Gość: lenam
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
18.01.05, 15:11
Wybraliśmy się ostatnio całą rodziną do krakowskiego oceanarium. Cóż, mogę
zrozumieć skromność czy nawet ubóstwo pewnych lokalnych projektów, w końcu
Kraków nie jest metropolią. Ale to, co zastaliśmy w bardzo
reklamowanym "oceanarium", to - jak mówi młodzież - masakra. Klimaty jak z
późnego Gierka albo nawet środkowego Generała! Za zaniedbaną sienią witają
nas sfrustrowane panie i pan, nieuprzejme, nie odpowiadające na to, co się do
nich mówi, a nawet jakby obrażone naszym przybyciem. Rozwalone na zwoich
krzesełkach popijają kawę parzoną szklankową i mają za złe, tak w ogóle. Za
wstęp płacimy równowartość 5 dolarów USA od osoby (jeżeli mnie pamięć nie
myli, tyle co w nowojorskim Muzeum Historii Naturalnej, którego nie sposób
zwiedzić w jeden dzień!) plus złotówkę za szatnię (dziwne w takiej placówce).
Wchodzimy. Pierwsze wrażenie: BRUD. Naprawdę nieczęsto już spotykany, po
prostu warstwa śmieci na podłodze. Wszędzie. Rozumiem, że PAN nie ma na
delfina, ale na miotłę i ścierkę?!
Opisy - z błędami językowymi (tylko?), niechlujnie wykonane, niekiedy ich
brak. Rodzice raczej bezradni wobec pytań dzieci, bo znikąd pomocy.
Informacyjna pustać.
Ekspozycja jest chaotyczna, bez spójnego zamysłu, no i zwyczajnie uboga. Ale
przecież nawet skromne zbiory można zaprezentować schludnie, pomysłowo,
ciekawie, zatrudniając sympatycznych ludzi, których dzieci nie będą się bać.
Myślę, że są jeszcze tacy w naszym mieście, co?