Gość: JUSTUS
IP: *.tnt3.me2.uunet.de
21.08.01, 11:11
http://tygodnik.wprost.pl/index.php3?art=10335&dzial=4
Hakmania
"Natychmiast składam pozew przeciwko ministrowi Iwanickiemu. To wszystko kłamstwo.
To są stalinowskie metody" - mówił zdenerwowany Lech Kaczyński, gdy Stanisław
Iwanicki, minister sprawiedliwości, ujawnił na łamach "Wprost", że za
czasów jego poprzednika wokół prokuratora generalnego i poza oficjalnymi
strukturami prokuratury powstały nadzwyczajne zespoły prowadzące
czynności procesowe i quasi-operacyjne, a w specjalnych teczkach
zbierano m.in. informacje o osobach znanych z życia publicznego. Minęły
dwa tygodnie, a pozwu w sądzie nie ma. Jednocześnie nie ustają
spekulacje, co kryją teczki Kaczyńskiego. Dziennikarze "Wprost" dotarli do
tych teczek. Pierwsi opisujemy, co się w nich znajduje, dlaczego powstały i
do czego mogły posłużyć.
"Wprost" ujawnia zawartość teczki nr 16
Oto co znaleźliśmy w głośnej teczce nr 16, zawierającej "informacje o sprawach
dotyczących ludzi znanych z życia publicznego". Do poznańskiego biura Unii Wolności
dokonano włamania. Sprawcę wykryto. W protokole przesłuchania złodziej twierdził, że
ma informacje obciążające pochodzącą z Poznania posłankę UW Hannę Suchocką, byłą
minister sprawiedliwości, a podobne informacje mógłby zdobyć na temat Marka
Zielińskiego, posła UW. Protokół tego przesłuchania trafił do jednej z tzw. teczek
Kaczyńskiego. Dlaczego? Bo pojawiły się w nim nazwiska znanych polityków.
W małej miejscowości w pobliżu Końskich doszło do drobnego zatargu. Ze sprawy
sporządzono protokół, a jeden z uczestników zdarzenia wysłał pismo do prokuratury. I
pismo, i protokół znalazły się w innej teczce. Dlaczego? Osoba, o którą w tej sprawie
chodziło, nosiła takie samo nazwisko jak prokurator apelacyjny z Wrocławia. W piśmie
wysłanym do tej osoby z prokuratury popełniono błąd: przypisano jej takie samo imię jak
wrocławskiemu prokuratorowi (Jerzy), choć w rzeczywistości miała na imię Krzysztof. I to
wystarczyło, by ta błaha sprawa zainteresowała prokuratora Zbigniewa Wassermanna,
który był faktycznym twórcą tzw. teczek Kaczyńskiego.
Te przykłady dowodzą obsesyjnego poszukiwania dossier na temat każdej publicznej
osoby, której nazwisko pojawiło się w ostatnich latach w aktach prokuratur w całym kraju.
Dossier takie zaczęto gromadzić na podstawie instrukcji ministra Lecha Kaczyńskiego z
25 czerwca 2001 r., znajdującej się w teczce zatytułowanej "Informacje o sprawach
dotyczących ludzi znanych z życia publicznego". W teczce tej znajduje się m.in. żądanie
przekazania zeznań dotyczących Anny Bańkowskiej, posłanki SLD, byłej prezes ZUS. - Nie
ma sensacji w teczce nr 16: znajdują się tam dokumenty procesowe i informacje
udzielane przez prokuratorów okręgowych i apelacyjnych na pytanie ministra
Kaczyńskiego dotyczące przestępstw tzw. białych kołnierzyków i ludzi znanych z życia
publicznego - tłumaczy Zbigniew Wassermann.
Teczki śledztw czy polityczne dossier?
Minister Lech Kaczyński twierdzi, że żadnych teczek nie było. - To były po prostu akta
różnych spraw, które nadzorował prokurator Wassermann - mówi. Rzeczywiście, teczek
nie miał w swoim gabinecie minister Kaczyński, lecz Zbigniew Wassermann. Jednak
tworząc teczki, wykonywał polecenia swojego szefa, wykorzystując przy tym uprawnienia
prokuratora krajowego - mimo braku formalnego tytułu. W gabinecie Wassermanna
znajdowało się 39 teczek z różnymi materiałami. Wiele ze znajdujących się w teczkach
dokumentów powinno być zarejestrowanych na odpowiednich szczeblach prokuratury.
Sprawdziliśmy - nie były. Inne pochodziły z akt konkretnych spraw. - Opisywane w
teczkach sprawy po prostu nadzorowałem i przekazałem za protokołem dyrektorom biur
Prokuratury Krajowej. Mam kopie dokumentów przekazania - twierdzi Zbigniew
Wassermann.
Jeśli teczki miały ułatwiać prokuratorowi Wassermannowi kontrolę najważniejszych
spraw, to powinny zawierać inne dokumenty niż zawierały. W tych ważnych sprawach
istotne są tylko nagłówki teczek, m.in. "Jamal", "PKN Orlen", "PZU SA", "dot. R.
Kuklińskiego", "UW Katowice", "Zarząd Regionu NSZZ "S" Śląsko-Dąbrowskiego",
"K.Grabek", "Wyszków", "Herbapol Lublin", "Pineiro" czy "ujawnienie tajemnicy służbowej -
zeznań J. Sokołowskiego odnośnie ułaskawienia A. Zielińskiego vel Banasiaka". Jak
zauważyliśmy, zawartość teczek jest przypadkowa - podporządkowana kojarzeniu
nazwisk, a nie faktów. Na podstawie tak skompletowanych dokumentów nie sposób było
się zorientować w efektach prowadzonych śledztw. Trudno zresztą zgadnąć, dlaczego
ważne było śledztwo w drobnej sprawie Herbapolu w Lublinie czy stara sprawa Ryszarda
Kuklińskiego, a nie śledztwa naprawdę istotne, na przykład dotyczące PZU w Łodzi.
Prywatna wojna prokuratury z UOP
Ślady obsesji w szukaniu haków na osoby publiczne i funkcjonariuszy państwowych
"Wprost" odkrył także w działaniach podjętych przez prokuratury w Gdańsku i Żywcu - za
wiedzą i zgodą Lecha Kaczyńskiego jako prokuratora generalnego - przeciwko oficerom
katowickiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa. Zbigniew Wassermann wielokrotnie
publicznie manifestował swoją niechęć do urzędu. Lech Kaczyński tłumaczy nam tę
niechęć podobnym stosunkiem funkcjonariuszy UOP do tego prokuratora. Wassermann
nadzorował bowiem śledztwo dotyczące funkcjonariuszy UOP, w przeszłości zasiadał w
komisji weryfikującej pracowników byłej SB, a poza tym "znalazł pewną interpretację
prawną, która pozwalała na szerszy dostęp do materiałów UOP bez zgody urzędu". Lech
Kaczyński przyznaje, że gdy zwracał się do premiera Buzka, by mianował Wassermanna
prokuratorem krajowym, premier odmówił, twierdząc, że "Wassermann będzie niszczył
UOP".
W efekcie powstał więc kuriozalny układ: z powodu osobistej niechęci prokuratora
generalnego i jego najbliższego współpracownika prokuratura zwalczała służbę, z którą
powinna ściśle współpracować, bo to ona - obok policji - dostarcza materiałów
dowodowych w prowadzonych przez prokuraturę postępowaniach. Zupełnie inaczej
konflikt ten wyjaśnia Zbigniew Wassermann: - Gwałtowne ataki na prokuraturę wzięły się
stąd, że ośmieliła się doprowadzić do tymczasowego aresztowania kapitana UOP, byłych
prezydentów Łodzi oraz nie uległa sugestii ministra Biernackie-go o konieczności
uchylenia aresztu wobec oficera policji współpracującego z mafią pruszkowską.
Urząd Organizowania Prowokacji
Działania przeciwko funkcjonariuszom UOP podjęto na podstawie zeznań Krzysztofa
Porowskiego, który twierdził m.in., że Wojciech Szekiel, wiceszef delegatury UOP,
namawiał go do obciążenia polityków SLD, przede wszystkim Leszka Millera i Zbigniewa
Siemiątkowskiego.
Sprawą zeznań Porowskiego zajęły się jednak aż dwie prokuratury, bowiem była to
pierwsza dobra okazja do "przyłożenia" Urzędowi Ochrony Państwa, który minister
Kaczyński od początku swego urzędowania podejrzewał i oskarżał o działania
wymierzone przeciwko konkretnym politykom. - W Polsce jest pewna strefa cienia, która
obejmuje różne środowiska, w tym dziennikarskie. Są sprawy różnego rodzaju działań
ludzi z pewnych służb lub ludzi z byłych służb. Jest około 10 konspektów artykułów dla
dziennikarzy, którzy wykonywali zadania dla służb specjalnych. To dokumenty UOP - mówi
nam Lech Kaczyński.
Dziennikarze na celowniku
To przeświadczenie, że UOP inspiruje prowokacje polityczne, było podstawą powołania
na początku stycznia tego roku w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie specjalnego
zespołu. Prokuratorzy Anna Wężyk z Prokuratury Okręgowej w Warszawie oraz Józef
Giemza z Kielc i Roman Pietrzak z Katowic wszczęli postępowanie mające wyjaśnić, jak
UOP inspirował dziennikarzy "Rzeczpospolitej" Annę Marszałek i Bertolda Kittla.
- Było pismo premiera nakazujące mnie i ministrowi Pałubickiemu wyjaśnienie spraw z
przełomu grudnia 2000 r. i stycznia 2001 r. Sprawa ta nie dotyczyła dziennikarzy, lecz
funkcjonariuszy UOP - tłumaczy Lech Kaczyński. Jednak prawie połowa z 21 tomów akt
tej sprawy (V Ds 7/01/S) dotyczy dziennikarzy.
Wśród dowodów znajdują się m.in. wi