Dodaj do ulubionych

Restaurcja Park Inn, Radisson Krakow, koło ICE

08.12.15, 21:33
Ta restauracja doprawdy zaskakuje, nawet na różnobarwnym tle krakowskiej gastronomii.

Wybraliśmy się tam późnym popołudniem, by coś zjeść i pogadać przed spektaklem w pobliskim Centrum Kongresowym. Obsługa z początku była w miarę sprawna, zamówione dania podano szybko, by nie rzec – podejrzanie szybko, wziąwszy nawet poprawkę na pustki na sali, w porze jak by nie patrzeć takiej, w której w większości póki co istniejących kultur europejskich znaczna część populacji zasiada do stołu.

Dania zamówione poprzedziła nieproszona 'darmowa' zagrycha zaserwowana z inicjatywy restauracji. Była to bułeczka nader zmyślnie usmażona tylko w środku, środek ów nasączony pół-hurtową ilością roztopionego masła, zaś masło równie szczodrze nasycone czosnkową treścią. RBG jak i sam hotel – jak mniemam – bazują w znacznej mierze na uczestnikach kongresów odbywających się w pobliskim ICE. Tego typu przystawka pełni więc rolę podwójną, dublując kongresowe identyfikatory, jako że dzięki niej uczestnicy nieomylnie będą się rozpoznawać po intensywnie czosnkowych wyziewach w najodleglejszych zakątkach Krakowa.

Pierogi z kaszą gryczaną, boczniakiem i Czymś Tam Jeszcze można w zasadzie określić, jako zjawisko z pogranicza kulinarnego cudu, bo tylko siły nadprzyrodzone i kucharz z Radissona (przy założeniu, że ów kucharz ma ziemską naturę) są w stanie zupełnie odrzeć grykę i grzyby z ich charakterystycznego smaku. Trzeci składnik nadzienia - Coś Tam Jeszcze - wtrącono w organoleptyczną nicość tak starannie, że za nic nie mogę sobie przypomnieć, co to było. Pierogi miały zatem rozmiary, gramaturę, zapewne określoną wartość kaloryczną i cenę. Atrybut smaku znikł w sposób zupełny i przez kilka następnych dni zastanawiałem się, jak to zrobiono. Amatorsko gotuję, znam się na biologii molekularnej, powinienem się chyba był zatem zapytać.

Ze względu na zawód, posługuję się na co dzień mikroskopem. Głęboko żałuję, że nie miałem ze sobą tego pożytecznego przyrządu optycznego, by bliżej przyjrzeć się dwóm kawałkom ryby, które dostarczono na nasz stół. Kucharz zapewne na jakichś kursach został starannie poinstruowany, że elegancka nowoczesna kuchnia polega w znacznej mierze na tym, by gościa zdrowo przegłodzić, ale sztukę ową doprowadził poza granice perfekcji, śmiele wkraczając w obszary zastrzeżone dla absurdu – wielkość zaserwowanej rybich porcji skłaniała wręcz ku obawom o losy rybek w hotelowym akwarium. Niepokojący brak konsekwencji w tym względzie uwidocznił się jednak w zestawieniu z objętością towarzyszącego rybie brązowego ryżu, jako że kopa tegoż nie tylko geometrią, ale i gabarytami przypominała nieodległy Kopiec Kościuszki. W kucharzu musiała więc jednak, mimo pozorów zgubnej okcydentalizacji, odezwać się szczodra polska natura. Napoczęcie ryby przeniosło nasze zmysły na rozświetlone słońcem wybrzeże Morza Śródziemnego, a konkretnie do Starożytnego Egiptu. A to dlatego, że technologia wedle której ją przyrządzono spotkałaby się niechybnie z najwyższym uznaniem ze strony tzw. paraszytów, czyli specjalistów znających najgłębsze tajniki mumifikacji zwłok. Zaczynało się bodajże od moczenia w wodzie z Nilu... Co to była za ryba?...

Cydr został dobrany nader starannie. Znalezienie cydru smakującego jak przedatowane lekarstwo jest bowiem sporą sztuką.

Karta zawierała coś, na co zabrakło nam - wstyd powiedzieć - odwagi. A mianowicie "Filet z kurczaka, 180g/100g' 'na życzenie podawany w wersji wegańskiej'. Jeśli ktoś nie wierzy, to na życzenie podam dokumentację fotograficzną menu. Podobnego przeistoczenia (pl.wikipedia.org/wiki/Transsubstancjacja) dokonał w połowie mrocznych lat osiemdziesiątych kucharz z Domu Turysty PTTK w Krakowie, który seryjnie produkował kotlet mielony nominalnie wieprzowy, lecz de facto pozbawiony grama substancji mięsnej i serwował go z powodzeniem póki kresowi jego kunsztu bezlitośnie nie położyła Inspekcja Robotniczo-Chłopska. Ówże skromnie trzymał przeistoczeniową recepturę w sekrecie, teraz mamy jednak inne, lepsze czasy, ludzie chwalą się innowacyjnością. Zatem z karty powiało nie tylko nowoczesnością, ale i nostalgią, zwłaszcza dla nieco starszej klienteli.

Ceny są równie śmiałe, jak prosta ale wysmakowana architektura Radissona, konkurując z powodzeniem z cenami w nieodległych restauracjach, gdzie jednak dają dobrze jeść. Obsługa, początkowo - jak pisałem - sprawna, z czasem straciła na wigorze i po prośbie o rachunek nie mogła zdobyć się na jego przyniesienie, mimo, że liczebnie przewyższała wówczas klientelę. Rozumiem to, ja też pod koniec dnia pracy bywam zmęczony, zwłaszcza w te bardzo rzadkie dni, gdy mam mało do roboty. Płaci się zatem własnym staraniem, bezpośrednio przy kasie, na odchodnym, trochę tak, jak w sklepie spożywczym.

Niemniej proszę nie wysnuwać pochopnych wnioskow i proszę nie myśleć o tym miejscu źle. Ma ono niewątpliwe zalety – jest to pomieszczenie zadaszone, ogrzewane i spokojne (to ostatnie prawdopodobnie można w jakiejś mierze wytłumaczyć walorami kuchni). A zalety te bardzo uwypuklają się, gdy chce się poczekać na ‘event’ w pobliskim Centrum Kongresowym.


Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka