Witajcie,
Wydaje mi się, że niektóre, niektórzy z Was zbyt szybko osądzają
innych, a konkretnie tych, którzy ustalają datę ślubu na rok bądź
dwa w przód, ktoś nawet określił takich ludzi jako nienormalnych.
To dość mocne słowa i ciekawe dla mnie jest to, że wiekszą aprobatą
otaczacie pary, które działają spontanicznie i pobierają sie w
kilka tygodni, miesięcy po poznaniu się. Potem wszyscy niemal
zgadzacie się, że czas, jaki upływa od poznania się do ślubu nie
wpływa na jakość czy szczęście małżeństwa, podkreślacie też, że to
jest sprawa bardzo indywidualna i ważne, by tym parom było z tym
dobrze.
I tak się zastanawiam, jak rozumiecie narzeczeństwo i czy ma ono dla Was jakieś znaczenie?, poza tym, że to czas szukania sali, sukni etc., bo raczej, jak czytam niektóre listy, to tak właśnie chyba jest rozumiane...
A mnie sie wydaje, że to, iż w niedzielę dostaję pierścionek zaręczynowy, to jeszcze nie znaczy, że od poniedziałku mam rzucić sie w wir przygotowań.
Ktoś napisał, chyba w wątku o młodych ślubujących, że aby być żoną/mężem, najpierw trzeba być dzieckiem, nastolatkiem, kobietą/mężczyzną, potem panną na wydaniu/kawalerem... a ja dodam jeszcze, że warto być narzeczoną/narzeczonym...
I jeśli jakaś para wyznacza termin ślubu na rok czy dwa w przód, to niekoniecznie znaczy, że tylko czekają na wymarzoną salę... Ale może również dlatego, że zależy im na dobrym przygotowaniu się do nowego życia, bo tak jest, o ile ślub nie jest wyłącznie formalnością, a także dlatego, że chcą po prostu nacieszyć się sobą, nacieszyć się tym czasem, bo te chwile się już nigdy nie powtórzą... a ile tego czasu potrzebują, to już ich sprawa, ważne by byli szczęśliwi.
Pozdrawiam