Wiem, że temat już się pojawiał, ale cóż... mam doła
Jeszcze nie zdążyliśmy się zaręczyć (wszystko zaplanowane na wakacje), a Mama
Mojego Ukochanego potrafi sprawić, że się popłaczę w poduszkę.
Nieby nic nie mówi, ani nie robi, ale ostanio:
przyjeżdżam do Mojego Ukochanego a Ona nawet się ze mną nie przzywita. Tzn.
powie "Dzień dobry", ale nawet nie poda mi ręki mimo ze stoi metr ode mnie.
Mi nie wypada przecież wyciągać ręki... Albo czasami spojrzy na mnie z taką
złością że poprostu czuję się jak wróg publiczny

Jak przyjadę na kilka dni
(nie mieszkamy ze sobą, ale daleko od siebie), to potrafi się zapytać poprzez
innych członków rodziny kiedy jadę? NIe przyjeżdżam na długo, góra 4 dni.
Żeby dojechać 500km muszę zmarnować 1 dzień, więc na krócej naprawdę nie
warto. NIe rozumiem tego. Nie jestem raczej kłpotliwym gościem. Nie wymagam
zeby ktoś koło mnie biegał. Jak trzeba to ugotuję i posprzątam.
Niczym jej nie uraziłam. Zawsze z uśmiechem itp.
Jestem młoda, kończę niedługo studia, odnoszę małe sukcesy zawodowe.
Czasami czuję się jak Toula z "Mojego wielkiego greckiego wesela". Kto
ogladał ten wie...
Czy któraś z Was ma podobnie?
PZDR