kochane i ja już po.
i nie wiem od czego zacząć.
rano była kąpiel, jeszcze ostatnia maseczka, relaks, jeszcze powtórka walca,
jeszcze trzy obroty a potem czas popłynął szybko, i stała się nagle
niedziela.

o 11 śniadanie - zaplanowaliśmy dzień wcześniej - nasze ulubione tak, by
zacząć jak najlepiej ten najważniejszy dzień

do kościoła wiózł nas kolega męża - przyjechał o 12, świadkowie i narzeczony
ubierali samochód, o 12 przyjechała wizażystka -p. barczyk - fryzura i
makijaż zajęły jakieś dwie godziny. po 13 zjawił się nasz fotograf. od 14
świadkowa z moją mamą zaczęły ubieranie - trwało długo bo suknia na plecach
wiązana.
potem kilka zdjęć w domu, na dworzu, o 1530 błogosławieństwo i już po chwili
wyjazd do kościoła. przed kościołem mało ludzi, byliśmy zaskoczeni, że połowy
gości nie ma - ale oczywiście to my byliśmy po prostu dużo przed czasem
stres sięgał apogeum, na szczęście wiatr pomagał rozładować napięcie - welon
miałam prawie non stop w pionie, nad głową co mnie i gości bardzo
rozśmieszało.
ksiądz wyszedł po nas, zagrały skrzypce....doszliśmy do ołtarza. po 10
minutach było po stresie, ksiądz, który w kancelarii był bardzo oschły,
służbowy na mszy okazał się być ciepły, miły, rewelacyjny. czytanie czytał
mąż mojej siostry ciotecznej, kazanie było piękne - ksiądz przystojny, o
miłym, stonowanym głosie, kościelny puszczał do nas oka - uśmiechaliśmy się,
ze mnie opadło zdenerwowanie i był już tylko spokój. msza minęła w
okamgnieniu, na przekazanie znaku pokoju zeszliśmy do rodziców (nasze krzesła
stały na schodach przed ołtarzem), przysięga spokojna, bez zająknięcia,
najpiękniejszy moment mszy, i to uczucie rozlewającego się w nas szczęścia -
niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, przepiękne! potem - obrączki, komunia
i po mszy! i stało się.
ksiądz cały czas do nas szeptał, pytał przed przysięgą czy na pewno nie
chcemy jeszcze wyjść, uśmiechnięty, zadowolony, ten jego uśmiech najbardziej
pomagał.
bałam się, że ze stresu usiądę lub wstanę wtedy gdy trzeba uklęknąć, zupełnie
niepotrzebnie. (ale jednak tego ksiądz nam nie podpowiadał)
po mszy życzenia - niekończący się ogonek bliskich nam ludzi. wiatr szalał,
welon tańczył, tren powiewał, po 10 minutach bolała mnie buzia od ciągłego
śmiania się do naszych gości.
obsypano nas ryżem, który wirował na wietrze i wracał do rzucających, zdjęcie
z goścmi i wyjazd na wesele.
część gości pojechała za nami, więc jechaliśmy w niekończącej się kanonadzie
klaksonów.
przed restauracją powitanie, zbicie kieliszków, pierwsze danie. młody ledwo,
ledwo, ale przetaszczył mnie na rękach przez pół sali. przyszedł czas na
pierwszy taniec - moment, którego najbardziej obawiał się mąż, podpiełyśmy
suknię i na salę.
wcześniej skończyliśmy kurs, potrafiliśmy kilka figur, w domu ćwiczyliśmy w
butach ślubnych i halce. niestety mimo podpięcia, okazało się, że cały czas
tańczę na sukni i ślizgam się na potęgę. to był największy stres dnia dla
mnie - bo tyle miesięcy ćwiczeń a ja nie mogę zatańczyć bo suknia
przeszkadza

ale zatańczyliśmy, bez jednego błędu, kilka figur goście
nagrodzili głośnym: 'aaaaa' i burzą oklasków - warto było ćwiczyć!
potem toasty, i zabawa. dj spisał się na medal, goście chętnie tańczyli, choć
nie obyło się bez ciągłego wychodzenia na dwór - pogoda była wszak piękna.
wesele w restauracji canwa - polecam, świetna obsługa, przepyszny kurczak i
schabowe z zawijanymi pieczarkami. z zup wybraliśmy barszcz czerwony, a na
wejście flaki i rosół. na pierwsze danie szynkę pieczoną w sosie własnym i
kopytka. + ciasta, + zimne przekąski - chyba 8.
niestety zaraz na początku wesela zdarzył się wypadek - starszy wuj męża
przewrócił się i mocno poobijał - twarz, i ramię - podejrzewaliśmy wyłamanie
barku lub złamanie obojczyka.
ciężko było wuja przekonać żeby pojechał do szpitala, pogotowia nie udało się
wezwać, z rodziny do szpitala chcieli jechać rodzice młodego - dodatkowy
stres - bo jak wesele bez rodziców dalej prowadzić? po 40min finalnie do
szpitala wuja zabrał syn właścicielki, najpierw na granadierów, potem na
szaserów. podpowiedzcie jak się teraz zrewanżować za taką pomoc?
wesele trwało krótko, 90% gości pożegnała się z nami przed 2.
oczpiny szybkie, ale sympatycznie - przygotowaliśmy w nagrodę dla nowych
nowożeńców kupony na taniec z panem młodym i panią młodą, ale wręczyliśmy je
tak, że mężczyzna dostał kupon na taniec z młodym, a dziewczyna na taniec z
panną młodą - było dużo śmiechu.
brat cioteczny męża niespodziewanie dla nas zrobił pokaz break dancu -
rozruszając tym całe wesele! moja siostra z narzeczonym z kolei zatańczyli
dla wszystkich rewelacyjne tango - skisłam z zazdrości

tańczą przepięknie,
ona w czerwonej, hiszpańskiej spódnicy z czerwonym kwiatem w czarnych,
kręconych włosach, on wysoki, przystojny, świetnie prowadzący.
z konkursów w zasadzie zrezygnowaliśmy - mieliśmy wózek i czytanie wróżb z
kartek.
śmiałam się, że nic się nie zmieniło bo ja wyciągnęłam kartkę, że będę
zajmować się męskimi rzeczami w domu a mąż zmywaniem

i tak u nas jest

)))
z polecenia dj'a zamówiliśmy w internecie pałeczki fluoroscencyjne z których
można było zrobić opaski, bransolteki.
wybraliśmy trzech panów, którzy mieli z pałeczek na czas zlożyć okulary na
wzór takich, jakie złożył dla nas wcześniej dj. okulary zrobiły furorę,
niemal każdy chciał mieć potem w nich zdjęcia

potem zgaszono światło i
tańczyliśmy YMCA wymachując ozdobionymi, świecącymi się dłońmi, szyjami,
nogami
na stołach mieliśmy winietki z naszymi zdjęciami, części gości podobały się
tak bardzo, że zabrali do domu na pamiątkę.
tort, oczywiście z ogniami, lekki, śmietankowy, smaczny. do podania tortu dj
zagrał piosenkę mówią, że to nie jest miłość
goście wręczali nam prezenty - głównie kopertówki, ale dostaliśmy też piękne
filiżanki z czajniczkiem, album na zdjęcia, kieliszki do szampana i wina,
poradnik perfekcyjnej gospodyni

))) [już się przydał do czyszczenia białych
butów], pościel.
całą obsługę mogę polecić. wizażystka umalowała mnie 10 razy lepiej niż na
próbie, w toalecie przed pierwszym tańcem nie poznałam się w lustrze i chyba
pierwszy raz w życiu nie mogłam się odkleić od swojego odbicia (ot
próżność!), włosy przetrwały do samego końca, nie wysunął się nawet jeden
kosmyk!
dj - młody, rewelacyjny, obrotny, sympatyczny, komunikacyjny - na koniec
siedział już z nami przy stole (na nasze zaproszenie oczywiiście) - naprawdę
niemal jak członek rodziny. bardzo go oboje polubiliśmy.
fotograf - tak samo, operatywny, ugodowy, pomysłowy - ale na efekt i końcową
ocenę trzeba będzie jeszcze sporo poczekać - sesja jeszcze przed nami.
kamerzystka - to, czego się bałam najbardziej - zupełnie niesłusznie czyli
stresu przed kamerą, - zupełnie niezauważalna. ani w kościele ani na weselu
nie czułam się przez nią 'osaczona', praktycznie nie czułam jej obecności
(ale mam nadzieję, że film jednak będzie? :
))
dziewczyny nie wiem co jeszcze. wrażeń jest tyle, że głowa boli.
zostało ponad 20 butelek wódki (może któraś z was chciałaby odkupić po
preferencyknej cenie? bols 0.5l), około 12 wina, a baliśmy się, że zabraknie.
błędy- naszym błędem było na pewno to, że za mało rozmawialiśmy z naszymi
gośćmi (60 osób na weselu) - nie udało nam się ze wszystkimi porozmawiać, ze
wszystkimi zatańczyć, nie zdążyliśmy. gdybym jeszcze raz robiła wesele to na
pewno bym zmieniła, poprawiła.
reszta była tak, jak chcieliśmy.
jestem złośnica i nerwus i bałam się, że sama sobie zepsuję wesele, że będę
się denerwować, złościć, a może i płakać?
pomogła agnrek, pomogłyście wy, które już macie ten dzień za sobą, pomogły
życzenia.
jeśli cokolwiek szło nie tak - typu wiatr wyrywający mi welon z włosów -
śmiałam się. śmiałam się ze wszystkiego i ciągle, jak nie ja.
szczęście, które wyniosłam z kościoła przeniosłam w środku siebie na wese