł „wychowania w zgodzie z religią katolicką”. Prawie 85 proc. (wliczając
odpowiedź „to zależy od okoliczności”) młodych dopuszcza współżycie przed
ślubem, 75 proc. akceptuje rozwody, ponad połowa akceptuje przerywanie ciąży
i konkubinat, a 44 proc. – prostytucję. Wiara i przywiązanie do Kościoła jest
w Polsce „jak skała”? Chyba nie. Zwłaszcza, że ponad połowa twierdzi, że to
księża i Kościół wpływają na osłabienie wiary. Duchowny jest autorytetem dla
co 20, a zaledwie co 100 szuka u niego rady w problemach życiowych (co 25
szuka takich rad w nauczaniu Kościoła).
Dotychczas było dużo liczb. Tych, których zdążyły już znudzić – przepraszam.
Nie można ich było jednak pominąć, aby nie było to jedynie czcze gadanie. Z
badań wynika, że Polacy są raczej „letni” w sprawach religii, a młodzież jest
jeszcze bardziej letnia niż dorośli (zresztą, co nie zaskakuje, poziom
religijności wzrasta z wiekiem). Dlatego nie bardzo można zrozumieć i
akceptować to, że politycy próbują wprowadzać religię do szkół, że próbują
nadać coraz bardziej konfesyjny charakter państwu, a wszystko to tłumaczą
katolickim charakterem społeczeństwa.
Nie można, ponieważ nawet przy założeniu, że polskie społeczeństwo ma
katolicki charakter (choć ja byłbym zdania, że raczej po prostu większość
Polaków deklaruje się jako katolicy – a to oznacza, że to sprawa prywatna, a
nie publiczna), to z całą pewnością nie jest to typ katolicyzmu państwowego.
Wręcz przeciwnie. Polacy to nie lefebryści. Zaledwie jeden na 10 chciałby
większej roli Kościoła w państwie (CBOS 2004), przeciwnego zdania jest ponad
40 proc. – pozostali chcieli, by ta rola była taka, jak w 2004 roku.
* Tego wszystkiego nie zauważają ci, którzy za wszelką cenę chcą uczynić
Polskę bardziej konfesyjną i próbują zbijać na tym polityczny kapitał.
Ale nie zauważają tego także władze Kościoła, które nie starają się ukrócić
takich działań i chyba podoba im się instrumentalne podejście do spraw
religii (zresztą, czy to kogoś zaskakuje?). Podoba im się wizja kraju, w
którym krzyż wisi na każdej ścianie, dzieci przed lekcjami odmawiają
modlitwę, a polityk przed podjęciem decyzji idzie do spowiednika. Nie widzą
tego, że w naszym kraju nie ma ani miejsca, ani społecznego przyzwolenia na
łączenie religii i państwa. Nie chcą też zauważyć, że to nie działalność
świeckiego państwa, czy parady równości osłabiają u Polaków przywiązanie do
katolicyzmu. O wiele skuteczniej dokonują tego polityczne ambicje i zapędy
kleru, a także funkcjonowanie księży jako ludzi, którzy nie mają misji, ale
mają głębokie kieszenie (to też zapewne niesłuszne oskarżenie?).
Podsumowując. Wolimy widzieć wyznanie jako sprawę prywatną, a nie publiczną.
Nie chcemy konfesyjnego państwa. A skoro tak, to im więcej będzie religii w
państwie tym mniej ludzi w kościołach. Może nie będzie tego widać
natychmiast, ale w dłuższej perspektywie z pewnością. Nikt tak nie działa na
niekorzyść Kościoła, jak oderwany od rzeczywistości i szukający władzy oraz
pieniędzy kler.
I tylko hierarchia musi sobie odpowiedzieć, co woli – władzę czy wiernych.
-----------------------------------------------------------------------------