Po powrocie z urlopu i ze świadomością, że już za chwilkę wychodzę znów do
pracy, przedłużam sobie beztroskie dni przez przypominanie tego całego zamętu

Zresztą, wątki opowieściowe zawsze czytałam tutaj z największą ciekawością.
Spanie do 10 raczej mi nie wyszło, bo chyba z podniecenia (albo z powodu
niewygodnego barłogu na podłodze, na którym spałam z powodów logistycznych

)
) obudziłam się o 8.30. Jak na mnie to jest naprawdę wcześnie. Poleżałam
jeszcze 15 min, doszłam do wniosku, że ze spania nici i wstałam.
Śniadanko, kawusia, wyjazd z narzeczonym po kwiaty etc. Kwiaty okazały się
ciut inne, niż się spodziewałam. Były tulipany, tyle że bardzo mało
rozwinięte, więc nie do końca byłam zadowolona. Jeszcze tylko wkurzył mnie mój
brat, który w ostatniej chwili z jakimiś pretensjami wyskakiwał, powkurzałam
się i poszłam do fryzjera.
Fryzura oczywiście wyszła inna niż na próbnym czesaniu i po powrocie do domu
uderzyłam w ryk... Hehe, moja mama jak zobaczyła, że płaczę prawie się sama
popłakała. Tu wkroczył do akcji mój przyszły małżonek.
Przytulaski, buziaczki, a potem stwierdziliśmy, że trzeba mi dać zajęcie i
poszłam stroić auto. Dekorację auta sama wymyśliłam i zrobiłam od a do z, więc
do instalacji jej na samochodzie też nikogo nie dopuściłam

Auto wyszło
świetnie, więc się rozchmurzyłam, w miedzyczasie tulipany się trochę
rozwinęły, a do fryzury się przyzwyczaiłam i już było ok.
No skoro się zrobiło ok, to nie mogło tak pozostać, hihi. Dumna z dekoracji na
samochodzie (też tulipany) stwierdziłam, że go przestawię do cienia, coby
kwiatki nie zdechły. Wsiadłam, włączyłam wsteczny i ..... łup!!! Zapomniałam,
ze mój tata zaparkował tuż za samochodem ślubnym. Samochód ślubny pożyczony
był od brata, który bardzo go pieści i chucha na niego. Straty były niewielkie
(wgnieciona rejestracja w aucie taty i małe wgniecenie na zderzaku brata),
więc postanowiliśmy nie przyznawać się. Świadkami był jedynie przyszły mąż i
mój tato, którzy w obawie, że jeszcze znowu się popłaczę zgodnie twierdzili,
że nie ma żadnego śladu

)))))
Brat żyje w nieświadomości do dziś

No i nagle zrobiło się juz dosyć późno, przyjechał fotograf, szybka kawka i
poszłam się szykować. Do domu dojechało jeszcze kilka osób świadkowa z
chłopakiem, moja ciocia z mężem, ja wystrojona czekam na narzeczonego, który
schodzi ze schodów ubrany i pyta : a gdzie są moje buty??
Konsternacja, spojrzenie na siebie, szybki rzut okiem do szafy- nie ma? Ja w
kiecce nie mam ochoty włazić na górę, żeby przeszukiwać wszystkie pokoje. I
moja mama nagle do mojego taty- założyłeś buty Tomka!!! Tata zwątpił, Tomek
zwątpił, tata prawie chce już ściągać buty....
Jako że buty narzeczonego widziałam wcześniej i z całą pewnością nie były to
te, które miał na nogach mój tato, to jednak zmuszona byłam wziąć sprawy w
swoje ręce. Zakasałam kieckę, mówię "wy beze mnie to zginiecie", poszłam na
górę i odszukałam buty narzeczonego, które spokojnie leżały na regale w pudełku.
No i fruuu do kościoła. ślub, który był przed nami przeciągnął się o 15 min,
goście wciąż stali przed wejściem i musieliśmy dyskretnie prosić pana
kościelnego, żeby ich przesunął sprzed wejścia, bo ksiądz już prosi, a nie
było jak wejść do kościoła. W zakrystii przy podpisywaniu dokumentów
narzeczony jeszcze słabym głosem prosi kościelnego "Czy mógłbym dostać
szklankę wody?"

)
Sama ceremonia była bardzo piękna, cały czas się uśmiechaliśmy od ucha do
ucha, tylko podobno ta przysięga wyszła nam bardzo cichutko...

pewnie miało
to związek z tym zasychaniem w gardle

No i już jako mąż i żona wyszliśmy w kościoła, kwiaty, życzenia, ryż etc. Po
dotarciu na salę powtórka z rozrywki, znowu życzenia (niektórzy składali po
dwa razy

), pierwszy taniec-bujaniec do piosenki stinga i zaczęła się impreza.
Musze powiedzieć, że na własnym weselu wybawiłam się chyba najlepiej ze
wszystkich wesel, na których byłam. Z zespołu jesteśmy bardzo zadowoleni, przy
którejś z szybszych partii kawałków mąż dyszy do mnie "chyba mam zawał!!!"
Nie do końca wyszły tylko oczepiny, bo niestety welon złapała 11-letnia córka
mojej kuzynki. Rzuciła sie przez całą salę, jej rodziców akurat nie było,
babcia się cieszyła, że dziecko złapało ,a innym było głupio prosić, żeby
welon oddała. Drastycznie spadła ilość kawalerów do łapania musznika, a mała w
pewnym momencie straciła rezon i prawie się popłakała. Zespół jakoś z tego
wybrnął, panna i kawaler zatańczyli rock'n'rolla, ale trochę atmosfera im
klapła na 15 min.
Jedzenie podobno bardzo dobre, ja tam zbyt dużo nie jadłam bo prawie cały czas
byłam na parkiecie.
W niedzielę jeszcze był obiadek dla gości z daleka i do domku. zmęczeni
byliśmy bardzo, a tu jeszcze przewożenie prezentów, kwiatów, jedzenia, które
zostało. Ogólnie to dopiero po paru dniach odetchnęłam. We wtorek jeszcze
bardzo wyczerpująca kilkugodzinna sesja plenerowa, a długi weekend już
częściowo spędzony nad morzem i właśnie przyszła pora na powrót do normalności.
Zdjęć nie zamieszczam, bo sama na nie czekam. Tymczasem pozdrawiam i mimo
wszystkich stresów uważam, że warto było organizować wesele
Pozdrawia szczęśliwa mężatka