a_weasley
26.06.06, 15:51
Ostatnio często bywam na ślubach. I tak mi się nasuwa: czasem wybranie zbyt
wspaniałego kościoła mści się srodze.
Byłem teraz na ślubie w małym kościele, gdzie w stałych ławkach w głównej
nawie jest 80 miejsc siedzących. Kościół był pełny. Był to jedyny ślub w tym
kościele tego dnia.
Tydzień wcześniej byłem na ślubie na Pl. Szembeka, bardzo ładny neogotycki
kościół, spory, acz wielkim go nie nazwę. Przez pół długości kościoła państwo
młodzi szli wzdłuż pustych ławek. 50 czy 60 osób, a kościół nazwałbym pustawym.
Nawiasem mówiąc, kościół ten musi się cieszyć sporym wzięciem, śluby były co
pół godziny, powinni postawić kościelnego z lizakiem, żeby regulował ruch
ślubowozów...
Pamiętam też ślub, gdzie setka gości wyglądała jak garstka niedobitków w
wielkim kościele św. Floriana, czyli obecnej katedrze warszawsko-praskiej.
Współczuję młodym.
Zwróćcie na to uwagę, wybierając kościół. Popatrzcie, ile osób luźno mieści
się w ławce (na ogół cztery wchodzą luźno, a sześć spokojnie). Policzcie, ile
tych ławek jest wzdłuż głównej nawy. Potem zobaczcie, jak to się ma do połowy
liczby gości zaproszonych na ślub (bo zdroworozsądkowo z taką absencją należy
się liczyć).
Sto osób u św. Aleksandra to jest full. U św. Anny będzie pustawo. U bł.
Ładysława na Ursynowie - skądinąd piękny kościół - będzie to parę osób gdzieś
przed ołtarzem w pustym kościele.